Przyszłość socjalizmu*

Przyszłość  socjalizmu*

Rewolucja mikroelektroniki zmusza do radykalnej zmiany obecnego mechanizmu społecznego produkcji i usług

Wpadłem w sieć autobiografii. I to problemowej, co zobowiązuje. W każdym razie zobowiązuje do tego, by powiedzieć nie tylko o tym, jak widzę socjalizm w przeszłości, tzn. jak oceniam swoją lewicową przeszłość z perspektywy czasu, lecz również, jak widzę jej przyszłość z perspektywy dnia dzisiejszego. Inaczej mówiąc: jak widzę przyszłość socjalizmu, ale także socjalizm przyszłości – zagadnienia powiązane ze sobą, ale nie identyczne, które dopiero ujęte wspólnie określają profil człowieka Lewicy.
Żyjemy w okresie drugiej Rewolucji Przemysłowej i którejś tam z rzędu rewolucji naukowo-technologicznej. Nie tłumaczę tych pojęć i potrzebujących w tym względzie pomocy odsyłam do moich wcześniejszych książek, w których te sprawy szczegółowo omawiałem. Ale dodaję jedno ostrzeżenie: kto tych treści nie rozumie i nie przyswoił ich sobie, nie powinien zajmować się ani prognozowaniem społecznej przyszłości, ani wielką polityką, nawet w skali krajowej.
Punktem centralnym całej tej problematyki, zarówno w jednym, jak i w drugim jej wyżej wymienionym znaczeniu, jest – w społecznym aspekcie zagadnienia – sprawa

automatyzacji i robotyzacji
produkcji

i usług (ta sama rada dla nie znających tych zagadnień, jak wyżej, z tym samym ostrzeżeniem). Jest to nieuchronny i nieodwracalny skutek rewolucji mikroelektroniki, który otwiera przed ludzkością na nowo bramy raju, ale jednocześnie zmusza bezapelacyjnie do zmiany radykalnej obecnego mechanizmu społecznego produkcji i usług. Bez tego grozi ludzkości utonięcie w wysokiej fali rewolucji naukowo-technologicznej, wywołującej w obecnej sytuacji masowe strukturalne bezrobocie, którego nie wytrzymają nawet najbogatsze społeczeństwa. Zgodnie z kalkulacją fizyków, którzy parają się tą problematyką, około roku 2030 połowa wszystkich “jobbów” na świecie będzie zautomatyzowana, co znaczyłoby, przy utrzymaniu obecnej machiny społecznej, iż około 4 miliardy ludzi – przy spodziewanym wzroście ludności świata – znalazłoby się na liście tzw. “wyłączonych” (excluded – wedle obowiązującej terminologii angielskiej), prościej mówiąc – niepotrzebnych w produkcji i usługach, a więc skazanych na śmierć głodową. Ponieważ to jest niemożliwe, choćby ze względu na opór “skazańców”, musi dojść albo do chaosu, albo do zmiany cywilizacji pracy (w dotychczasowym znaczeniu tego słowa) na cywilizację zajęć, co stworzyłoby odpowiednią ilość miejsc pracy (w nowym znaczeniu tego słowa) dla skonsumowania tych grożących miliardów ludzi “wyłączonych” (po raz trzeci odsyłam potrzebujących wyjaśnień do moich poprzednich książek, w których te sprawy zostały szczegółowo omówione). Dodaję: sprawa, gdy się ją rozumie, jest tak prosta i nie podlegająca dyskusji, jeśli idzie o podstawy zagadnienia, że ewentualnych oponentów można określić jedynie mianem ignorantów i nie troszczyć się o dyskusję z nimi. Czy to jest wyraz zarozumialstwa? Nie! To jest tylko wyraz znudzenia rolą proroka wołającego na pustyni, względnie skazanego przez “jołopów” intelektualnych na przemilczenie, nie biorąc pod uwagę faktu, że poza Polską istnieje jeszcze świat, który myśli, oraz że stawką w tych zmaganiach są losy ludzkości, która konserwatyzmu w tych sprawach nie zniesie.
Dokonaliśmy tu w procesie myślenia skoku: od spraw światowych przeszliśmy bez przygotowania do konkluzji polskich. Tak nie wolno, poprawmy się więc.
Czy to, co powiedzieliśmy wyżej, odnosi się również do Polski? Oczywiście, tak!
Właściwie nie trzeba by było wdawać się w te rozważania, gdyby nie fakt, że słyszałem taki argument, i to nie z byle jakich ust, o specyfice Polski, która ze względu na swe zacofanie wobec Zachodu nie podlega tym samym co i on prawidłowościom. Oczywiście, jest to rozumowanie błędne, ale skoro się je słyszy, należy udzielić nań odpowiedzi.
Jeśli na świecie dokonuje się nowa Rewolucja Przemysłowa na gruncie rewolucji naukowo-technologicznej, to i my – w sposób oczywisty – w niej partycypujemy. Po pierwsze, ze względu na globalizację, która wszystkie tego rodzaju procesy upowszechnia na całym globie ziemskim,

pod groźbą
unicestwienia kraju

ociągającego się w rozwoju przez konkurencję zagraniczną. Po drugie zaś dlatego, że nienadążanie naszego eksportu za rosnącym importem stanowi dodatkowy bodziec, wzmagający potrzebę eksportu naszych produktów przez podnoszenie ich jakości, co jest możliwe tylko w wypadku odpowiedniej modernizacji sił produkcyjnych. W ślad za tym idą wszystkie konsekwencje tego procesu w dziedzinie miejsc pracy i narastającego strukturalnego bezrobocia, podobnie jak to się dzieje w krajach wysoko rozwiniętych. Rzecz tym groźniejsza, że w powietrzu wiszą chmury utajonego bezrobocia na wsi. Konkluzja: nie, względne zacofanie Polski w dziedzinie sposobu produkcji nie tylko nie ułatwia naszej sytuacji, lecz ją utrudnia. Ta sprawa jest wręcz żenująco prosta i oczywista. Jest mi przykro, że musiałem ją podnieść, ale, niestety – sytuacja do tego zmusza.
W kontekście rozważań na temat przyszłości socjalizmu u nas (czemu nie służy jej przemilczanie, gdyż -niezależnie od nazwy – o to idzie, gdy jest mowa o postkapitalizmie, co nie napotyka raczej na opory), w Polsce musimy mówić konkretnie o dwóch sprawach, które bez tej rewolucyjnej transformacji są chorobą nieuleczalną. W obecnych warunkach jest to prawda, niezależnie od tego, kto będzie sprawował rządy: tzw. prawica czy też tzw. lewica. Gdy się nie widzi i nie stawia tej sprawy jasno, nie można – moim zdaniem – znaleźć jej rozwiązania, co grozi nieobliczalnymi skutkami społecznymi.
Po pierwsze, idzie o sprawę strukturalnego bezrobocia, które – w obecnych warunkach społecznych – będzie nieuchronnie narastało, a postulowanie jego przezwyciężenia, bez radykalnych zmian naszej sytuacji społeczno-politycznej, jest tylko pustosłowiem. To dotyczy takich oratorów zarówno na prawicy, jak i na lewicy. Jak już powiedzieliśmy wyżej, jedyne rozwiązanie realne tej sprawy polega na przejściu od dotychczasowej cywilizacji pracy do cywilizacji zajęć, co jest możliwe tylko w drodze choćby częściowej kolektywizacji dochodu społecznego i wystąpienia instytucji społecznych z państwem (w sensie aparatu rządzenia nad rzeczami) na czele jako organizatorów i menedżerów społecznie potrzebnych zajęć, stanowiących nowe formy pracy. Przy spełnieniu tego warunku, który nie oznacza zmniejszenia dotychczasowego dochodu przez nikogo, problem bezrobocia można zlikwidować do końca i bez reszty. Wszystko inne

jest pustą gadaniną.

Ale to jest – moim zdaniem – nowa forma socjalizmu, przy wszystkich różnicach, które dzielą go od jego, znanych nam z przeszłości, poprzedników, o czym powiemy niżej jeszcze parę słów.
Po drugie, idzie o załatwienie naszej kwestii agrarnej, odpowiedzialnej za “nawis” wielomilionowej (niemały autorytet międzynarodowy w tych sprawach, jak Lord Goldsmith, w opublikowanej zresztą u nas przez “Solidarność” książce “Pułapka”, mówi – w oparciu o oficjalne statystyki instytucji międzynarodowych – nawet o dziewięciu milionach “zbędnych” ludzi na wsi polskiej) masy ukrytego bezrobocia wśród ludności rolniczej na wsi. Stąd też wniosek Goldsmitha, że nasze dążenie do Unii Europejskiej równa się dążeniu do slumsów typu Rio de Janeiro lub Mexico City. Ja nie usłyszałem dotąd ani jednej racjonalnej odpowiedzi na to twierdzenie, czy też ani jednej racjonalnej propozycji rozwiązania naszej kwestii rolnej, prócz żenujących banialuk. Proszę sobie jednak uzmysłowić, że zbieramy w ten sposób dynamit, którego wybuch, przy jakimś nieostrożnym manewrze, może nas zniszczyć.


* Fragment publikacji pt. “Książka dla mojej żony. Autobiografia problemowa”, która ukaże się w styczniu nakładem wydawnictwa “Ad Novum”.

Wydanie: 1/2001

Kategorie: Opinie
Tagi: Adam Schaff

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy