Pułkownik GROM

Pułkownik GROM

– Warto czasem przeczołgać się po brei. Poczuć, że jest się nie tylko oficerem dyplomowanym, ale przede wszystkim żołnierzem – mówi Roman Polko

Roman Polko nie jest gościem o imponującej muskulaturze i kamiennej twarzy. Nie ma też atrybutów charakterystycznych dla wielu równych mu stopniem w naszej armii – sumiastych pułkownikowskich wąsów i pokaźnego brzucha. W gabinecie dowódcy GROM-u w podwarszawskim Rembertowie wita mnie niski mężczyzna o raczej chłopięcej sylwetce. Uśmiecha się szeroko i wesołym głosem zaprasza do rozmowy. Niemal z miejsca przyjmuje postawę dobrego kumpla. Patrząc na niego, trudno uwierzyć, że tego niepozornego, pogodnego człowieka charakteryzują stalowe nerwy oraz niebywała fizyczna odporność. I konsekwencja, która nieśmiałego niegdyś ministranta z Tychów zaprowadziła na stanowisko dowódcy najważniejszej jednostki w armii.

Batalion samobójców
Lecz wcale nie musiało tak być. Polko bowiem nie zawsze był konsekwentny. W podstawówce przez kilka miesięcy przygotowywał się do przedstawienia „Kot w butach”. Miał w nim wykonać układ choreograficzny z piłką. Nie bardzo mu szło, a gdy w trakcie jednej z prób zgubił piłkę, zezłoszczony dał sobie spokój z teatrem. No i lubił stawać okoniem. Póki trzymał się z dala od obcych, to, że miał własne zdanie, nikomu nie wadziło. Jednak w armii z jej bezwzględnym podporządkowaniem mógł mieć z tego powodu kłopoty. Najbliżsi nie wróżyli mu kariery – matka dzisiejszego pułkownika twierdziła wręcz, że wojsko go zmarnuje. A jednak…
Zaraz po szkole oficerskiej we Wrocławiu por. Polko trafił do batalionu szturmowego w Dziwnowie. Był rok 1985, Ludowe Wojsko Polskie stanowiło część Układu Warszawskiego. I jak w pozostałych sojuszniczych armiach w wielu jednostkach obowiązywała reguła „krótkiego trzymania za ryj” żołnierzy niższego stopnia. Na szczęście dla Polki, dziwnowski batalion był inny.
– Wzorem armii zachodnich starano się przygotować nas poprzez pozytywną motywację – wspomina dowódca GROM-u.
Już wówczas dał się poznać z jak najlepszej strony.
– Jako dowódca grupy szturmowej w trakcie szkoleń udowadniał, że ma głowę i jaja na miejscu – opowiada ówczesny kolega Polki, dziś wojskowy emeryt. – Batalion miał w razie wojny operować na głębokich tyłach wroga. Zatem brano nas na drugi koniec Polski i po akcji kazano przebijać się do jednostki. Mogliśmy rekwirować, co popadło: samochody, motocykle, rowery. Urządzano na nas łapanki z udziałem milicji, której mówiono, że ściga bandytów. Ale wiedzieliśmy, że musi nam się udać. Batalion, choć wyjątkowy, podlegał tym samym brutalnym prawom ówczesnej armii – w rzeczywistej akcji nikt nie wysłałby po nas misji ratunkowej. Dla dowództwa liczyło się tylko wykonanie zadania. Nie na darmo więc mówili o nas „batalion samobójców”…

Egzotyczne podejście
– Co nie zmienia faktu, że byliśmy najlepszym oddziałem w LWP – mówi Polko.
– To Amerykanie przekonali Polkę, że trzeba się liczyć z życiem każdego żołnierza – twierdzi ten sam kolega. – Jednak generalnie doświadczenia z Dziwnowa uchroniły go przed szokiem poznawczym, jakiego mógł doznać, gdy zetknął się z oficerami armii zachodnich. Inny obowiązujący w NATO priorytet nie był już Polce obcy – własna inicjatywa i brak lęku przed podejmowaniem decyzji. Nawet takich, które mogłyby zagrozić karierze, co do dziś zresztą czyni go wyjątkowym oficerem.
– Zawsze starałem się, by nawet szeregowy wiedział, że w komplikującej się sytuacji zadaniem nie jest dokładne wykonanie rozkazu, tylko osiągnięcie określonego celu w najlepszy możliwy sposób – opowiada Polko. – I gdy wcześniej ustalony plan zawodzi, wprowadza się nowy. „Jeśli masz możliwość konsultacji ze zwierzchnikiem, zrób to, jeśli nie, wykaż się inicjatywą, a nie bezradnością”, wbijałem żołnierzom do głów. Gdy przyszedłem do GROM-u, z zadowoleniem stwierdziłem, że nowi podwładni tak właśnie myślą. Tutaj na porządku dziennym są dyskusje w trakcie planowania. Nie ma sytuacji, gdzie to ja, dowódca, jestem jedynym mądrym. I nie jest tak, że nawet jeśli chrzanię głupoty, nie można mi zwrócić uwagi, bo przecież dowodzę.

Jedyny ochotnik
Rok 1989 również dla Romana Polki był czasem istotnych zmian – jego jednostka została rozformowana, a kadrę przeniesiono do Lublińca. Niewielka miejscowość nie była przygotowana na przyjęcie kilkuset nowych mieszkańców. Rodziny wojskowych przez wiele miesięcy mieszkały byle jak i byle gdzie. Co gorsza, żołnierzom oficjalnie zabroniono składania podań o przeniesienie.
Okazja do wyrwania się z marazmu nadarzyła się trzy lata później, kiedy Polska zobowiązała się wysłać kontyngent do zajmowanej przez Serbów Krajiny. Batalion z Lublińca dostał rozkaz wydelegowania oficera do zagranicznej misji.
– Nie było chętnych – wspomina Zbigniew, logistyk GROM-u (jego nazwisko nie może zostać ujawnione). – Kadra batalionu stała na placu, a dowódca czekał… Nikomu nie chciało się pakować w nieznane. No to wyszedł Polko i powiedział, że chce jechać. „To se, k… załatw!”, powiedział szef, wyraźnie rozczarowany, że będzie musiał się pozbyć najlepszego oficera.
– No to „se” załatwiłem – śmieje się płk Polko.
W kraju zostawił żonę z kilkunastomiesięczną córką Aliną. Jak zapewnia, nie było mu łatwo. Zwłaszcza że w trakcie tej misji przyszło na świat kolejne dziecko, tym razem syn – Adrian.

Bałkańskie piekło
W siłach UNPROFOR Roman Polko służył od kwietnia 1992 r. do grudnia 1993 r. Wrócił jako inny człowiek – który napatrzył się na śmierć. Krajina była wówczas objęta działaniami wojennymi. Jednak prawdziwą grozę żołnierzy ONZ budziły mordy na cywilach, najczęściej chorwackich, popełniane przez serbskie bojówki. Pozbawione uprawnień błękitne berety mogły co najwyżej bezradnie przyglądać się rzeziom.
Później, już w Polsce, żołnierzy z tej misji poddano badaniom. Ich wyniki nie były najlepsze – wojskowi nabawili się nerwic, mieli na przemian ataki paniki i agresji. Krajinę zgodnie oceniali jako piekło. Rzadko który deklarował chęć powrotu na Bałkany. Ale Polko wrócił – sześć lat później, do Kosowa, po zakończeniu nalotów NATO na Jugosławię. Wtedy już jako podpułkownik i dowódca polsko-ukraińsko-litewskiego kontyngentu KFOR.
W polskiej armii panuje zwyczaj wysyłania na pierwsze zagraniczne misje – te najtrudniejsze – młodych oficerów. Zaś później, na „wczasy w siodle”, jak w Libanie, wyjeżdżają starzy wyjadacze. Polko uśmiecha się znacząco, gdy przywołuję tę popularną wśród wojskowych młodszych roczników opinię.

Łopata to nie wstyd
– Nie boję się wyzwań – zapewnia. – A z Kosowem kłopotów było co niemiara. Na miejscu okazało się, że misja rekonesansowa wybrała na bazę cementownię, gdzie w czasie nalotów użyto amunicji uranowej. „Możesz się rozbijać w mieście. Ale chyba lepiej trzymać się z dala od ludności”, radzili mi Amerykanie, zbyt taktowni, by wprost kwestionować wybór grupy rekonesansowej. I tak właśnie zrobiłem – postanowiłem, że obóz stanie w polu. Jednocześnie więc realizowaliśmy patrole i budowaliśmy bazę.
– Musiałem przy tym zdyscyplinować kadrę – dodaje Polko. – Bo weźmy kompanię dowodzenia – dowódca kompanii dowodzenia, dowódca plutonu dowodzenia, sierżant, który też tam za coś odpowiadał, itd. Słowem, 70% kadry i 30% zwyczajnych szwejków. Jak do roboty przyszło, to stali jeden nad drugim. Nikomu nie wypadało pracować przy młodszych stopniem. A biedny szeregowy biegał z łopatą, bo reszta szwejków na patrolu była. Wkurzyłem się i krzyczę: „Chłopy, żaden wstyd! Brać łopaty, namioty rozstawiać!”. Ślepia zrobili, jakby nie wiem co się stało. I niemal padli z wrażenia, gdy sam chwyciłem za szpadel.

Totalne zobojętnienie
Między kolejnymi wyjazdami na Bałkany Polko ukończył Akademię Obrony Narodowej, a w 1997 r. trzy elitarne kursy w USA – spadochronowy, naprowadzania śmigłowców i rangers. Z tego ostatniego dowódca GROM-u jest szczególnie dumny. W Polsce bowiem poza nim jest zaledwie dziesięciu oficerów, którzy ukończyli to szkolenie. Zaś spośród wszystkich zgłaszających się tylko jedna trzecia dochodzi do końca. Powód tak ostrej selekcji? Dwie, trzy godziny snu na dobę przez 62 dni wypełnione ciągłymi ćwiczeniami i mnóstwem psychicznych tortur ze strony przełożonych. Do tego podłe jedzenie w symbolicznych ilościach i równie skromne racje wody. Wszystko, by sprawdzić umiejętności dowodzenia przy skrajnym wyczerpaniu fizycznym i psychicznym.
– Miałem 35 lat i dla większości kursantów byłem staruszkiem – wspomina Polko. – O tyle było mi łatwiej, że LWP uodporniło mnie na krzyki. Ale fizycznie, cóż, to była kaźń. Momentami urywał mi się film, nie wiedziałem, czy to, co przed chwilą się wydarzyło, działo się naprawdę, czy tylko we śnie. Z czasem popadłem w totalne zobojętnienie. W takim stanie nie było obawy przed skokiem spadochronowym z zaledwie 300 m, ze „świnią”, czyli karabinem maszynowym M-60 na szyi. Z oporządzeniem tak ciężkim, że nie mogłem z nim wejść po trapie do samolotu.
Wyczerpany zjadał wszystko. Nawet, jak mówi, oślizłe robactwo. A gdy żołądek odmawiał posłuszeństwa, wmawiał sobie, że pałaszuje żurek i śląskie kluski – ulubione dania przyrządzane przez żonę.
– Do dziś te potrawy poprawiają mu humor, gdy zestresowany wraca do domu – mówi Danuta Polko.
– Z kursu wylatywały prawdziwe byki – kontynuuje dowódca GROM-u. – Kolega z czeskich sił specjalnych za to, że w jego skarpetkach znaleziono witaminy. Lecz cokolwiek by o rangers mówić, dzięki niemu wróciłem na ziemię. Warto czasem przeczołgać się po najgorszej brei. Poczuć, że jest się nie tylko oficerem dyplomowanym, ale przede wszystkim żołnierzem. Ten kurs pokazuje, jak wiele barier z pozoru nie do pokonania można pokonać.

Test na zaufanie
W czerwcu 2000 r. Polko objął dowództwo GROM-u. Komandosi nie kryli nieufności.
– Był z zewnątrz – broni byłych podwładnych gen. Sławomir Petelicki, twórca i pierwszy dowódca formacji. – Ale szybko pokazał klasę i został zaakceptowany. Bo w gruncie rzeczy GROM to wymarzona jednostka dla takiego profesjonalisty jak on.
– Przyszedłem tu nie na casting, lecz po to, by realizować konkretne zadania – wspomina Roman Polko. – Nie bardzo przejmowałem się tym, że nowi podwładni patrzą mi na ręce. Ale z drugiej strony, nie chciałem, by mój autorytet opierał się jedynie na formalnej władzy.
Z pomocą przyszli sami żołnierze – zaproponowali dowódcy udział w ćwiczeniach, w charakterze… zakładnika. Skrępowanego postawiono między tarczami w kształcie ludzi. Chwilę później w stronę tekturowych „terrorystów” posypał się grad kul.
– A u nas ćwiczy się z ostrą amunicją – podkreśla logistyk GROM-u. – W wersji FX. Wystarczy, by taki pocisk musnął włos i z głowy zostałaby miazga. W ten sposób pułkownik udowodnił, że ufa profesjonalizmowi żołnierzy, a im samym dał dowód osobistej odwagi. Dalej było już z górki.
Nie tak gładko jednak układały się relacje Polki ze zwierzchnikami. Jeszcze przed jego przyjściem do GROM-u nad jednostką zawisły czarne chmury. Do dziś zresztą w kącie saloniku pułkownika stoją rozprute drzwi sejfu – efekt pamiętnej „nocy Pałubickiego”. I choć minister koordynator rozmył się w niebycie, po nim do ataku przystąpili wojskowi konserwatyści, którym nie w smak była elitarność grupy. Pojawiły się pomysły m.in. rozproszenia żołnierzy po innych jednostkach czy przerobienia GROM-u w oddział żandarmerii. Gdy komandosom obniżono uposażenia, kilkudziesięciu zrezygnowało ze służby.
– Pułkownik walczył o jednostkę jak lew – mówi z szacunkiem gen. Petelicki.

Podanie o dymisję
– Z czasem miałem już dość – wyznaje dowódca GROM-u. – Gdy kilka miesięcy temu powrócił wielokrotnie przeze mnie kwestionowany pomysł okrojenia formacji o zespół wodny, doszedłem do wniosku, iż tego swoją obecnością w wojsku firmował nie będę. Napisałem wypowiedzenie.
– A mógł na wszystko się zgodzić – mówi jeden z oficerów GROM-u. – Te pomysły realizowano by nie dziś, ale za kilka lat. W tym czasie Polko byłby gdzieś w sztabie, a cały ten bigos spadłby na głowę nowego dowódcy. I wtedy mógłby sobie poużywać: „Popatrzcie, co za gnój, ale się rozbrykał. Jak ja byłem, to było dobrze”. Ale to do pułkownika niepodobne.
– Poprosiłem o wizytę u ministra Szmajdzińskiego – opowiada Polko. – Przebieg spotkania skłonił mnie do wycofania się z zamiaru opuszczenia służby. Dowiedziałem się, że nie ma mowy o osłabieniu GROM-u. Przeciwnie, minister zapewnił mnie, że jednostka będzie wzmacniana. Podobne deklaracje usłyszałem od premiera, a wcześniej od prezydenta. Na razie sypiam spokojniej.
Sprawa wspomnianego wypowiedzenia wyszła na jaw dopiero po powrocie Romana Polki z Iraku. Wtedy też pojawiły się spekulacje, w myśl których odwołanie go z nad Zatoki Perskiej było karą za zdjęcie żołnierzy GROM-u pod amerykańską flagą.
– Dowódca powinien być tam, gdzie jednostka realizuje najważniejsze zadania – mówi z przekonaniem i od razu dodaje, że szczegółów irackiej misji nie może ujawniać. – Szczęśliwie moje myśli podzielał minister. To on wysłał mnie w delegacji na Bliski Wschód. Oczywiście, napisałem prośbę o przedłużenie pobytu w Iraku, zdając sobie sprawę, że wojna potrwa jeszcze tydzień, dwa, i chcąc do końca realizować zadania. Ale wiedziałem również, że wszystko jest na dobrej drodze i spokojnie mogę wracać do Polski.

Strategiczne argumenty
– I rzeczywiście wróciłem na uczelnię – kontynuuje Polko.
– Wkrótce zostanę absolwentem Podyplomowych Studiów Strategicznych w Akademii Obrony Narodowej. Po co mi to? Kiedy prezentowałem argumenty za rozwojem sił specjalnych, wielokrotnie słyszałem: „Pan nie myśli strategicznie, bo nie skończył pan PSOS-u. Pan tam pójdzie, pouczy się i wtedy pewne rzeczy zrozumie”. No to poszedłem…
W środowisku młodych oficerów panuje przekonanie, iż po Iraku Polce należy się nominacja generalska.
– Jeśli ją dostanę, to świetnie, jeśli nie, to nie – kwituje ten pogląd sam zainteresowany. I dodaje, że w rzeczywistości, biorąc pod uwagę znaczenie GROM-u, już teraz jest na górze. Na samym szczycie.
Zapytany kiedyś przez dziennikarza, co jest jego największym sukcesem, Polko miał odpowiedzieć, że zdobycie żony. O jej rękę starał się blisko dwa lata, jeżdżąc z Dziwnowa do oddalonego o tysiąc kilometrów Bielska-Białej, gdzie wówczas pracowała jego wybranka. A porażka? Tej kategorii pułkownik ma nie uznawać. Choć chciałby skończyć wreszcie z weekendowym charakterem własnej rodziny – móc na co dzień przebywać z żoną i dziećmi. Częściej odwiedzać rodzinne Tychy i dom rodziców. A wieczorami w domowym zaciszu mieć czas na to, by bez pośpiechu napić się ulubionej herbaty o smaku pomarańczowym.

Wydanie: 26/2003

Kategorie: Sylwetki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy