Quo Vadis, Lewico?

Quo Vadis, Lewico?

Intuicyjnie powiem, że trzeba iść do tych, którym transformacja przyniosła rozczarowanie, ale i do tych, którym dała relatywny awans społeczny, o którego trwałość nieustannie się lękają. To ubodzy, ale też pracownicy budżetówki zależni od zmiennych nastrojów kolejnych ekip politycznych. To inteligencja ze świeżego awansu społecznego, bojąca się, że bezużytecznie się kształciła, i martwiąca się o przyszłość swoich dzieci. To seniorzy, których będzie coraz więcej, a oferta dla nich będzie coraz węższa, jak również potężna grupa ludzi dziedzicząca po rodzicach aspiracje większe niż możliwości.

Jeśli tak, warto spojrzeć na nasz program pod kątem zaspokojenia ich potrzeb. Edukacja to pierwszy z brzegu przykład. Od przedszkola przez prywatną szkołę wyższą, która jest najbliżej studenta, aż po uniwersytety trzeciego wieku. To program upowszechniania kultury, tej nieco ambitniejszej niż małomiasteczkowe dyskoteki. Których też nie lekceważę, patrząc na popularność Zenona Martyniuka. PiS wygrało, bo miało swoje gazety, ale i swoją kulturę, standardy jej treści. A czy my chodzimy na spektakle Strzępki i Demirskiego? Czy czytamy coś poza „Faktem” i kryminałami? Czy dołożyliśmy się – anonimowo, nie trzeba o tym mówić w telewizji – do nagród „Polityki” albo do upowszechnienia PRZEGLĄDU? W tym ostatnim pisują Łagowski, Widacki, Jastrun, Stomma. Czy zaprosiliśmy ich kiedykolwiek na kawę? Co ze stypendium im. Barbary Blidy czy ze wspieraniem Fundacji im. Jerzego Szmajdzińskiego?

Oczywiście to także program socjalny. Tylko proszę, aby był prezentowany poważnie. Jeśli mamy pomysł, musi zostać wyliczone, ile kosztuje i z czego pokryjemy jego realizację. I stosowny projekt ustawy z poparciem obywateli. Ze zbierania podpisów pod projektami ustaw uczyńmy pomysł na przetrwanie w pozaparlamentarnej opozycji. Z tego zróbmy podstawowe kryterium oceny naszych działaczy i struktur, którymi kierują.

A co z przyszłością Europy? Idziemy w ten projekt i wbrew wszystkim mówimy, że to nasza – polska – szansa. Że sami nie udźwigniemy problemów bliskiej nam geograficznie Afryki, która za kilkadziesiąt lat liczyć będzie parę miliardów ludzi. Że hasło Polska dla Polaków znaczy tyle samo co Anglia dla Anglików, Irlandia dla Irlandczyków, a RFN tylko dla Niemców. Pytajmy rodaków, zwłaszcza młodych, czy rzeczywiście chcą żyć w takim stanie rzeczy.

Warto omówić kwestię stosunku do Kościoła i religii. Wrogiem tu nie jest abp Gądecki czy abp Michalik i naszym celem nie może być wykluczenie ich z życia społecznego. Natomiast sojusznikami mogą być Franciszek i setki księży, którzy na co dzień zmagają się z ubóstwem swoich wiernych, prowadzą hospicja i rozdają Szlachetne Paczki. I niech naszym celem nie będzie nawracanie, tylko wzięta od Kotarbińskiego spolegliwość.

Po drugie – trzeba podjąć decyzje o charakterze politycznym. To znaczy, jak mościmy się na niewielkim dziś lewicowym podwórku. Panoszymy się tak jak do tej pory, wypychając z niego innych, czy wręcz przeciwnie, walczymy, aby każdy, kto autentycznie chce, na tym podwórku się znalazł? Machamy pięścią czy otwieramy ramiona? Budujemy front centrolewicy, czy idziemy w sekciarstwo? Bierzemy udział w wyłanianiu nowych wspólnych przywódców, czy to my jesteśmy najlepsi?

A może jest tak, że nie nadążamy za zmianami społecznymi? Może bardziej niż my nadążają za nimi prezydenci miast Zbyszek Podraza, Krzysztof Matyjaszczyk, Beata Moskal-Słaniewska? A czy ktoś rozmawiał z Januszem Żmurkiewiczem, który ostatnio rzucił legitymację partyjną? Może to, co się wokół dzieje, lepiej rozumie Janek Guz, szef OPZZ?

Zadaję te retoryczne pytania, bo razi mnie krótkowzroczność tych, które są dziś zadawane. Co dalej z Sojuszem, to pytanie instrumentalne. Partia jest tylko narzędziem w polityce, zużywa się i starzeje, często nie z własnej winy. Ważne jest ustalenie celów i skonstruowanie odpowiadającego im narzędzia. Wiem, co mówię, byłem członkiem założycielem SdRP, a potem SLD. Niechętnie patrzę na perspektywę zakończenia jego działalności, ale wydaje mi się ona możliwa i w dużej mierze uzasadniona. Pod jednym warunkiem: że wiemy, co dalej, jaką budowlę w to miejsce chcemy postawić. Może zanim rozwalimy te obskurne budynki, które już stoją, przymierzymy się do planu nowej zabudowy?

To kwestia trzecia – organizatorska. Może trzeba powołać komitety podwórkowe złożone z samorządowców i ludzi z ostatnich list wyborczych. Przyjąć nowy system powoływania gospodarzy spośród tych, którzy uzyskali najlepsze wyniki. Może Jurek Wenderlich i Tadek Tomaszewski w swoich województwach, Kazimiera Szczuka w Krakowie itd. Niczego nie rozwalając, budować nowe, przy założeniu, że każda para rąk się liczy, a przyszłe listy będą ustalane alfabetycznie. Liczą się zasługi, ale przede wszystkim potencjał na przyszłość. Pod ten potencjał trzeba ułożyć kalendarz działań, precyzyjny i realny, rozumiany i akceptowany przez każdego obywatela nie tylko z naszego podwórka. Wtedy ten projekt będzie miał szansę się udać. Ale tylko szansę.

Autor jest politologiem, wykładowcą Akademii Obrony Narodowej i Krakowskiej Akademii im. A. Frycza Modrzewskiego, był sekretarzem generalnym, wiceprzewodniczącym i przewodniczącym SLD, posłem na Sejm II, III i IV kadencji, w rządzie Leszka Millera kierował MSWiA

Foto: Witold Rozbicki/REPORTER

Strony: 1 2

Wydanie: 48/2015

Kategorie: Opinie

Komentarze

  1. Bronisław Morawski
    Bronisław Morawski 30 listopada, 2015, 11:03

    Erudycja typowa dla Pana sekretarza, wykończona “cenna inicjatywą” tworzenia komitetów podwórkowych. To żart czy efekt zasłabnięcia?

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Bronisław Morawski
    Bronisław Morawski 2 grudnia, 2015, 10:16

    Dziękuję za takie porady!
    Po namyśle postanowiłem powiedzieć coś więcej o „poradach” Pana Janika.
    Wstrząsnęło mną, choć nie zaskoczyło, szczere wyznanie Pana Janika, że wszystkie przepoczwarzenia PZPR służyły przeprowadzeniu establishmentu partyjnego bezpiecznie do kapitalizmu, często na szczyt struktury społecznej. Że w zasadzie niczym innym się nie zajmowano, a w szczególności nie były dyskutowane sprawy programowe. I to w sytuacji, gdy szeregowi członkowi i sympatycy wierzyli, że stawiają na partia lewicową. Czyli krótko mówiąc, zostaliśmy oszukani. I właśnie to oszustwo uważam za główną przyczynę utraty elektoratu. Zbyt długo dawaliśmy się oszukiwać. Trafnie stwierdziłem, w jakiejś wcześniejszej wypowiedzi, że partie po pezetpeerowskie stały się amortyzatorami ewentualnego buntu i gwarantowały prawicy bezpieczne budowanie kapitalizmu. Na koniec zafundowaliście nam numer z dwoma laluniami. Po co? Chyba po to, żeby tę partię do cna obrzydzić.
    Pan Janik dopiero teraz widzi, potrzebę określenia, komu partia powinna służyć i wymienia nieskładnie bezładną listę zbiorowości. Nie powinien się Pan wstydzić powszechnie znanych pojęć naukowych. Pan wykładowca tylu uczelni, były członek partii marksistowsko-leninowskiej. Przede wszystkim należało przypomnieć sobie, że społeczeństwo ma strukturę klasowo-warstową i rzeczowo wskazać, gdzie jest lewicowy elektorat. Dlaczego Pan tego nie robi? Zapomniał Pan? Wstydzi się Pan tego? Boi się Pan, że będzie Pan ścigany za komunizm, którego konstytucyjnie zabronił Pana Partyjny kolega. Ale takie stawianie sprawy ocenia Pan jajko sekciarstwo, od którego się Pan odżegnuje. W zamian zaleca Pan kierowanie się do centro-lewicowości. A przecież tak się przesuwaliście do centrum, aż staliście się partią centroprawicową. Odwrotnie ratunkiem jest zwrócenie się ku elektoratowi lewicowemu z programem służącym jego potrzebom. Tego na pewno nie zrobią „antykomuniści”, którzy likwidowali socjalizm. Sekciarze łączcie się. Nie dajcie się nabrać na nowe inicjatywy pozorujące lewicowość.
    Bronisław Morawski

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy