Razem z Irlandią gońmy Europę

Razem z Irlandią gońmy Europę

Zarówno Polska, jak i Irlandia przesypiają szansę na szybki rozwój, jaką tworzy gospodarka oparta na wiedzy

Poszukiwanie wzorców samo w sobie nie jest negatywne, jednak sięgając po przykład, warto dobrze mu się przyjrzeć, nim zaczniemy go stosować i do niego dążyć. Stawianie za wzór pod względem budowy ciała gimnastyczki artystycznej bokserowi u wszystkich powinno wywołać co najwyżej uśmiech politowania. Nie ta waga, nie te możliwości i nie te cele. Tu różnice widać na pierwszy rzut oka i nikomu nie przyszłoby do głowy podążać za takimi wskazówkami. Dużo trudniej jest jednak zauważyć różnice, gdy jednemu państwu stawia się za wzór drugie.
Azjatyckie tygrysy w latach 80. i 90. XX w. podążały za wytycznymi Międzynarodowego Funduszu Walutowego, mając za przykład USA i wyidealizowany obraz czystego, wręcz Smithowskiego kapitalizmu. Wydawało się, że z sukcesem. Jednak gdy przyszedł kryzys drugiej połowy lat 90., te same recepty i ten sam przykład stały się balastem spowalniającym

proces wychodzenia z recesji.

Malezja, która zdecydowała się na wybór własnej drogi, dużo szybciej wróciła na ścieżkę wzrostu, a i sam kryzys był płytszy. Jeszcze gorzej na adaptowaniu cudzego modelu wyszła wschodnia część Niemiec. Po 15 latach wysiłków mających na celu skopiowanie sukcesu gospodarczego części zachodniej i po wydaniu ogromnych środków na inwestycje infrastrukturalne zachodnia granica Polski stała się granicą pomiędzy względnym sukcesem gospodarczym (dawne województwo szczecińskie, Lubuskie czy Dolnośląskie) a wyludniającymi się terenami wschodnich landów.
Także na polu przenoszenia wzorców społeczno-kulturowych więcej jest raczej porażek niż sukcesów. Co prawda odbudowa Japonii po II wojnie światowej i ukorzenienie demokracji powiodło się, ale już eksperymenty z narzucaniem systemu politycznego w Wietnamie czy obecnie w Iraku raczej zniechęcają do ich kontynuowania lub naśladowania. Niestety wciąż znajdują się naśladowcy. Wciąż wśród decydentów panuje moda na poszukiwanie rozwiązań, zamiast na ich tworzenie. Dzieje się tak, bo panuje kult upraszczania, lapidarności. Jednak mimo słownych zaklęć i barwnych porównań tylko naiwni zwolennicy skrajnego liberalizmu mogą wierzyć w to, że wszyscy ludzie na świecie pragną tego samego – pieniędzy i możliwości współzawodnictwa (niektórzy nazwaliby to wyścigiem szczurów).
Politycy rządzącej obecnie Platformy Obywatelskiej także dali się ponieść ułudzie poszukiwania wzorców i rozwiązań, zamiast podjąć intelektualny wysiłek ich stworzenia. Po obietnicach Lecha Wałęsy, że będziemy mieć drugą Japonię, przyszła kolej na drugą Irlandię. Dlaczego ten wyspiarski kraj, prawie pięć razy mniejszy od Polski, zamieszkały przez 4 mln ludzi, ma być przykładem dla Polski? Donald Tusk przytaczając ten przykład, najprawdopodobniej nie myślał o wydłużeniu do siedmiu lat kadencji prezydenta, jak to ma miejsce w Irlandii. Najprawdopodobniej celem obecnego rządu nie jest także wystąpienie z NATO ani zmniejszenie liczebności armii do 13 tys. żołnierzy lub doprowadzenie sieci autostrad do 280 km. Wątpię także, żeby Donaldowi Tuskowi chodziło o przywrócenie

znaczenia prawu zwyczajowemu.

O co więc chodziło liderowi PO? Mam niestety wrażenie, że poza PR-em nie chodziło mu o nic konkretnego.
Choć bezsprzecznie Irlandia należy do najlepiej rozwiniętych gospodarek w Unii Europejskiej, jest to rozwój bardzo wybiórczy i specyficzny. Ponadto każdy racjonalnie myślący człowiek musi zdawać sobie sprawę z tego, że ścieżka, jaką do tego doszła, jest nie do powtórzenia przez Polskę. Irlandia bezbłędnie wykorzystała wszystkie swoje atuty: niskie koszty pracy, język angielski, bliskość Anglii i ogromną rzeszę emigrantów, wielokrotnie przekraczającą liczebność ludności mieszkającej w Irlandii. Te wszystkie zalety, w połączeniu z pojawiającą się właśnie presją na poszukiwanie tańszych miejsc produkcji i znacznie bardziej ograniczonymi niż dzisiaj możliwościami wyboru miejsc pod takie inwestycje, zaowocowały bezprecedensowym rozwojem gospodarczym tego wyspiarskiego kraju. Tych warunków nie da się jednak przenieść do Polski ani powielić. Nie staniemy się małym, neutralnym krajem na peryferiach Europy, zamieszkanym przez ludzi mówiących po angielsku i mającym wielokrotnie więcej obywateli poza granicami kraju niż w ojczyźnie. Nie cofniemy czasu ani zmian, jakie zaszły w Chinach i Indiach, ale także w gospodarce światowej. To, że kilkaset tysięcy Polaków wyemigrowało do Irlandii, nie może być powodem wdrażania w Polsce modelu z lat 80. XX w. Musimy szukać własnej drogi, a wskazówek powinniśmy wypatrywać gdzie indziej.
Zarówno Polska, jak i Irlandia przesypiają szansę na szybki rozwój, jaką tworzy gospodarka oparta na wiedzy. Walczymy o to, żeby stać się sprawną manufakturą o taniej i dostępnej infrastrukturze, zamiast mieć ambicję zostania liderem innowacji. Zapatrzeni w Irlandię nie dostrzegamy, że większość gospodarek w Europie i na świecie poszukuje i walczy o przewagi w dziedzinie badań i rozwoju (B+R), a także patentów. Podobnie jak Irlandia ciągniemy się w ogonie Europy, jeśli chodzi o wydatki na B+R. Z inwestycjami na poziomie 0,7% PKB jesteśmy grubo poniżej średniej dla Unii Europejskiej. Ta przepaść ma bezpośredni wpływ na jakość życia. Nie da się jej zasypać liberalnymi receptami, takimi jak

elastyczny kodeks pracy,

niskie podatki czy darwinizm społeczny. Żeby lepiej uzmysłowić sobie różnicę, warto wiedzieć, że liderzy innowacyjności, tacy jak Dania, Finlandia, Szwecja, Szwajcaria, Niemcy czy Izrael, wydają grubo powyżej trzech, a niektórzy nawet powyżej 4% PKB.
Wiedza, patenty i innowacje wypracowane przez społeczeństwo to jedyna skuteczna broń w zglobalizowanej gospodarce przeciw ucieczce miejsc pracy do tańszych lokalizacji. Poznanie DNA człowieka, nowe materiały, substancje aktywne, ekologiczne sposoby pozyskiwania energii, odkrycia z matematyki i fizyki będą w XXI w. źródłem bogactwa narodów. Wykluczenie się z tego wyścigu to skazanie kraju i własnego społeczeństwa na grę w drugiej lidze. Możemy i powinniśmy grać w pierwszej lidze. Mamy ku temu wszelkie predyspozycje. Najwyższy w Europie współczynnik scholaryzacji w grupie do 30. roku życia, niezłe wyniki testów PISA dla nauk ścisłych, wspaniałe tradycje naukowe, ambicję i energię. Tym, czego brakuje, są odpowiednie rozwiązania prawne i podatkowe promujące inwestycje w B+R i inwestycje budżetowe na poziomie odpowiadającym znaczeniu tej dziedziny dla przyszłości kraju.
Paradoksalnie głównym problemem, który napotykają pomysły znaczącego zwiększenia wydatków na naukę, badania i rozwój, nie są wcale ograniczenia budżetowe, choć te oczywiście jak zwykle odgrywają istotną rolę. Naukowcom w Polsce nie udaje się przekonać ani polityków, ani opinii publicznej, że są oni w stanie dostarczyć innowacyjne rozwiązania palących problemów. Te trudności komunikacyjne powodują, że nawet tam, gdzie zastosowanie osiągnięć naukowych do rozwiązania realnych problemów jest oczywiste, sięga się po inne, bardziej siłowe i mniej skuteczne rozwiązania. Najlepszym przykładem takiej sytuacji jest bezpieczeństwo energetyczne Polski. Skonfrontowani z podobnym problemem Szwedzi postawili na biopaliwa, przy okazji zgłaszając wiele patentów, a Duńczycy poszukując odpowiedzi na to samo pytanie, stali się światowymi liderami w dziedzinie wytarzania prądu z wiatru. My natomiast koncentrujemy się na

budowie terminali, gazo- i ropociągów,

zamiast stać się liderem w bezpiecznym ekologicznie wykorzystywaniu głębokich pokładów węgla.
Aby stanąć w szranki z najbardziej innowacyjnymi gospodarkami świata, potrzebujemy naukowców, którzy nauczą się podstaw marketingu i PR-u, i polityków, którzy poświęcą czas, aby zrozumieć możliwości tworzone przez najnowsze odkrycia naukowe. Musimy także, co z oczywistych powodów jest dla polityków niezmiernie trudne, nauczyć się patrzeć poza ramy czteroletnich kadencji, bo rozwoju, zwłaszcza opartego na wiedzy, nie da się programować w takiej perspektywie. Wreszcie wszyscy musimy otrząsnąć się z zapatrzenia i prób naśladowania irlandzkiego sukcesu, który jest przeszłością, i podpatrywać tych, którzy są na najlepszej drodze, aby znacznie większy sukces odnieść w ciągu najbliższych kilkunastu lat.

Autor jest sekretarzem generalnym SLD

Wydanie: 4/2008

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy