Rekoronacja „cara”

Rekoronacja „cara”

Przywództwo polityczne Putina ma charakter rzeczywisty. Między prezydentem Rosji a jego zwolennikami istnieje silna relacja, wynikająca z racjonalności

Tylu negatywnych emocji nie wzbudzają wybory prezydenckie w żadnym kraju – dzieje się tak nie tylko z uwagi na rangę Rosji w stosunkach międzynarodowych, ale może przede wszystkim ze względu na rolę jednego człowieka, Władimira Putina, który sprawuje niepodzielną władzę i zdobywa mandat na czwartą, a w praktyce na piątą kadencję (licząc współrządy z Dmitrijem Miedwiediewem w latach 2008-2012 ze stanowiska premiera). Świat głowi się nad źródłem tych sukcesów, przyczyniając się paradoksalnie do wzrostu popularności Putina i wysokiego poparcia społecznego. Mała skuteczność oddziaływania na Rosjan i bezsilność świata zewnętrznego rodzi frustrację i nakręca kolejne fale rusofobii. Demonizacja rosyjskiego prezydenta i przypisywanie mu wszelkich przewinień prowadzi do wypaczeń w postrzeganiu Rosji, którą próbuje się wykluczyć ze zbiorowości „cywilizowanych państw”.

Wybory prezydenta, nawet jeśli mają charakter plebiscytu, nie są niczym nadzwyczajnym, jak usiłują to przedstawiać krytycy Rosji. Na tle Chin, gdzie doszło ostatnio do „reelekcji cesarza” z jednoczesnym zniesieniem kadencyjności na najwyższym stanowisku państwowym, Rosjanie wydają się całkiem racjonalni w legitymizacji swojego przywództwa politycznego. Legitymizacja ta zasadza się na silnie uświęconej tradycji i osobistych zasługach władcy. O takich sposobach uzasadniania władzy pisał kiedyś Max Weber, a we współczesnym świecie większość państw praktykuje rozmaite wzory ustrojów niedemokratycznych i „długowieczność” rządzących nie jest rzadkością.

Przywództwo polityczne Putina ma charakter rzeczywisty. Między prezydentem Rosji a jego zwolennikami istnieje silna relacja, wynikająca z racjonalności, a nie wyłącznie ze strachu czy podporządkowania. Putin cieszy się poparciem społecznym, gdyż w obliczu coraz ostrzejszej gry międzynarodowej potrafił zademonstrować samodzielność i determinację w obronie swoich racji i definiowanych przez siebie interesów narodowych. A to, że popełnił przy tym sporo błędów i zamknął Rosję w „oblężonej twierdzy”, nie jest dla Rosjan najważniejsze. Świadczy o tym wysoka frekwencja wyborcza i poparcie dla zwycięzcy. Obserwatorzy zewnętrzni odnotowali nie tylko przejrzystość procedur wyborczych, ale i dużą identyfikację społeczeństwa z oficjalną retoryką polityczną. Czy jest to zasługą skutecznej propagandy, to inna sprawa. Nie można jednak odmawiać Rosjanom zdolności do samodzielnego myślenia. Pomawianie ich o bezmyślne popieranie „praktyk faszystowskich” jest wyrazem aberracji poznawczej.

Tym, co obecnie najważniejsze, jest wyprowadzenie Rosji z impasu w relacjach z Zachodem. Na razie każda ze stron wykorzystuje tę sytuację do szerzenia pomówień, w tym działań szkalujących i wojny psychologicznej. Rosja czuje się coraz bardziej zaszczuta i izolowana. Zadaniem Putina jest odwrócenie tych negatywnych trendów. Oczekują tego od niego obywatele, ale także cały racjonalnie myślący świat. Przed dyplomacją międzynarodową staje problem deeskalacji konfliktu. Ani dotychczasowa zachodnia polityka oskarżania Rosji i przypisywania jej wyłącznej winy za stan wzajemnych relacji, ani rosyjski upór i zamykanie się w owej „oblężonej twierdzy” nie prowadzą do pożądanych rozwiązań. Profesjonalna dyplomacja musi wrócić do pragmatycznego układania się i żmudnego poszukiwania kompromisów. Trzeba zaniechać idealizowania jednego systemu wartości i demonizowania strony przeciwnej. Różne państwa mają odmienne drogi rozwoju i nie ulegają tak łatwo, jak się wydawało, internacjonalizacji wartości świata zachodniego. Przykład Chin pokazuje, że nawet najbardziej zideologizowane systemy mogą ewolucyjnie przeobrażać się w pragmatyczne reżimy broniące narodowych interesów.

Postęp w rozwoju stosunków międzynarodowych nie jest linearny, o czym wiedzieli już starożytni. Nie ma żadnego determinizmu ideologicznego, z którego wynikałaby bezalternatywność w wyborze wzorów ustrojowych. Nikt nie ma monopolu na urządzanie państw ani ładu międzynarodowego w całości. Choć wiele państw, w tym Rosja, zgadza się z podstawowymi regułami w stosunkach międzynarodowych, to istnieje sporo rozbieżności w ich interpretacji i wdrażaniu.

Zachód podkreśla rolę wartości demokracji i praw człowieka, podczas gdy Rosja kładzie nacisk na zasadę wspólnego bezpieczeństwa. Zamiast integrować się pod jednym parasolem, Rosjanie uważają, że respekt dla suwerennej równości i nieingerencji w sprawy wewnętrzne jest podstawą stabilności ładu międzynarodowego. Takie stanowisko podzielają mniejsze państwa, które nie chcą się podporządkować jednej wizji ustrojowej i wykładni wartości Zachodu. Należą do nich nawet Węgry Viktora Orbána i Polska Jarosława Kaczyńskiego, które są przecież częścią struktur zachodnich. Ich przykład pokazuje, że wspólnota zachodnia nie jest jednorodna, a nadzieje z początku lat 90. na szybką transformację ustrojową Europy Środkowej i Wschodniej – wyrażone choćby w Paryskiej Karcie Nowej Europy z 1990 r. – okazały się płonne. Politycy zachodni w swojej naiwności długo nie byli w stanie zrozumieć, że ład międzynarodowy trzeba będzie oprzeć na kolejnym kompromisie, a nie na dyktacie jednego zwycięzcy. Pora zrozumieć złożoność tożsamości wielu państw. Nie wystarczy zbudowanie nowych instytucji czy podpisanie nowych traktatów. Trzeba jeszcze przebudować świadomość elit politycznych i całych społeczeństw, a to zadanie na wiele pokoleń.

Po następnej kadencji prezydenta Putina nikt się nie spodziewa radykalnych zmian w samej Rosji. Jeśli nie dojdzie do nadzwyczajnych wydarzeń, Putin będzie kontynuował konserwatywną i nacjonalistyczną linię polityczną, zabarwioną populizmem i hasłami „suwerennej demokracji”. Utrwalanie obecnego układu sił, pozbawionego realnej opozycji, będzie sprzyjać autorytarnej kulturze politycznej. Jednak w trwającej sześć lat kadencji muszą nastąpić przewartościowania co do dalszych losów władzy prezydenckiej. Przede wszystkim w roku 2024, zgodnie z prawem i zapowiedziami, Putin ustąpi po 24 latach na szczytach władzy. Zrodzi się więc potrzeba wyłonienia następcy. Rywalizujące grupy interesów na Kremlu w najbliższych latach poświęcą się głównie walce o sukcesję. Nieprzewidywalność rozwoju sytuacji każe się liczyć ze scenariuszem konstytucyjnym i pozakonstytucyjnym. Dotychczasowa „elegancja” w obchodzeniu się z konstytucją wskazuje, że Putin przejdzie na zasłużoną, a także „wymarzoną” ze względu na zmęczenie emeryturę (w wieku 72 lat). Wydaje się, że należy on do tej generacji przywódców, którzy rozumieją, jakie szkody wyrządza wizerunek zniedołężniałego władcy. Pamięta też, do czego doprowadziła gerontokracja epoki Breżniewa i jego sukcesorów. Oczywiście zawsze można sobie wyobrazić rozwój wydarzeń, który zaprzeczy dotychczasowej racjonalizacji systemu politycznego.

Otoczenie Putina (tzw. kolektywny prezydent) wie, że Rosji potrzeba państwa skuteczniejszego, mniej skorumpowanego i bardziej zmotywowanego do podejmowania eksperymentów modernizacyjnych. Rosyjski paradoks polega jednak na tym, że państwo jest największą przeszkodą w modernizacji, a równocześnie jedynym podmiotem, który taką modernizację może promować i gwarantować. Rosjanie znaleźli się w zawieszeniu między patrymonialnym autorytaryzmem a swobodną konkurencją polityczną. Ten układ nie musi jednak trwać wiecznie. Klasycy demokracji liberalnej – Alexis de Tocque-
ville i John Stuart Mill – twierdzili, że z czasem zarówno społeczeństwo, jak i klasa polityczna mogą podejmować nowe wyzwania i zmieniać nawyki.

Gdyby wierzyć jedynie antyputinowskiej propagandzie, należałoby przyjąć, że Rosją rządzi banda egoistycznych głupców, której ucieleśnieniem jest Putin. Takie diagnozy postawią wyznawcy doktryny liberalnej, zapatrzeni w osiągnięcia Zachodu i lekceważący uwarunkowania lokalne. Zgodnie z prawem wyboru, będącym podstawą ładu demokratycznego, każdy naród ma prawo do samodzielnego decydowania o swoim losie i porządku ustrojowym. Oczywiście istnieją rozmaite formy ingerowania w sprawy cudze, ale nikt z zewnątrz nie może przeprowadzić modernizacji Rosji bez udziału samych Rosjan. Światu powinno zależeć na tym, aby te przemiany były stopniowe i umiarkowane, a nie gwałtowne i rewolucyjne. Być może na kolejne „przebudzenie” Rosjan trzeba poczekać. Chodzi o to, aby ich nie irytować presją, lecz pomagać im w znalezieniu drogi rozwoju, która pozwoli wypracować kompromis w życiu publicznym i doprowadzi do otwarcia na reformy ustrojowe. Jeśli ceną demokratyzacji miałoby być kolejne „zdemolowanie imperium”, to nie ma złudzeń – świat długo będzie miał do czynienia z Rosją upartą, groźną i nieprzewidywalną.

Autor jest profesorem w Instytucie Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego

Wydanie: 13/2018

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy