Rocznice i pomniki

Rocznice i pomniki

Napisał francuski filozof i aforysta Bernard Le Bovier de Fontenelle, co później często powtarzano, że śmierć jest przykra tylko dlatego, że inni pozostają przy życiu. Jest to jednak płytka sentencja, ci „inni” bowiem też za chwilę się wyniosą. Rzeczpospolita liczy sobie ok. 40 mln mieszkańców. Za 100 lat (może z małym okładem) będą już oni wszyscy, w tym aktualnie różowe niemowlęta, gryźć żyzną polską ziemię. Sam Fontenelle trzymał się mocno, dożył 99 lat, co w jego czasach było sensacją, ale w 1757 r. i tak przyszła kryska na Matyska.

Wróćmy jednak nad Wisłę. 40 mln zmarłych w ciągu głupich 100 lat to nie w kij dmuchał. A jest z nimi dodatkowy problem, zapewne najboleśniej odczuwany w Krakowie, gdzie każda farmaceutka jest co najmniej panią magister, prodziekani – dziekanami, adwokaci – panami mecenasami, aspirant milicyjny – panem władzą itd. Otóż po uderzeniu obywateli kopytami w kalendarz zapanowuje wśród nich nareszcie stuprocentowa demokracja. Minister nie jest już ministrem, generał – generałem, ksiądz biskup – ekscelencją czy prezes – prezesem. Nic ich wszystkich nie różni od kolegi Edka spod budki z piwem i z wyjątkiem skremowanych i nieodnalezionych utopionych te same robaki ich chrupią. Jako antropolog kultury mogę dać słowo honoru, że te wszystkie pośmiertne tytuły: białe damy, strzygi, topielcy, upiory, wilkołaki, zmory, południce, święci, latawce, płanetnicy, skarbniki, błogosławieni, ubożęta to wynik mitycznej wyobraźni i wstrętu do idei równości ludzi w jakimkolwiek stadium by się znajdowali.

Nie chodzi tu o żadne rozważania filozoficzno-eschatologiczne ani też gospodarczo-ekologiczne, acz szczególnie w tym drugim względzie 40 mln grobów stanowi problem, a Kościół w instrukcji Kongregacji Świętego Oficjum jeszcze w 1884 r. nakazywał, aby „osoby wyrażające za życia wolę kremacji swego ciała pozbawiano katolickiego pogrzebu” oraz zabraniał odprawiania za nie mszy. W 1926 r. połączono kremację z podejrzeniem o herezję. Rzecz złagodzono dopiero w 1983 r. „z powodu małej liczby kremacji podejmowanych z wrogiej dla Kościoła motywacji oraz trudności związanych z grzebaniem zwłok”. Jakże przyziemne jest uzasadnienie tego ostatniego zarządzenia! Wróćmy jednak do naszego czysto pragmatyczno-społecznego punktu widzenia.

Skoro zmarli są równi (będzie w końcu kiedykolwiek ta demokracja?), to i czcić ich należy podobnie. Tutaj jednak znowu wyłania się problem. 40 mln w ciągu wieku, to policzmy: 40 000 000 : 100 lat : 365 dni (+ 25 z lat przestępnych) = 109,6 zmarłych dziennie. Nawet Kraków tylu rocznic nie wytrzyma. Zresztą niektórzy rodzą się i umierają niestosownie. Choćby taki Adam Mickiewicz – urodził się w wigilię Bożego Narodzenia, umarł tuż przed obchodami nocy listopadowej, tak że przeszkadzał w obu przypadkach. Albo Jan Kiepura, zmarły w rocznicę cudu nad Wisłą i w Święto Wojska Polskiego. Jest jednak z tego wyjście. Czytajmy Mickiewicza, słuchajmy nagrań Kiepury i dajmy sobie spokój z kalendarzem. Podobnie w innych wypadkach.

Znacznie gorzej z pochówkami. Tutaj rozpiętość możliwości pozostałych na padole, co zrobią z poprzednikami, jest ogromna: od zbiorowego rowu, poprzez groby rodzinne, po sławne nekropolie. A dochodzi jeszcze stawianie pomników i wmurowywanie patetycznych tablic. W niczym bodaj nie widać lepiej ludzkiej pychy, a przy okazji jej znikomości. Znałem w Paryżu inżyniera, syna słynnego polskiego historyka, który każdy grosz odkładał na zakupienie sobie miejsca (cena kolosalna) i ufundowania grobowca na Père-Lachaise w kwartale VII, na działce 11, jak najbliżej Chopina. Ale w końcu to jego marzenia i jego pieniądze. Gorzej, gdy do pochówków miesza się demokratyczna władza i umieszcza swoich nieboszczyków na uprzywilejowanych i eksponowanych wyżynach, bez gustu i umiaru, a za nasze podatki. Rozumiem, jak może drażnić Aleja Zasłużonych warszawskich Powązek, w której lub w jej bezpośrednim pobliżu rządzący w PRL układali swoich. Czymże jednak Powązki przy królewskim Wawelu, którego niedawno też, wbrew protestom, nie oszczędzono. Potem wszystko się miesza i trudno się dziwić, że rewolucyjny lud Paryża wywalił z bazyliki Saint-Denis wszystkie zwłoki – od królów po Bogu ducha winnych miejscowych proboszczów. Kiedy w Paryżu umówisz się z dziewczyną „pod Dantonem”, to wiadomo, o co chodzi. Umów się w Polsce pod Janem Pawłem albo pod Kaczyńskim, to cały kraj zjeździsz, a jej nie znajdziesz. W każdej wiosce dwóch polskich papieży i trzech bliźniaków.

Ja bym niczego nie zmieniał (i niech IPN też się odpieprzy). Jak już stoją, niechaj stoją, jak leżą, niech odpoczywają w pokoju. Ale jeszcze tylko pomnik nieznanego rodaka spod budki i na tym koniec. Jak prezes umrze – ma już parę tysięcy sobowtórów. Naprawdę są na tym świecie ciekawsze rzeczy niż jubileusze. Że zaś „ten świat” trwa dla każdego króciutko, lepiej się przespacerować z żoną i psem niż z podniosłym wieńcem na okazję.

Wydanie: 36/2018

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy