Sprzedana narzeczona

Wielką miłością szefa naszej dyplomacji, prof. Bronisława Geremka, są słowa – co zresztą dobrze świadczy o nim jako o humaniście. Dlatego też tak pięknie zabrzmiało w jego ustach wygłoszone w czasie sejmowej debaty o polityce zagranicznej zdanie, iż “nie do końca zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy krajem zachodnim i tak jesteśmy już postrzegani przez świat”.
Co do “postrzegania” – zgoda. Bo przecież na tej samej zasadzie Korea Południowa, na przykład, albo Tajwan, “postrzegane” są jako kraje “atlantyckie”, chociaż z Atlantykiem nie mają nic wspólnego. Podobnie Polska “postrzegana” jest jako kraj zachodni, ponieważ znajduje się w sferze zachodnich wpływów politycznych – ale jest to na razie wszystko, poza uczestnictwem w NATO, pod względem organizacyjnym, politycznym, prawnym, faktycznym.

Pocieszającą stroną niedawnej sejmowej debaty o polityce zagranicznej było to, że po raz pierwszy chyba od 1990 roku złamane zostało niepisane porozumienie, że o polityce zagranicznej wszystkie ugrupowania i partie obowiązane są mówić “jednym głosem”, ponieważ wymaga tego polska racja stanu. Był to osobliwy szantaż, niejednokrotnie osłaniający polityczne partactwo. Tymczasem polska racja stanu zarówno w tej, jak i we wszystkich innych kwestiach publicznych wcale nie wymaga mówienia jednym głosem, lecz wymaga mówienia prawdy. Otóż w obecnej debacie sejmowej w kilku głosach wypowiedziana została, choć oględnie, niewątpliwa prawda, że Polska roku 2000 wydaje się być dalej od członkostwa w Unii Europejskiej – a więc od rzeczywistej przynależności do Zachodu – niż była w roku 1989 czy 1990.
Brzmi to dość przykro, ale tak jest naprawdę i to nie tylko z powodu naszych zaniedbań w przygotowywaniu odpowiednich aktów i regulacji prawnych. Dzieje się tak głównie dlatego, że pozycja przetargowa Polski wobec Unii była dziesięć lat temu nieporównanie silniejsza, niż jest dzisiaj.
Nikt bowiem nie jest na tyle naiwny, aby przypuszczać, że poszerzenie Unii Europejskiej poza grono obecnej piętnastki ma być ze strony tejże piętnastki aktem charytatywnym, mającym na celu podzielenie się z uboższymi i bardziej skłopotanymi krajami unijnym dobrobytem i pomyślnością. Interes Unii w poszerzaniu jej granic nie leży w tym, aby dofinansowywać na przykład polskie rolnictwo, które krajom unijnym może tylko zawadzać, ale w tym, aby zdobyć nowe rynki zbytu i nowe tereny ekspansji gospodarczej.
Otóż Polska po roku 1989, zanim jeszcze rozpoczęła na serio starania o przystąpienie do Unii, udostępniła już krajom unijnym niemal wszystko, do czego byłaby zobowiązana jako członek UE. Otwarła granice, obniżyła cła, zniosła ograniczenia w nabywaniu przez zagraniczny kapitał polskiego majątku narodowego. Mówiąc trywialnie, zachowała się na podobieństwo dziewczyny, która chcąc wyjść za mąż, zbyt dużo dała przed ślubem, aby w pełni już usatysfakcjonowany oblubieniec kwapił się teraz do ożenku nakładającego na niego z kolei konkretne zobowiązania. Idąc ochoczo na rękę wszystkim, nawet nie wypowiedzianym na głos zachciankom europejskiego partnera, sądziliśmy, że zbliżamy się w ten sposób do integracji. Faktycznie jednak, jak się okazuje, stawaliśmy się od tego celu coraz dalsi, co dość jasno wynika z obecnych zachodnich głosów o potrzebie spowolnienia procesu rozszerzania Unii. Przyjęcie nas do NATO nie kosztowało Zachodu praktycznie nic, a nawet przeciwnie, bo to my przecież musimy teraz za własne pieniądze przezbroić naszą armię, kupując jej zachodnią broń. Natomiast przyjęcie Polski do Unii będzie musiało Unię kosztować, a z tym nie zamierza się ona spieszyć.
Trzeba przy tym zauważyć, że nasze ochocze otwarcie drzwi dla Zachodu odbywało się przed dziesięcioma laty w momencie, gdy sam Zachód był jeszcze bezkrytycznie zauroczony neoliberalnymi koncepcjami “reaganizmu” i “thatcheryzmu”, którym i my, całkiem na ochotnika, staraliśmy się sprostać. Tak więc za herezję uznaliśmy wszelki interwencjonizm, czy protekcjonizm państwowy w gospodarce, czy kulturze – protekcjonizm, którego bogate kraje zachodnie nie wyrzekły się naprawdę ani na chwilę – a pojęcia takie jak sprawiedliwość społeczna trafiły u nas do rubryk humorystycznych w rodzaju rubryki pana Ogórka w “Gazecie Wyborczej”.
Tymczasem obecny nastrój Zachodu się zmienił i dominujące tam rządy socjaldemokratyczne mówią dziś otwarcie o “Europie socjalnej”, a więc zgoła innej niż ta, do której my sposobiliśmy się w naszym neofickim zapale.
Czym dokładnie ma być owa “Europa socjalna” – tego nikt dokładnie nie mówi, a raczej mówi się o tym na różne sposoby. Od dość ogólnikowej wizji Anthony Giddensa, ponoć nauczyciela Tony’ego Blaira, w jego “Trzeciej drodze” (u nas wydanej przez Książkę i Wiedzę), aż po bardziej praktyczne francuskie poczynania premiera Jospina. Tak czy owak jednak ze wszystkich lektur, jakie można – a pewnie i trzeba – przeczytać na ten temat, wynika dość jasno, że oprócz prawodawstwa unijnego, które stara się stworzyć ogólne ramy dla moralnych i materialnych praw człowieka, realnym gwarantem “Europy socjalnej” może stać się jedynie państwo narodowe. Pisząc “państwo narodowe”, odczuwam, oczywiście, drżączkę, wiedząc, jak łatwo podkłada się u nas pod to pojęcie nacjonalistyczne, plemienne fobie, ale, niestety, nasz język nie posiada innego terminu na określenie “nation-state”, które oznacza po prostu państwo rządzące się w swoich granicach i zabiegające o własny interes. Otóż tylko takie państwo, a nie ogólna konstrukcja europejska, jest w stanie stworzyć zarówno system zabezpieczeń socjalnych, jak i mechanizmy zarządzania zdolne do likwidacji, a przynajmniej łagodzenia kontrastów społecznych, materialnych i kulturalnych, które w naturalny sposób produkuje gospodarka wolnorynkowa, oraz przeciwdziałać negatywnym aspektom globalizacji.
Globalizacja jest, oczywiście, procesem, którego nie da się zatrzymać na żadnej granicy, tak jak nie da się zatrzymać na przejściu granicznym epidemii grypy czy AIDS. Ale są kraje, które stosują w takich razach szczepionki ochronne i badania oraz takie, które z tego rezygnują. Otóż owe szczepionki przed negatywnymi skutkami globalizacji – która ma, oczywiście, także swoje zalety, proszę nie łapać mnie za słówka – może wprowadzić i wymusić tylko państwo narodowe.
Zmartwieniem Polski więc, jeśli nie ma ona zostać po prostu sprzedaną narzeczoną Europy, powinno być nie tylko to, kiedy – i czy w ogóle – przyjmą nas do Unii Europejskiej, ale na ile samodzielne i dalekowzroczne jest nasze państwo, aby zadbać o interesy swoich obywateli w globalizującym się świecie.
W “Europie socjalnej” – cokolwiek by to miało znaczyć.
KTT

Wydanie: 20/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy