Jak rodził się gniew

Jak rodził się gniew

Grzechem założycielskim III RP było oddzielenie sfery socjalnej od sfery obywatelskiej

Prof. Przemysław Czapliński – kieruje Pracownią Krytyki Literackiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Autor wielu książek, m.in. „Efekt bierności. Literatura w czasie normalnym”, „Powrót centrali. Literatura w nowej rzeczywistości”. Najnowsza nosi tytuł „Poruszona mapa”.

Zaczepił mnie na ulicy mężczyzna, któremu nie spodobała się moja lniana torba z sercem. Byłem dla niego lewakiem, wrogiem ojczyzny. Powiedział, że Polską rządzą Żydzi, muzułmanów trzeba stąd usunąć. Zaproponował, że może mnie nauczyć, jak być dumnym Polakiem. Dlaczego dzisiaj duma kojarzy się z zestawem pojęć wykluczających? Czy mogliśmy uniknąć tego, że po ćwierć wieku przemian właśnie takie gotowe schematy zaczynają dominować w zbiorowej wyobraźni?
– Pytanie, czy mogło być inaczej, jest trafne i trudne. Trafne, bo literatura już na początku lat 90. pokazywała wielość konfliktowych postaw. Trudne, bo nie potraktowaliśmy fikcji jako poważnego ostrzeżenia. Kiedy więc na początku XXI w. w książkach pojawiła się przemoc jako jedyny sposób rozwiązywania konfliktów, mało kto uznał, że to tykająca bomba.

Nie udało się zatrzymać zegara tej bomby.
– Zegar ruszył równocześnie z transformacją. Większość nasłuchiwała jego tykania jako rytmu postępu. Zegar miał wyznaczać tempo doganiania Europy – pod względem PKB, infrastruktury, przeciętnej zamożności, odsetka ludzi z wyższym wykształceniem itp. Nieliczni widzieli, że niedobrym warunkiem wzrostu uczyniono rozchodzenie się sfer obywatelskiej i socjalnej. Uznano, że akumulacja kapitału jest możliwa tylko za cenę redukcji opieki socjalnej. Niektóre prawa obywatelskie były gwarantowane, prawa socjalne natomiast lekceważono i pomijano.

Na pierwszym planie była wolność.
– Początkowo po 1989 r. wolność dotyczyła wyboru indywidualnego modelu życia i swobody kształtowania relacji międzyludzkich. Z czasem nawet ta sfera zaczęła się kurczyć. Aż wreszcie została tylko wolność przekonań. Ten typ wolności miał nam wystarczyć, natomiast całą resztę każdy powinien zdobywać sam.

Wyjątkowo szkodliwe złudzenie samowystarczalności.
– Raczej samodzielności. Z tym się wiąże moja koncepcja, która mówi, że jednym ze źródeł polskiej transformacji ustrojowej był wstyd.

Jako siła napędowa transformacji?
– Tak, emocjonalny motor przemian. Polacy nie dysponowali obfitymi zasobami. Mieliśmy za mało pieniędzy, żeby stać się posiadaczami, i za mało kompetencji potrzebnych do skutecznego uczestniczenia w kapitalizmie. Stosunkowo najwięcej posiadaliśmy kapitału społecznego. Ale mógł on okazać się przydatny pod dwoma warunkami. Pierwszy – ludzie zaczną wychodzić poza macierzyste środowiska społeczne, czyli robotnicy opuszczą klasę robotniczą, chłopi przestaną być chłopami, a inteligenci zrezygnują z przywództwa duchowego i staną się technokratami. Drugi – po opuszczeniu macierzystych klas ludzie porzucą dotychczasowe zasady współżycia. Czyli przemieszczeniu klasowemu musiało towarzyszyć równie szybkie wypracowanie nowych reguł życia. Właśnie do tego potrzebny był silny impuls, pchnięcie ku samodzielności.

Dość narzekania, ludzie mieli się wziąć do roboty?
– Tak, przekonywano, by przestali liczyć na państwo i wzięli pełną odpowiedzialność za zmianę swojego życia. Każdy miał się stać kreatorem samego siebie, takim self-menedżerem, który zwolni instytucje socjalne ze spoczywających na nich do tej pory obowiązków. Dlatego coraz większa porcja wstydu spadała na „niesamodzielnych” – czekających, aż fabryka z powrotem dostanie zamówienia i przywróci pełne zatrudnienie, aż państwo znowu zadba o mieszkania i służbę zdrowia, aż wzrosną zasiłki dla bezrobotnych.

Samodzielność czy solidarność

W tym procesie przeobrażania dużą rolę odegrał ks. Józef Tischner i jego słynny tekst „Homo sovieticus”.
– Rola Tischnera w tym procesie była nie większa – choć i nie mniejsza – niż innych autorytetów. W jego przypadku dziwimy się bardziej, bo okrucieństwo tego tekstu pozostaje kłopotliwe w zestawieniu z postawą moralną i wcześniejszymi przemyśleniami autora. Zarazem jest to okrucieństwo zrozumiałe i możliwe do wyjaśnienia.

Naprawdę?
– „Homo sovieticus” powstał w 1991 r. Tischner wychodził z założenia, że ludzie obalili komunizm, ponieważ tamten ustrój nie zaspokajał ich potrzeb – godnościowych, materialnych i demokratycznych. Po 1989 r. nikt już naszej godności nie naruszał, ponadto stworzyliśmy warunki demokratycznego współudziału w stanowieniu porządku politycznego. Dawny niewolnik musiał więc zobaczyć, że nie ma już pana. Tischner chciał nakłonić ludzi, by zaczęli poszukiwać godności przez samodzielność. Podobnie jak Tischner myślało wielu. Jedni stosowali słabszą retorykę, drudzy sięgali po metafory zawstydzające i degradujące. Ale cel był ten sam: niech homo sovieticus przemieni się w homo oeconomicus, niech robotnik stanie się pracownikiem, a pracownik – posiadaczem.

Powiedział pan, że tekst Tischnera miał skłonić ludzi do przeobrażenia się w człowieka ekonomicznego. Słowo skłonić zawiera jednak jakiś pierwiastek porozumienia, a tego w tamtym okresie zabrakło.
– Racja, Tischner nie kierował swoich słów do tych ludzi. Komunikacja odbywała się po trójkącie: autor zwracał się do tych, którzy sądzą, że cierpienie zawsze i bezwarunkowo uniewinnia. Oni właśnie mieli stłumić w sobie odruch litości i zrozumieć, że powstrzymanie się od pomocy może pomóc – bo pozwala cierpiącym, głównie bezrobotnym, samodzielnie stanąć na nogi. Krótko mówiąc, zawstydzanie niesamodzielnych legło u podstaw transformacji klasowej. Do tego doszedł jednak drugi – równie silny – wstyd spadający na gorszych.

Czym się wyróżniał?
– Aby te wstydy jakoś oddzielić, uznajmy – eksperymentalnie – że zawstydzanie gorszych może dotyczyć ludzi samodzielnych. Takich np., którzy zaczęli nieźle zarabiać, a więc już się usamodzielnili. Założenie to pozwala nam namierzyć rosnącą klasę średnią. Ci, którzy dołączyli do niej za sprawą własnej działalności gospodarczej bądź lepszych posad w firmach, byli zawstydzani z powodu niedostatków gustu. W połowie lat 90. nabierała rozpędu kampania wyśmiewająca białe skarpetki i mokasyny, złote łańcuchy i tweedowe marynarki. Klasę średnią nakłaniano do tego, by dostosowała gust do klasy wyższej. Warto zwrócić uwagę na paradoksalność tej kampanii: oto rodząca się, ale przecież jeszcze nieistniejąca klasa średnia miała poszukiwać wzorców w nieistniejącej klasie wyższej. Fantazmatyczna średnia miała poprzez naśladownictwo stworzyć wyższą i dzięki temu stworzyć samą siebie! Kreowanie poprzez imitację pozorów nie jest niemożliwe, ale na drodze do upragnionego awansu stało jeszcze jedno – wstyd z powodu niesolidarności.

Wygląda to na sprzeczność.
– Zgadza się. Jak ludzie zachęcani do samodzielności mogą być równocześnie zawstydzani z powodu niesolidarności? Samodzielność izoluje, solidarność jednoczy. Tu natrafiamy na jedną z najbardziej fascynujących i zarazem najbardziej kłopotliwych fabuł etycznych transformacji.

Zawstydzanie niesolidarnych miało zacieśnić więzi?
– Tak. Proces ten polegał na skierowanym w przeszłość przywracaniu różnic. W połowie lat 80. pojawiła się cała seria wspaniałych książek – napisanych przez Hannę Krall, Henryka Grynberga, Tadeusza Konwickiego, Piotra Szewca, Pawła Huellego, Jarosława Marka Rymkiewicza, Grzegorza Musiała, Ankę Grupińską, Jerzego Ficowskiego. Ich teksty uobecniały etniczne, narodowe, kulturowe i wyznaniowe bogactwo dawnej społeczności zamieszkującej Polskę. Żyli wówczas obok siebie Polacy, Żydzi, Ukraińcy, Białorusini, Łemkowie, Niemcy, Litwini… Za sprawą tych książek cofaliśmy się – do XIX w., międzywojnia, okresu okupacji, do lat tuż po II wojnie. Retrospekcja odsłaniała zróżnicowaną wielość, która w czasach PRL stopniowo przemieniła się w niezróżnicowaną, ksenofobiczną, zamkniętą w sobie jedność. Uświadamialiśmy sobie, jak doszło do tego, że polskość stała się nie tylko „wyłącznie polska”, lecz także sztucznie męska, czyli agresywna wobec kobiet i odmieńców seksualnych. Większość narracji zapraszała nas do udziału w swoistym śledztwie, które pozwalało odkryć, że zniknięcie różnic miało dwie przyczyny: totalitaryzm i społeczną nietolerancję. Okazywało się zatem, że potrafiliśmy mężnie stawić opór okupacji obcych, ale nie potrafiliśmy zachować się solidarnie wobec swoich Innych. Ich zniknięcie przywoływane na przełomie lat 80. i 90. miało być swoistym memento – przestrogą przed powtórzeniem nietolerancji wobec różnic etnicznych, narodowych, wyznaniowych, płciowych i seksualnych.

Co było stawką w tej grze?
– Prawda historyczna i kształt przyszłości. Otwarcie zaczęliśmy bowiem sobie mówić, że społeczeństwo wieloetniczne nigdy nie było u nas równościowe. W tym odsłanianiu rzeczy wstydliwych chodziło o stworzenie społeczności pluralistycznej – niejednolitej i tolerancyjnej, dostrzegającej bogactwo życia społecznego w zróżnicowaniu i zdolnej do zachowań solidarnych. Z takiego myślenia pochodziły najważniejsze pojęcia polityczne III RP: demokracja pluralistyczna, społeczeństwo obywatelskie, dialog, konsensus, porozumienie, negocjacje. Skrótem owego leksykonu było hasło: „Obyśmy umieli pięknie się różnić!”. Zawołanie było niebezpieczne, bo tkwiło w tym ryzyko pomijania ludzi, którzy różnią się „brzydko”.

Fatalny splot

Czy wstyd związany z niesamodzielnością wchodził w skład wstydu gorszości?
– Spróbujmy najpierw podsumować. Zawstydzanie z powodu niesamodzielności było potężnym impulsem rozwojowym, ponieważ pchało ludzi ku klasie średniej. Kiedy w połowie lat 90. Henryk Domański prowadził badania ankietowe, okazało się, że 70% społeczeństwa uważa się za członków klasy średniej! To było marzenie porządkujące rozległą migrację – ku lepszemu życiu, ku niezależności ekonomicznej.
Z kolei wstyd spadający na niesolidarnych stanowił podstawę budowania społeczeństwa pluralistycznego – dumnego, mówiąc w skrócie, z Ireny Sendlerowej i wstydzącego się pogromów. Te dwie rzeczy sprzęgły się: kto chciał się uważać za członka klasy średniej pomimo braku samodzielności, zaczynał wskazywać innych – tych, którzy jeszcze nie są tolerancyjni i otwarci. Sprzeczność między „bądź samodzielny” i „bądź solidarny” została zatem rozwiązana w sposób paradoksalny – kto zaczynał potępiać dawne akty ksenofobiczne, ten uzyskiwał niejako odpuszczenie win naszych przodków. Zamiast faktycznego sprawdzianu z solidarności odnoszonej do aktualnego życia pojawiła się oferta odcięcia się od dawnej nietolerancyjności. W tej sytuacji oba wstydy – ten za niesamodzielność i ten za niesolidarność – w coraz większym stopniu przenosiły się w sferę wyznaczników klasowych. Ubiór, zachowanie, deklaracje światopoglądowe, czytana prasa nabierały charakteru znaków przynależności i zwalniały ze zobowiązań. Zamiast złożonej sieci rozmaitych relacji mieliśmy prosty podział na „gorszych” i „lepszych”, przy czym „gorszość” stawała się coraz bardziej pojemna, obejmując zarówno wstydliwą przynależność do klas uboższych, jak i wstydliwe poglądy. Ci, którzy znaków klasy średniej nie zakładali, byli zawstydzani coraz intensywniej.
Ucieczka przed wstydem wyzwalała swoistą mimikrę społeczną, czyli powszechny spektakl udawania europejskości i tolerancyjności. Fałszywe tożsamości groziły jednak rokoszem w imię fałszywych celów.

Człowiek źle znosi sytuację grożącą mu zamknięciem w klatce wstydu. Ale ucieczka przed zawstydzaniem i odgrywanie ról nie mogą trwać wiecznie. W jaki sposób zawstydzani się bronili?
– Bunt nastąpił z dwóch stron. Z jednej wzniecili go ludzie, dla których bariery samodzielności okazały się nieprzekraczalne. Wystarczy porównać powieści Doroty Masłowskiej, Sławomira Shutego, Sylwii Chutnik czy Mariusza Sieniewicza z dramatami Pawła Demirskiego, by zobaczyć bohaterów, którzy coraz agresywniej odrzucają wstyd spadający na nich tylko dlatego, że potrzebują czegoś od państwa. Z perspektywy tej literatury zrozumiałe stawało się też kłopotliwe podejrzenie, że zachęty przyśpieszające narodziny klasy średniej były korzystne dla państwa wycofującego się ze swoich zobowiązań. Drugi rokosz zawstydzonych skierowany był przeciw zasadzie solidarności ufundowanej na pamięci o zgładzonych Innych. Mówiąc dosadnie, w połowie lat 90., gdy liczba bezrobotnych sięgała
3 mln, Andrzej Szczypiorski piętnował pojawiające się tu i ówdzie akty antysemityzmu. Jest oczywiste, że takiego potępienia nie powinno zabraknąć. I równie oczywiste jest, że głoszenie obowiązku bycia solidarnym robi się podejrzane, gdy nie doświadczają owej solidarności ludzie w potrzebie.

Człowiek ma wówczas poczucie, że coś jest nie w porządku z wartościami, które wielu tak ochoczo przyjmuje.
– Zaczyna podejrzewać, że namawia się go do tolerancji, by uniemożliwić mu zgłaszanie roszczeń socjalnych. To właśnie ów fatalny splot: w Polsce stopniowo było coraz mniej swobód obywatelskich, ale te resztki wystawiano niczym zasłonę dymną, która miała zakryć rezygnację z ochrony równości. Kiedy ktoś upominał się o prawa pracownicze, nazywano go gospodarczym komunistą. Kiedy ktoś uznawał, że na lokalnym rynku „polska większość” jest krzywdzona, nazywano go nacjonalistą.
Demony nacjonalizmu, antysemityzmu i ksenofobii, które dziś hulają po Polsce, zostały wyhodowane przez wszystkie rządy po roku 1989. Z wydatną pomocą Solidarności, której działacze średniego i wysokiego szczebla poparli transformację wbrew interesom pracowniczym. Narodziny owego splotu to właściwie najbardziej fatalny w skutkach moment dziejów III RP – pochwała tolerancji, będącej podstawą społeczeństwa pluralistycznego i demokracji liberalnej, połączyła się z ideologią samodzielności, kluczową dla klasy średniej i zarazem legitymizującą wycofywanie się państwa z funkcji opiekuńczych. W rezultacie prawa obywatelskie odseparowano od praw socjalnych. Z czasem prawa obywatelskie również się skurczyły, więc przez ostatnie lata jedynym zróżnicowaniem, któremu zapewniano równość, było zróżnicowanie światopoglądowe. Marcin Król w głośnym wywiadzie stwierdził, że udała nam się wolność, ale równość nie. Sądzę, że wolność również nam się nie udała.

Gniew nadchodzi z dwóch stron

Mamy zatem fundament, na którym osadzone jest dzisiaj niezadowolenie społeczne, przeradzające się w nienawiść.
– Gniew nadchodzi z dwóch stron. Obrońcy praw obywatelskich twierdzą – w czym mają rację – że jesteśmy państwem, w którym nie zapewnia się ochrony kobietom, ludziom odmiennych wyznań, odmiennego pochodzenia czy odmiennych preferencji seksualnych ani środowisku naturalnemu. Rasizm, ksenofobia, mizoginia, homofobia, okrucieństwo wobec zwierząt czują się w Polsce dobrze, bo prawo jest dla tych zachowań łaskawe, a sądy – nierychliwe. Jednakże gniew przeciw tym zjawiskom jest traktowany jako głos uprzywilejowanych i jako kolejny przejaw zawstydzania gorszych. Z drugiej strony lekceważenie nierówności ekonomicznych doprowadziło do gniewu przeciw elitom i rynkowi. Ale gniew ten jest wyrażany w języku nie ekonomii i praw socjalnych, lecz tożsamości zbiorowych. Uderza w rzekomych wrogów, którymi okazują się reprezentanci emancypacji – kobiety, ekolodzy, nieheteroseksualni, czyli ludzie, którzy wcale nie zostali zrównani w prawach. Jeśli dzisiaj prawica wyzywa stronę liberalną od komunistów, a obrońcy demokracji krzyczą 13 grudnia 2016 r.: „Precz z komuną!”, to znaczy, że nikt nie potrafi precyzyjnie nazwać teraźniejszości. Wyhodowaliśmy zastępcze tożsamości jednostkowe i zbiorowe i teraz tkwimy w historii zmistyfikowanej, pozbawionej własnego imienia. Stąd bierze się gniew przeniesiony – przeciwników transformacji konsekwentnie zawstydzano jako nie dość europejskich i nie dość tolerancyjnych, więc w końcu okopali się na tych pozycjach i przemówili głosem nacjonalistów, katolików, antyeuropejczyków. Nie dlatego, że są to języki adekwatne, lecz dlatego, że okazały się jedynymi językami skutecznej interwencji w sferze politycznej.

Jesteśmy uwięzieni w języku, który utrudnia stworzenie innej opowieści o życiu tu i teraz. Nieustające licytowanie się w wartościach i wzajemne zawstydzanie zaciemnia nam obraz i oddala od realnych problemów milionów ludzi. Widzi pan jakiś przebłysk nadziei?
– Być może zabrzmi to dziwnie, ale pod względem strukturalnym rząd PiS przypomina rząd PO. Pomimo wszystkich różnic i zerwań widzę w tej polityce przewagę złej kontynuacji nad dobrą zmianą. Oczywiście trzy posunięcia osłonowe – 13 zł jako minimalna stawka godzinowa, 2 tys. zł jako płaca minimalna oraz dodatek 500 zł za drugie i kolejne dziecko – to bardzo ważne zdobycze. Ważne zarówno w sensie ekonomicznym, jak i prawnym. Państwo powraca do swoich funkcji pośrednika między rynkiem a obywatelem. Zarazem po tych trzech krokach państwo zatrzymuje się i nie idzie dalej: wraca prawo umożliwiające eksmisję na bruk, nie będzie reformy podatkowej, podwyższenie kwoty wolnej od podatku okazuje się nieistotne, rośnie eksploatacja środowiska naturalnego i strukturalne pomijanie problemów zanieczyszczenia atmosfery. W projekcie „Strategia odpowiedzialnego rozwoju”, który zarysowuje przyszłość polskiej gospodarki, określenie związki zawodowe pojawia się bodaj trzy razy! Poprzednie rządy zasłaniały ubytki praw socjalnych rzekomą wolnością demokratyczną; obecny zasłania zabór praw obywatelskich rzekomą równością. Gra pozorów trwa. Podobieństwo między rządami nie polega jednak tylko na przedłużaniu pozorów, lecz i na tym, że sztandarowe „wartości” mają zasłonić realność – dla liberałów wartością były prawa obywatelskie, dla prawicy wartościami są rodzina, polskość, patriotyzm. Liberałowie karmili wyborców wizerunkiem Europy, do której mieliśmy dołączyć, a nacjonaliści będą zapychać swój elektorat papką patriotycznej dumy. Ani jedni, ani drudzy nie chcą mówić o kapitalizmie i nierównościach, o relacji między prawami obywatelskimi i prawami socjalnymi. I jeśli dziś potrzebna jest alternatywa zarówno dla neoliberałów, jak i dla neokonserwatystów, powinna ona uwzględnić właśnie to: grzechem założycielskim III RP było oddzielenie sfery socjalnej od sfery obywatelskiej. Trzeba to rozdarcie zaszyć. Trzeba wymyślić, jak dopisać prawa socjalne do praw obywatelskich i jak sprawić, aby sfera obywatelska była chroniona przed politykami, którzy uważają, że wystarczy 500 zł, aby zabrać prawa wolnościowe.

Wydanie: 3/2017

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy