Rozwoju trzymam się pazurami

Rozwoju trzymam się pazurami

Można zapytać, dlaczego moich bohaterów nie stać na silny zryw, bunt. Ale przepraszam, czy kogokolwiek z nas stać?

Jagoda Szelc – absolwentka Wydziału Grafiki ASP we Wrocławiu i Wydziału Reżyserii Filmowej i Telewizyjnej łódzkiej Filmówki. Jej pełnometrażowy film „Wieża. Jasny dzień” został uhonorowany nagrodami za najlepszy debiut i najlepszy scenariusz na festiwalu w Gdyni. Laureatka Paszportu „Polityki”.

Gdy rozmawialiśmy po premierze filmu „Wieża. Jasny dzień”, przyznałaś, że nie interesuje cię uszczęśliwianie widza, spełnianie jego oczekiwań. Oglądając „Monument”, miałem wrażenie, że niewiele w tej kwestii się zmieniło.
– Myślę, że nie sposób zrobić filmu dla kogoś. W moim słowniku nie istnieje pojęcie widowni. Rozumiem, że wszystko próbujemy sprowadzić do statystyki, analiz, rozkładania punktów na osi, bo tak wygląda nasza rzeczywistość. Ale nie możemy przewidzieć, kim jest osoba, która siada przed ekranem. Nie wiem, czego ten człowiek potrzebuje, co weźmie z mojej historii. To, co powiem, jest ryzykowne, na pewno spotka się z krytyką, ale chyba nie mam potrzeby przekonywać ludzi do mojego kina czy moich opinii. Gdyby ktoś dawał mi pieniądze, żebym robiła filmy, ale zabraniał pokazywania ich publiczności, chyba poszłabym na to. Może wynika to z pozycji młodego twórcy. Nie uważam, żeby najważniejsza była konfrontacja z widzem czy odbiorem, raczej uchwycenie tego, kim naprawdę jestem. Stoję na stanowisku, by nie robić filmów, ale praktykować robienie filmów. Realizować je wtedy, gdy mam do tego ważny powód.

To podejście pozwoliło ci przeżyć klątwę drugiego filmu. Nie jest tajemnicą, że po sukcesie „Wieży” koledzy po fachu straszyli, że czyha na ciebie wiele niebezpieczeństw. Że skończy się okres próbny i będziesz musiała pokazać, co potrafisz.
– Na mnie zaciążyła tylko połowa tej klątwy. Lęk przed drugim filmem zatłukłam kijem, zabiłam. Nie kalkulowałam, nie podwyższałam poprzeczki, to nie są zawody sportowe, nie zaspokoiłam czyichś związanych z tym oczekiwań. Lubię mówić, że film „Monument” powstał w pewnym sensie rykoszetem, bo najważniejsze było wszystko obok „tego najważniejszego”. Zrobiłam go na moich prawach, na moim tekście, bardzo szybko. Złośliwi powiedzą, że to żaden drugi film, tylko projekt na zlecenie, które dostałam od szkoły. Że to tylko dyplom aktorski. I mają rację. Ale po pierwsze, sama wybrałam to zlecenie. Po drugie, dostałam je od szczególnej osoby, od Mariusza Grzegorzka. Jak mogłam odrzucić propozycję, która dała mi wolną rękę artystyczną, a narzucała tylko dwa warunki: dotyczące niskiego budżetu i debiutującej obsady? Znam filmy, które mają wyższe budżety i dużo gorsze ramy. Szefa, który przepisuje scenariusz i włazi do montażowni. Nie uważam więc, żebym sprzedała się za zlecenie. „Monument” to był raczej dar. Czy jest szansa na zrobienie filmu autorskiego w Polsce? W tym momencie to prawie niemożliwe.

Skoro tak, to co dalej? Dorastaliście pod kloszem Filmówki, otrzymaliście komfort bycia niezależnymi artystami, szansę na zrobienie czegoś niekomercyjnego. „Monumentem” uśmierciłaś się jako studentka, która pod opiekę rektora Grzegorzka już nie wróci.
– W pewnym sensie ten film uśmiercił wszystkich na planie. Sama dokonałam tego na kilku poziomach. Raz, że odcięłam się od „Wieży”. Po pierwszej miłości, jaką był ten film, myślałam, że już nigdy się nie zakocham, trudno było mi się żegnać z tamtymi ludźmi. Praca z kolejnym zespołem była jak klin. Co więcej, dwa tygodnie po premierze dostałam dyplom i, jak wspomniałeś, przestałam być studentką. Ten film jest więc opowieścią o śmierci – rozumianej jako otwarcie. Umieramy jako studenci, zamykamy pewien etap i zaczynamy rozumieć, że staliśmy się artystami. Szkoła była dla mnie jednym z najważniejszych miejsc w życiu, zbudowała tożsamość, ale wiedziałam, że jeśli nie odetnę tej pępowiny, bardzo trudno będzie mi wyjść z mentalności studenta. Tak po prostu trzeba, teraz muszę iść dalej. Nie zrobię na zawołanie szpagatu i „La Cucarachy” i nie skończę małym realizmem, ponieważ on mnie nie interesuje. Nie interesuje mnie opowiadanie historii. Interesuje mnie mechanizm oddziaływania na widza. To będzie nadal kino autorskie. Chcę, żeby to było też inne kino.

Porozmawiajmy o pracy z koleżankami i kolegami z wydziału aktorskiego. Wzięłaś pod swoje skrzydła cały rok. Znalazłaś miejsce dla każdego, w sumie dla 20 osób.
– W mojej moralnej postawie chodziło przede wszystkim o obsadzenie wszystkich aktorów i danie im równych szans. To było profesjonalne i uczciwe. Jeśli jesteś reżyserem, powinieneś umieć poprowadzić każdego aktora. I wycisnąć z niego wszystko, co najlepsze. Fundamentalna zasada reżyserii: jesteś w stanie poprowadzić ludzi, dokąd chcesz, jeśli masz odpowiednie narzędzia. Poza tym każdy człowiek ma inne doświadczenia, wywodzi się z innego środowiska, dlatego scenariusz „Monumentu” powstał w technice mieszanej. Ja pisałam swoje, rzucałam aktorom do wglądu, oni to rozszarpywali, dopisywali nowe, konfrontowali z moim. Mam ograniczone zaufanie do własnej kreatywności. Wiem, że inni są ode mnie mądrzejsi, dlaczego więc miałabym im nie ukraść talentu, co oznacza: pracować na korzyść filmu, który robię?

Nie myślałaś: muszę wymagać od aktorów, żeby trzymali się tekstu? Nie bałaś się, że pracując w sposób bliski improwizacji, spotkasz się na planie z zachwianiem na linii reżyser-aktor?
– Reżyser – owszem – ma liderować, ale nie musi stać na szczycie. Wolę być w centrum, skąd ode mnie odchodzą kolejne flanki, a ostatnią jest produkcja, która zamyka kształt filmu. W takim układzie każdy jest tak samo ważny. W ważnych sytuacjach mam zwyczaj mówienia do moich ludzi jako szefowa pionu. Nie mówię wtedy: Asia, Basia, Kasia. Konkretna funkcja nadaje i podkreśla ich status, który jest niezwykle ważny. Nie mam potrzeby dyktowania im każdego posunięcia, każdy z nich musi podejmować autonomiczne decyzje. Nie jestem w stanie zrobić wszystkiego sama, dlatego nie udałoby się stworzyć nic wartościowego, gdyby nie zaangażowanie aktorów. To kwestia przygotowania zespołu do pracy nad filmem.

W ten sposób ustawiasz się z ekipą, ale mam wrażenie, że z widzami jest trochę podobnie. Często za Andrzejem Wajdą powtarzasz, że jak widz nie rozumie, to się obraża. Ty nie zamierzasz niczego mu objaśniać.
– Każdy ogląda inny film, a ja nie mam potrzeby przekonywać do swoich interpretacji. Mówiąc o „Monumencie”, każdy tak naprawdę mówi o sobie. Dla jednych będzie to zapis ceremonii, drudzy powiedzą, że nakręciłam psychologiczny horror. Lepiej jest, kiedy w grę wchodzi wolna wola i opinie zaczynają być podzielone. W tym filmie nie ma fizycznie żadnego monumentu. Jest tylko postument, który jest ciekawą, wręcz niemożliwą figurą. No właśnie, życie jest tytułowym monumentem. Często myślimy o nim, że jest tak zajebiście ważne, a w gruncie rzeczy okazuje się, że niewiele po sobie pozostawia.

A ty nie masz poczucia, że jesteś kimś ważnym?
– Nigdy tak nie myślałam. Oczywiście teraz jest mi bardzo dobrze. Mogę robić kino autorskie, zaczynam przygotowania do pracy nad trzecim filmem. Będzie to „Delikatny balans terroru”. Na podstawowym poziomie też nie narzekam. Żyję w bezpiecznym miejscu na Ziemi, gdzie mam stały dostęp do wody pitnej. Ale czy to sprawia, że mogę się czuć ważniejsza, lepsza od kogokolwiek? Dajmy na to od uchodźcy, który śpi na ulicy we Włoszech? Niby dlaczego moje życie jest takie, a jego musi być inne? Wydaje mi się, że jestem w takim samym stopniu ważna jak każdy człowiek, ale zarazem powinnam być traktowana jako jedna z wielu. Skoro tych ludzi i ich dzieci bez żadnego wyraźnego powodu traktuje się jak śmieci, co jest szokujące, to myślę, że wszyscy się tak traktujemy.

W pewnym sensie dałaś ujście temu zaniepokojeniu światem w „Wieży”. Twój pierwszy film jest opowieścią o kontroli. Tak samo zaczyna się „Monument”. Uczestnicy hotelarskich praktyk tresowani są do określonych zadań. Każdy chłopak to Piotrek, każda dziewczyna to Ania. Dla dobra systemu składana jest ofiara z ich podmiotowości.
– Cóż, uważam, że ani w tym, ani w żadnym innym kraju nie można być podmiotem. Mam poczucie, że kiedy pojawia się jakiś system, zawsze idzie za nim przemoc. Jedynym ratunkiem jest powrót do plemienności. Nie można być blisko z półtoramilionowym miastem. Oprócz potrzeb fizjologicznych każda kultura miała kiedyś potrzeby duchowe. „Monument” może pokazywać ślepą tendencję do podporządkowania się ramom systemowym. Można zadać sobie pytanie, dlaczego moich bohaterów nie stać na silny zryw, bunt. Ale przepraszam, czy kogokolwiek z nas stać? Nie uważam, żeby wyjście na ulice miało dziś jakiś wymierny efekt. A skoro nie ma, w moim filmie jest to samo. Pokazuję dokładnie to, co widzę wokół siebie. Że nie ma lewicy, że coraz trudniej o prawdziwy bunt czy walkę o podmiotowość. Uważam, że wszyscy jesteśmy Aniami i Piotrami.

Ty na brak podmiotowości w środowisku chyba nie możesz narzekać. Najlepszy debiut w Gdyni, Paszport „Polityki”, pokazy na Berlinale, nagroda główna na krakowskiej Off Camerze, widoki na trzeci film. Nie czujesz, że kiedy twoje nazwisko stało się hot, sukces mógł uderzyć do głowy?
– Wprost przeciwnie. Poczułam, że to mnie przerasta. Bo poziom bezwładności i ciśnienia oddziałującego na ciebie jako twórcę, ludzie, których tracisz po drodze przez ich zazdrość, to wszystko jest potworne. Wracają do ciebie deficyty, a jeśli jesteś mało asertywny, okoliczności zeżrą cię na miejscu. Cieszę się tylko z jednego. Że ten cały szum zapewnia mi możliwość zrobienia trzeciego filmu. I tylko to mnie interesuje. Gdybym nagle uwierzyła, że jestem taką fajną reżyserką, uzależniłabym się od opinii innych ludzi na swój temat. A prędzej czy później zacznie się mówić, że Jagoda Szelc jest „be”. I wtedy będę w d… Zacznę się bać, a strach jest podwaliną narcyzmu. Zaburzenia osobowości klastra B wynikają z tak silnego lęku, który w nas się umościł, że wytwarzamy w sobie elementy lękowej osobowości i patetycznie zaczyna nam się wydawać, że jesteśmy więksi i mamy kontrolę nad światem. Tym samym nie mam siebie ani za lepszą, ani za gorszą. Nie muszę ani się podobać, ani nie podobać. Nie muszę też być wcale reżyserką. Chcę tylko iść po własny rozwój, bo na tym polega kariera. Tego będę się trzymała pazurami.

Mówiłaś, że filmów nie będziesz robiła do końca życia, bo uważasz wykonywanie jednego zawodu za zboczenie. Serio czy to taka stylówka?
– Po tych dwóch filmach nadal nie czuję się filmowcem. Nic na to nie poradzę. I powtórzę: nie będę ich robić do końca życia, chociaż pewnie bym chciała. Przywołując to zdanie jak mantrę, ubezpieczam się na złe czasy. Bo kiedy przyjdzie kryzys i będę zmuszona zejść z planu, to równie dobrze mogę wykonywać inne zawody. I wierzę, że tam też przyjdzie rozwój osobisty. Wrócę do malarstwa, za którym tęsknię. Życie polega na tym, że jest ciągłą zmienną. To sztuka dochodzenia do tego, kim się jest, a nie stawania się kimś. Zresztą mogę też pracować w maglu.

Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta

Wydanie: 10/2019

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy