Ruiny nadziei

Ruiny nadziei

W regionach Afganistanu, gdzie jeszcze niedawno żołnierze Bundeswehry budowali szkoły, wpływy odzyskują talibowie

21 grudnia 2019 r., Fajzabad, 100-tysięczne miasto w północno-wschodnim Afganistanie. Na położonym w lesie cmentarzu powoli zaczyna brakować miejsca. Pogrzeby odbywają się prawie codziennie. Tego wyjątkowo zimnego poranka znów zebrały się tutaj setki Afgańczyków, aby pożegnać kolejnego dzielnego żołnierza, który poległ w walce z talibami. 43-letniego Aydena lubili wszyscy. Był niezłomny i nieustraszony, a zarazem wrażliwy oraz troskliwy. Potrafił dodać kolegom odwagi.

Nad owiniętym zieloną chustą ciałem sędziwy imam odmawia modlitwę pożegnalną. Następnie krewni Aydena kładą go ostrożnie do wykopanego wcześniej grobu. Dół jest bardzo wąski, trzeba oszczędzać miejsce. Tylko w ostatnich dwóch tygodniach pogrzebano tu 10 Afgańczyków. Kiedy pogrzeb Aydena dobiega końca, 100 m dalej rozpoczyna się kolejna ceremonia, w której uczestniczy zaledwie kilka osób. Chowają Karima. 17-letni chłopiec walczył po stronie talibów. Jego rodzinę ośmiu ochroniarzy oddziela kordonem od kilkunastu oburzonych osób. Ostatnią modlitwę dla Karima odmawia jednak ten sam imam, który wcześniej żegnał Aydena. – Cholera, ten dół powinien być węższy – napomina współpracowników mężczyzna, który nadzoruje przebieg pogrzebów w Fajzabadzie.

Ayden i Karim pochodzili z tej samej małej wsi nieopodal miasta. Mieszka tam nie więcej niż 100 osób. Wszyscy się znają, wielu jest ze sobą spokrewnionych. Lecz na tym skrawku ziemi więzi rodzinne nie przeszkadzają we wzajemnym zabijaniu.

Kipiący kocioł

To głównie w okolicach Fajzabadu, w prowincji Badachszan, dochodzi ostatnio do najzacieklejszych starć pomiędzy wspieranymi przez rząd w Kabulu żołnierzami a radykalnymi talibami, którzy odzyskują kawałek po kawałku północne tereny Afganistanu. Żołnierzom często udaje się ich przepędzić, ale nieustępliwi islamiści powracają. Na początku stycznia w prowincji Kunduz w wyniku ataku talibów na bazy sił rządowych zginęło ponad 30 osób. Tylko w 2019 r. wojna domowa w Afganistanie pochłonęła ok. 2 tys. ofiar śmiertelnych. W ostatnich dniach jest trochę spokojniej, gdyż nadeszła sroga zima, uniemożliwiająca starcia. Przy czym gdyby Stany Zjednoczone nie zaopatrzyły armii rządowej w nowoczesną broń, krótkofalówki oraz wielozadaniowe samochody terenowe typu Humvee, sytuacja na północy wyglądałaby znacznie gorzej. Mróz oraz nacisk obecnych jeszcze w Afganistanie sił USA przynoszą pewne efekty. 7 stycznia w prowincji Badachszan poddało się ok. 100 talibów.

Sytuacja w Afganistanie kojarzy się z kipiącym kotłem – na wierzchu ciężka amerykańska pokrywka, a pod spodem gotują się plemienne animozje. Zarazem kraj ów przypomina dziś pacjenta w agonii, podtrzymywanego przy życiu dzięki kroplówce USA. Gdyby prezydent Donald Trump zdecydował się ją odłączyć, pacjent mógłby zapaść w głęboką polityczną śpiączkę. Ostatnie posunięcia Waszyngtonu w Iranie oraz Iraku każą myśleć, że taki scenariusz jest całkiem prawdopodobny. Zresztą Trump już krótko po wyborczym zwycięstwie w 2016 r. oznajmił, że zamierza stopniowo zmniejszać kontyngenty w regionie Hindukuszu. Niedawno powtórzył, że „18 lat amerykańskiej pomocy” wystarczy. Co więcej, od około roku administracja Trumpa bez udziału prezydenta Afganistanu Aszrafa Ghaniego prowadzi rozmowy z talibami. Taki warunek postawili czołowi przedstawiciele islamskich fundamentalistów. Te ustępstwa ze strony Waszyngtonu pokazują dobitnie, po której stronie Stany widzą ostatecznego zwycięzcę tego konfliktu.

Opieszała stabilizacja

Na początku września 2019 r. gospodarz Białego Domu miał przyjąć w rezydencji Camp David kluczowych przedstawicieli talibów. Najwyraźniej jednak ktoś z jego otoczenia odwiódł go od tego pomysłu. Wszak tuż przed 18. rocznicą zamachu na World Trade Center spotkanie z byłymi przyjaciółmi szefa Al-Kaidy Osamy bin Ladena ściągnęłoby na prezydenta USA falę niechęci. Trump nagle oświadczył, że nie zamierza w ogóle rozmawiać z talibami. Po czym, już po rocznicy, poinformował opinię publiczną, że wznowił negocjacje. To nie pierwsze sygnały, które każą przypuszczać, że przywódca Stanów Zjednoczonych nie potrafi działać inaczej niż pod wpływem doraźnych impulsów.

Zasadnicze pytanie brzmi: co dalej z Afganistanem? Pierwotnie Biały Dom zakładał, że po żmudnej mediacji rozmowy między Kabulem a talibami zakończą się rozejmem. Najpóźniej wtedy Trump zamierzał wycofać amerykańskich żołnierzy, co jednak osłabiłoby pozycję Kabulu w dalszych pertraktacjach z talibami. Wprawdzie nie mogą oni w pełni odzyskać dawnych wpływów, dopóki Stany będą finansować wojska rządowe i bombardować islamistów z powietrza, ale obecność tysięcy żołnierzy USA, a także innych państw wchodzących w skład Międzynarodowych Sił Wsparcia Bezpieczeństwa (ISAF), tylko nieznacznie ustabilizowała sytuację.

Poza tym obie strony konfliktu mają na koncie działania godne potępienia. Według ustaleń ONZ wspierani przez USA afgańscy komandosi zabili w pierwszej połowie 2019 r. więcej cywilów niż islamscy bojownicy czy inne grupy powstańcze razem wzięte. Odpowiedzialność za 52% z 1,4 tys. ofiar śmiertelnych przypisuje się wojskom sterowanym z Kabulu.

Sytuacja polityczna w Afganistanie jest bardzo niestabilna. Oficjalnie wybory we wrześniu 2019 r. ponownie wygrał prezydent Aszraf Ghani, ale obecny premier Abdullah Abdullah, który zajął drugie miejsce, zarzuca ludziom głowy państwa manipulacje przy liczeniu głosów. W rezultacie obaj oświadczyli, że to oni są zwycięzcami. Zresztą do urn poszło zaledwie 19% uprawnionych. W obliczu tak niskiej frekwencji talibowie właściwie nie muszą przeprowadzać zamachów, aby podważać autorytet rządzących.

Wysoka cena

Każdy zachodni rząd, który w ostatnich kilkunastu latach angażował się w Afganistanie, niechętnie przyznaje się do tego, że wysiłki militarne i finansowe przyniosły więcej strat niż zysków. Nie wiadomo, gdzie się podziały miliardy dolarów, które zachodnie mocarstwa przelały na konta wysoko postawionych osób w Kabulu. Co się z nimi stało zwłaszcza na północy kraju, gdzie talibowie nie zamierzają odpuszczać, mimo stałej obecności Bundeswehry? W obozie nieopodal miasta Kunduz wciąż przebywa ok. 100 niemieckich żołnierzy. Jest to dziś jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na świecie, o czym świadczy choćby fakt, że w latach 2013-2019 nie odważył się tam polecieć żaden minister obrony RFN. Dopiero nowa szefowa niemieckiego MON Annegret Kramp-Karrenbauer odwiedziła Kunduz na początku grudnia 2019 r. Obóz ten jest narażony na ataki rakietowe. W 2019 r. talibowie ostrzelali go dwukrotnie. Dotąd w Afganistanie zginęło ok. 60 żołnierzy Bundeswehry. – To uzmysławia wysoką cenę, którą tutaj płacimy – zaznaczyła Kramp-Karrenbauer podczas wizyty. Tyle że Niemcy tak szybko tego skrawka ziemi nie opuszczą. Już poprzedniczka AKK w resorcie obrony, obecna szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, zdecydowała w 2018 r. o przedłużeniu misji w Afganistanie i zgodziła się nawet na zwiększenie liczebności niemieckiego kontyngentu. Liczba obecnych na terenie całego kraju żołnierzy z RFN ma wzrosnąć z 980 do 1,3 tys. – Pogarszający się stan bezpieczeństwa w Afganistanie nie pozostawia złudzeń, że trzeba się wykazać cierpliwością – mówiła wówczas von der Leyen.

Po oficjalnym zakończeniu operacji wojskowej w 2015 r. Niemcy służą w Afganistanie jeszcze w ramach misji szkoleniowej Resolute Support. Mają tam trzeci co do wielkości – po amerykańskim i włoskim – kontyngent. Choć z drugiej strony są w bezpieczniejszym położeniu niż np. siły USA. Widać to choćby w Kunduzie, gdzie stacjonują wraz z amerykańskimi i afgańskimi żołnierzami. I to ci ostatni wyruszają w teren, podczas gdy Niemcy zajmują się głównie logistyką i medycyną ratunkową, pomagając poszkodowanym.

Niemiecki etos pracy

Niemieccy żołnierze są obecni także w prowincji Badachszan, nieopodal Fajzabadu, w ostatnich tygodniach szczególnie narażonego na ataki talibów. Dlatego zagranicznym dziennikarzom odradza się wyjazdy zarówno do Kunduzu, jak i Fajzabadu. W miarę bezpiecznym miejscem jest jeszcze Talukan, stolica prowincji Tachar. Talukan wydaje się oddalony od głównych linii frontu. Na ulicach bawią się dzieci, a dobrze prosperujący rynek przyciąga ludzi z całej prowincji. Widać tu wyraźne ślady niemieckiej obecności. Sąd rejonowy, szpital, linie energetyczne oraz szkoły zostały zbudowane przez niemieckich fachowców. Niemcy zainwestowali też w życie naukowe w Talukanie. Na lokalnym uniwersytecie studiuje ok. 7 tys. osób, w tym ok. 2 tys. kobiet. Obecnie powstają również przedszkola i nowe budynki administracyjne, a na placach budowy uwijają się robotnicy i inżynierowie w mundurach Bundeswehry.

Będąc w Talukanie, trudno uwierzyć, że 200 km stąd toczą się regularne krwawe walki z talibami. W miejscowości Baharak na wschodzie sytuacja wygląda bowiem zupełnie inaczej. – Nikt nam nie pomaga, nawet Amerykanie nie chcą się tu pofatygować. A nocą jest tu całkowicie ciemno. Czasem nie wiemy nawet, do kogo strzelamy. Nie wiemy, czy to wróg, czy nie – oburza się Idris, który w okolicach Baharaku od miesięcy odpiera ataki talibów. Słuchając go, trudno się dziwić, dlaczego w tym konflikcie ginie tylu afgańskich cywilów. 32-letni Idris jest zły także na żołnierzy Bundeswehry. – Gdyby Niemcy nie odebrali nam broni i sprzętu, walczylibyśmy z większym powodzeniem – irytuje się. W istocie kilka lat temu żołnierze z RFN odebrali Afgańczykom ok. 1 tys. kałasznikowów, twierdząc, że talibowie już nie wrócą. Obecność Niemców miała być wystarczającą gwarancją bezpieczeństwa. – Teraz nie mamy tu ani broni, ani Niemców. I co z tą gwarancją? – pyta Idris.

Puste zapewnienia

Jednak pierwotne założenie Niemców wydawało się rozsądne. Po oficjalnym zakończeniu misji wojskowej Bundeswehry władza (i monopol na broń) oraz zwierzchnictwo nad wojskiem miały pozostać w rękach rządu nowego, powracającego do demokracji państwa afgańskiego. Lecz do takich miejscowości jak Baharak to nowe państwo nigdy nie dotarło. Zamiast tego wraz z odwrotem Niemców powrócili nieugięci talibowie. Odtąd nad Baharakiem i okolicą zapanowały niepewność i strach. Kilka tygodni temu obok bawiącej się na ulicy dziewczynki upadł granat ręczny. Co prawda, nie wybuchł, ale sześcioletnie dziecko doznało takiego szoku, że od tego czasu nie mówi, nie je i nie pije. A mieszkańcy Baharaku starają się nie wychodzić na ulicę także w ciągu dnia. W przeszłości talibowie atakowali raczej nocą. – Terroryści spalili najważniejsze budynki w naszej miejscowości, choćby urząd miejski – opowiada Idris. Urząd mieścił się niedaleko fabryki tkanin i wełny Spinzar, która zatrudniała niegdyś ok. 5 tys. pracowników. Hale tej fabryki również legły w gruzach. W Baharaku stoją więc symboliczne ruiny nadziei na lepszą przyszłość, którą Afganistan kiedyś faktycznie miał. – Potrzebne nam są przede wszystkim noktowizory, aby w ciemności rozpoznać przeciwnika. Ale słyszymy jedynie puste zapewnienia, że afgański rząd stoi za Baharakiem, i nikt nie śpieszy nam z pomocą – denerwuje się Idris. Afgańczyk twierdzi, że jego rodacy mają już dość tej wojny: – Amerykanie wycofują się z Afganistanu, ale bez USA nasza armia upadnie. Jedynym rozwiązaniem jest zgoda z talibami.

Na północy kraju coraz więcej mieszkańców uważa, że rządzący w Kabulu grają na czas. – Utrzymują się u władzy dzięki amerykańskiej kroplówce, która niedługo i tak się skończy – puentuje Idris. Prezydentowi Ghaniemu i jego poprzednikowi Hamidowi Karzajowi powierzono odgórnie misję utworzenia państwa, którego sami nie musieli wywalczyć. W oczach Afgańczyków, którzy nie załapali się na beneficja z nowej demokracji, rząd w Kabulu rozzuchwalił się w swojej bezkarności i nadal jest zajęty plądrowaniem zasobów, które dostał na tacy. Owszem, wielu Afgańczyków dostrzega, że cele talibów są haniebne, ale w przeciwieństwie do polityków z Kabulu islamiści nie są ze sobą skłóceni ani pogrążeni w korupcji. Potrafią zewrzeć szeregi w walce o nadrzędny cel, jakim jest odzyskanie władzy.

Niewiadoma przyszłość

Powtarzaną od lat na Zachodzie opinię, że siły talibów są na wyczerpaniu, można zatem między bajki włożyć. Nie zależy to bowiem tylko od pieniędzy i sprzętu wojskowego. Siły rządowe są wciąż o wiele lepiej wyposażone, a jednak talibowie nie napotykają na swojej drodze do władzy większych trudności. Dla wielu Afgańczyków na północy kraju Amerykanie czy Niemcy pozostają elementem obcym i są uważani za znacznie większych wrogów niż talibowie. Ci posługują się tym samym językiem co miejscowi, a pod ich panowaniem sytuacja nie była gorsza niż dzisiaj. – My chcemy tylko pokoju. Talibowie zabraniają co prawda nosić dżinsy, ale dziś tolerują już nawet szkoły dla dziewczynek. Jedynie fryzjerzy będą mieli znów mniej roboty, bo nie będą przycinali bród – tłumaczy Jusef, właściciel sklepu w miejscowości Isari niedaleko Fajzabadu.

A jednak większość mieszkańców prowincji Badachszan żywi nadzieję, że rządy fundamentalistów już nie wrócą. Choć trudno przepowiadać, kto w przyszłości będzie rozdawał karty w Afganistanie. Wydaje się, że wszyscy chcą zakończyć tę wojnę, ale nikt nie mówi konkretnie, w jaki sposób.

Negocjacje i starcia na północy kraju trwają, lecz afgańskim grabarzom pracy przybywa. Na małym cmentarzu na leśnych obrzeżach Fajzabadu, na którym w grudniu pochowano walczących po dwóch stronach Aydena i Karima, odstępy między grobami talibów i żołnierzy rządowych są coraz mniejsze. Co kilka dni trzeba bowiem wykopywać kolejne doły. Coraz węższe.

Fot. Sascha Schuermann

Wydanie: 4/2020

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy