Sagana Księga Genezis

Wieczory z Patarafką

Zupełnie niepostrzeżenie jakoś minęła w Polsce książka Carla Sagana „Cienie zapomnianych przodków”, która biorąc tytuł od sławnego filmu Paradżanowa, sama stała się wielkim bestsellerem światowym. Sagan napisał ją ze swoją drugą żoną, Anną Druyan. Podkreślam, że z drugą, bo aby nieco poplotkować, o pierwszej już kiedyś pisałem. Była nią uczona neodarwnistka, Lynn Margulis, ta, która ewolucję widziała nie jako proces podziału, ale łączenia się komórek. „Cienie” są bodaj najsłynniejszą książką Sagana, a noszą podtytuł „W poszukiwaniu naszej tożsamości”. Sagan był chyba najsłynniejszym uczonym i popularyzatorem amerykańskim, prowadził serial telewizyjny „Kosmos” i był w swoim czasie nieomal wyrocznią. Jego książki to w tej chwili właściwie starocie, bo jeszcze ze schyłku minionego tysiąclecia, ale bardzo pięknie napisane.
„Cienie zapomnianych przodków” też na dobrą sprawę nie wnoszą nic nowego, ale porządkują problem naszego pochodzenia na pewnym etapie współczesnego rozeznania w tej kwestii. Może warto wspomnieć o tym, że książka powstała jeszcze przed watykańskim uznaniem teorii Darwina. Chociaż dla protestanckich Stanów nie mogło to mieć decydującego znaczenia. Tak czy owak Sagan wiele miejsca poświęca świętej wojnie z kreacjonizmem, co sprawia niekiedy wrażenie obrony wyższości żarówki nad łuczywem. Sagan był srogim racjonalistą, więc najpierw nas wprowadza w tajniki powstania Ziemi, potem przechodzi do problematyki DNA, a wreszcie z żarem dowodzi naszych bliskich związków ze wszystkim, co na Ziemi żywe. Tu zresztą książka robi się ciekawa, bo okazuje się, że nie można wymienić ani jednej cechy wyłącznie ludzkiej. Wszystkie definicje są niekompletne.
Człowiek nie jest ani jedyną istotą społeczną, ani nie jest jedynym gatunkiem uprawiającym seks w ten, a nie inny sposób, ani nie ma wyłączności na „zboczenia” czy na orgazm u samic (w istocie jest on powszechny i jest to jedyna nowość tej książki), nie może też być jego wyróżnikiem używanie, a nawet produkowanie narzędzi, świadomość i kultura także są w świecie zwierząt, moralność ditto, i tak dalej, i tak dalej. Wnioski, że nas to nijak nie obraża ani nie deprecjonuje, wydają mi się tak oczywiste, że po prostu zbędne. Jako dziecko (wąsate i brodate) epoki już ekologicznej postawiłbym sprawę zgoła inaczej: czy nie warto by wysnuć wniosku o nobilitacji natury, a „poniżanie” człowieka odłożyć definitywnie do lamusa? Może to nawet przybrać formę pytania, czy wszystkie istoty żywe nie mogą mieć duszy nieśmiertelnej, o ile takowa w ogóle istnieje. Ja chcę wierzyć, że tak, więc raczej jestem na etapie księdza Tischnera niż Sagana. A to wbrew pozorom stanowisko bardziej nowoczesne i aktualne. Między chrześcijaństwem obrzędowo ludowym a, powiedzmy, Telhardem de Chardin są całe lata świetlne, a w nich właśnie racjonalizm Sagana. Szkoda, że autor uznał za stosowne wojować z poglądami już archaicznymi, a nie odniósł się prawie do tego, co przyszło później. Pewnie mu się zdawało, że to w istocie to samo, ale naprawdę tak nie jest.
Może najciekawszy wątek zdaje się rozpoczynać, kiedy Sagan stwierdza, że „biolodzy nie w pełni rozumieją, do czego służy seks” i że tu sytuacja niewiele się zmieniła od czasów Darwina. Wydaje mi się, że to samo można powiedzieć o śmierci, i to od czasów znacznie dawniejszych, chociaż tu nie tylko opinia biologów jest istotna. Sagan ma do powiedzenia akurat tylko tyle, że jedno bez drugiego nie istnieje. Może jaszcze i to, że zachowania wyrażające miłość są bardzo podobne, by nie rzec identyczne z zachowaniem agresywnymi. I określenie „Ja cię p…” – powszechne we wszystkich językach świata, a wyrażające pogardę – też wyrasta z symboliki jeszcze zwierzęcej, co jest naprawdę przedziwne i godne rozważenia. Zresztą tym samym celibat duchownych staje w o wiele korzystniejszym świetle. Chyba. Ale to bardziej złożone.
Książkę Sagana mimo wszystkich moich kwaśnych uwag warto jednak przeczytać, bo pisał ją człowiek może i jednostronny, ale zdecydowanie niegłupi. O czym nie pisze, nie pisze programowo, a nie z braku wiedzy czy inwencji. No i całość jest wręcz poematem na cześć życia. Aż żal, że jej autor od kilku lat już nie żyje…

 

 

Wydanie: 50-51/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy