Sakramencka re-prywata

TELEDELIRKA

Major uczący mnie przysposobienia obronnego zwykł był mawiać: panta rei – WSZYSTKO PŁONIE, zapamiętajcie sobie studenty, tak wygląda wojna. Powtórzcie, studentka, jak wygląda wojna? Panta rei, wszystko płonie, panie majorze. Major nie przejmował się znaczeniem wyświechtanych maksym, tworzył nowe na bazie starych. Tak dziś wszystko we mnie zapłonęło z oburzenia, kiedy znów usłyszałam o reprywatyzacji. Słowo jak słowo. Najpierw mało kto rozumiał, co oznacza. Robiono badania na żywych polskich organizmach naszych, które miały się wypowiedzieć, czy są za, czy przeciw. Mówiło się, że państwo ma oddać komuś coś, co mu zabrało. Nikt nie wiedział, ani komu, ani co. Ani też ile. To znaczy nie to państwo zabrało, tylko tamto, ale oddać ma to. Ludzie myślą: państwo chce coś oddać, to niech oddaje, mnie to zwisa fioletowym brokułem. No i w różnego rodzaju sondażach dalejże się wypowiadać za oddaniem: a tak, skoro zabrali, niech oddają, taka ich mać, to znaczy tamtych, co zabierali, a nie tych, co teraz mają oddać, kapewu? Czeski film – nikt nic nie wie, jak mówiło się w szkole podstawowej o rzeczach nie do pojęcia. 60% ludności w porywach opowiadało się za oddaniem. Dwa lata temu, a teraz? Coraz mniej i mniej.
A dlaczegoż to mniej, skoro najpobożniejsi posłowie za oddaniem świętej własności optują i gardłują? O złodziejach gadają, że państwo, jak nie odda, to złodziejem będzie, takim jak tamto państwo było. No i dobrze, jak zwał tak zwał, niech będzie, lepiej, żeby było złodziejem niż mordercą, bo jak odda to, co deklaruje, że odda, to część populacji bez choroby szalonych krów z głodu wymrze.
I nagle państwo Kowalscy, jak również Nowakowie, ci statystyczni obywatele sondażowi, dęba stają jak rumak w “Szale…” Podkowińskiego i do dziewicy blond na nim siedzącej, będącej jako żywo personifikacją zachłannej i pożądliwej reprywatyzacji, mówią wprost: Wała, nie damy ci nic rozpasana kobieto! Bo dopiero kumają, że PAŃSTWO JAKO PAŃSTWO nic nie ma, to znaczy ma to, co mu państwo Kowalscy i Nowakowie dadzą. A oni nikomu nic nie zabrali, to im, do cholery, zabrano, dlaczego więc oddawać mają tym, co kiedyś coś mieli, skoro oni sami nic nie mieli, a jak mieli, to i tak nie mają, bo była wojna i – jak mawiał major: Panta rei, wszystko płonie, więc na ten przykład fabryczka mojego ojca spłonęła i na tym miejscu postawiono po wojnie kiosk, ale nawet i on nie był nasz, a tatusia jako burżuja domiarem poczęstowano, przez co ja, jego córka nieodrodna, biedę klepałam jak wszyscy i jeszcze cieszyłam się, że żyję i pisarką musiałam zostać. Lecz ojciec mój, człowiek pogodny, domiar spłacał, wódkę pił i jakoś szło, nie leciało się, jak Małysz leci, ale powolutku. Jednak na czwartym piętrze naszej kamienicy, i tu już żarty naprawdę się kończą, mieszkał krawiec Cz. Ojciec mojego kolegi, Stasia Cz. I jego ojciec nie był pogodny, więc jak domiar mu dołożyli, jak dziś pamiętam, tak się mówiło: domiar dołożyli, to powiesił się na pasku, na klamce okna, bo pokoje były wtedy wysokie w starym budownictwie.
I teraz Staś Cz. będzie płacił tym kobietom, które telewizja pokazała w pokoju pełnym pięknych przedmiotów, drogich obrazów i mebli. Dwie stare kobiety, z których jedna powtarzała wściekłym, nie wiadomo na kogo, głosem: Niech oddają, niech oddają, a jak nie mogą wszystkiego, niech dają chociaż pieniądze! To był dobry program, bo pokazał, komu mamy oddawać. Wszyscy, bez względu na orientację polityczną i seksualną, mieli to samo wrażenie: niepodległa ojczyzna biedna, a wyrwać chcą jej, ile się da.
Posłowie nasi nie wiedzą, ile zarabiają; proszę spytać moją żonę, ja nie wiem, mówi jeden, co pieniędzmi brzydzi się, zaś Niesiołowski, jak zwykle na dwoje rozszczepiony, brał, co mu dawali, choć Stefan bronił się przed tym rękami i nogami, ale co było robić, skoro podły SLD wciskał mu kasę na siłę.
Możemy się umówić, bo w końcu wszystko jest kwestią umowy, że gorący zwolennicy oddawania ustawią sobie szklaną kulę w Sejmie i cały zbędny im szmal będą ładowali, żeby wypłacić tym dwóm rozeźlonym, słusznej budowy starszym damom to, co im się podobno od państwa Kowalskich i Nowaków oraz ich dzieci i wnuków – bo zanosi się na dłuższą aferę – należy.
Jest w tym wszystkim jakieś przekleństwo, że rządzą nami nie najuczciwsi i najmądrzejsi, jak Kuroń i Modzelewski, tylko ci pobożnisie od siedmiu boleści i ósmego smutku, co generała Pinocheta za wzór mają. Liczyłam, że to się wcześniej skończy, ale cóż, Unia ratuje AWS z pożogi i znów panta rei, wszystko płonie. Na szczęście, nie do końca. Liczymy bowiem na prezydenckie weto. I chyba się nie przeliczymy? Czy ktoś przyjmuje w tej sprawie zakłady?

Wydanie: 7/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy