Nowe miejsce Rosji

Nowe miejsce Rosji

Bez uprzedzeń

Polskie media nie informują o sukcesach dyplomatycznych prezydenta Putina lub robią to półgębkiem. Wielu Polakom nie mieści się w głowie, że człowiek, który niedawno był radzieckim szpiegiem w Niemczech, może teraz być przyjmowany w Berlinie z najwyższymi honorami, przekraczającymi wymagania protokołu. Przemówienie Putina w Bundestagu zostało przyjęte owacją na stojąco. W Polsce nikomu nie dało to nic do myślenia. Swoje dobrze uzasadnione uwielbienie dla Gorbaczowa Niemcy przenoszą na Putina, co także nie jest kaprysem ani pomyłką. Obecny prezydent Rosji jest prawie tak samo „nieprawdopodobny” jak Gorbaczow. Podczas gdy media ciągle ostrzegały przed rosyjskim nacjonalizmem, na Kremlu umacniał swoją władzę okcydentalista, „zapadnik”, wielbiciel niemieckiej kultury, rozmyślnie nawiązujący do tych okresów w historii Rosji, gdy najlepszymi sługami carów byli niemieccy baronowie, a żonami niemieckie księżniczki. Co na to powie liberalny albo wprost przeciwnie, katolicki Polaczyszka? Że agent KGB nie ma prawa być dobrze przyjmowany na Zachodzie, ani w ogóle być dobrym prezydentem. Zarówno liberalni, jak katoliccy Polacy rozmijają się z logiką polityki międzynarodowej.
Po sukcesach w Europie Putin osiągnął nagłe i jak się zdaje trwałe zbliżenie ze Stanami Zjednoczonymi. Nie bardzo prędki w myśleniu prezydent Bush stwierdził, że dopiero teraz uświadomił sobie koniec zimnej wojny, zaś suchy zazwyczaj w swoich wypowiedziach Colin Powell wyraził się w mniej więcej tych słowach: „Nasze stosunki z Rosją weszły w fazę zmian o rozległości sejsmicznej i proporcjach historycznych”. To zbliżenie od razu podziałało pomniejszająco na struktury polityczne i wojskowe wywodzące się z zimnej wojny, a zwłaszcza na rolę NATO. Organizacje wojskowe także mają swoje prawo Parkinsona i NATO będzie nadal się rozszerzać, nawet z większą łatwością niż wtedy, gdy było potrzebne. Niezmiennie wysoko cenię rozum i dobrą wolę prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, ale nie jestem pewien, czy rozszerzenie NATO na Litwę Łotwę i Estonię warte jest jego starań. Może tak się stać, że jedyną rzeczą, jaką tym niebogatym krajom przyniesie NATO, będzie konieczność zwiększenia wydatków na wojsko. Zgłaszam te wątpliwości miękko, bo historia jest nieprzewidywalna. Ale ponieważ jest nieprzewidywalna, nie warto wiele inwestować w biznes, którym nie mamy szans pokierować.
Dlaczego zawsze jest tak, że najpierw w Moskwie zauważają ważne fakty, a w Warszawie dopiero dużo, dużo później. Tam przestają bać się NATO, ponieważ zauważyli, że ono traci na znaczeniu, a nam się ciągle wydaje, że wchodząc do tego Sojuszu, złapaliśmy Pana Boga za nogi.
W swoim dziele „O demokracji w Ameryce” wielki myśliciel polityczny, Alexis de Tocqueville, napisał ponad półtora wieku temu, że w przyszłości świat zostanie podzielony między liberalną, indywidualistyczną oraz pracowitą Amerykę i autokratyczną, militarystyczną Rosję. Przepowiednia ta przeleżała spokojnie w książce ponad sto lat i dopiero generał de Gaulle odkrył jej trafność w roku 1945. I przez pół wieku doskonale ona opisywała świat. Jeśli się ma cierpliwość, można doczekać spełnienia się każdej przepowiedni, jak też i zanegowania każdej przez bieg zdarzeń. Przepowiednia Tocqueville’a stała się już nieważna. Ani pretensje, ani możliwości Rosji nie sięgają dominacji nad połową świata. Nawet nad sobą z trudem panuje. Skurczyła się, osłabła i otarła o totalną katastrofę. Okcydentaliści w Moskwie, z prezydentem Putinem na czele, znają proporcje sił w dzisiejszym świecie i wiedzą, że bez bliskich związków z Zachodem Rosja może nie utrzymać się na nogach. Społeczeństwo rosyjskie jest zafascynowane Ameryką, przejmuje od niej wzory w każdej nieomal dziedzinie życia. To się nie musi przekładać na zbliżenie polityczne, ale się przekłada. Główną, a może jedyną przyczyną wrogości była ideologia komunistyczna narzucona Rosji przez internacjonalnych bolszewików jako świecka religia panująca, którą państwo było obowiązane szerzyć na cały świat. Na bazie komunizmu (bo komunizm był bazą, a nie nadbudową w tym utopijnym państwie) zbudowana została przerażająca nie tyle skutecznością co kosztami machina militarna, którą Rosja obecnie z konieczności, ale także z wyboru rozmontowuje. Ten kierunek przemian Rosji był przygotowywany, o czym szersza publiczność nie wie, już w czasach radzieckich i jeszcze przed Gorbaczowem. Policzmy sobie, jak niezmiernie liczna była radziecka populacja biurokratyczna na Zachodzie, wśród której szpiedzy stanowili część nie najmniej myślącą. Ta uprzywilejowana kasta nie była pozbawiona uczuć patriotycznych i, porównując Związek Radziecki z Zachodem, doznawała upokorzenia, z którego następnie rodziły się pragnienia zmian w duchu prozachodnim. Możemy się dziwić, że eksperymenty Gorbaczowa nie napotkały oporu, ale możemy się też nie dziwić, wiedząc, że było oczekiwanie wielkiego zwrotu. Okcydentalizacja polityki rosyjskiej, którą właśnie obserwujemy, nie jest ewenementem, lecz etapem procesu, który się rozpoczął skrycie i podskórnie już w czasach radzieckich.
Przywiązujemy wielkie znaczenie do podziału świata na Północ i Południe. Niejeden głosi, że ten podział, już nacechowany wrogością, może stać się podstawą globalnego konfliktu. Podział jest niewątpliwie ważny, ale wyobraźnia nie podsuwa mi niczego godnego uwagi na temat przebiegu czy skutków tego konfliktu. Jedno jest tylko pewne: Rosja stanowi część Północy i jeśli ktoś do tej pory nie przyjmował tego do wiadomości, to teraz po ataku „Południa” na Nowy Jork już dłużej nie może udawać ślepego.
Polski ustępujący rząd (a raczej rząd, który został odwołany) miał taką oto doktrynę: Rosji się nie boimy, niebezpieczeństwo widzimy nie w Moskwie, lecz w promoskiewskich „układach” działających w Polsce. Doktryna zaszyfrowana, prawie ezoteryczna, której istotna treść sprowadzała się do tego: nie pozwolimy nikomu, kto nie wywodzi się z naszych posierpniowych szeregów, wzbogacić się na handlu z Rosją. I w tępieniu tych nielicznych przedsiębiorców, którzy potrafili utrzymać jakieś stosunki handlowe w Rosji, ten rząd miał sukcesy.

 

Wydanie: 43/2001

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy