Jest się nad czym zadumać

Moje, nieraz wyrażane publicznie, uznanie dla osoby Lecha Kaczyńskiego osłabło nieco po przykrym dla nas wszystkich wydarzeniu, jakim stała się ucieczka groźnego przestępcy, podejrzanego o zabójstwo równie zapewne niebezpiecznego człowieka, którym był niejaki Persching, gangster zawodowy. Okazało się, nie po raz pierwszy, iż nasze więzienia nie zabezpieczają społeczeństwa przed bandytami, którzy jak gminna wieść niesie, kierują z kryminałów poważnymi akcjami przestępczymi, bywają ponadto zwalniani na wolność pod byle pozorem i w ogóle mają się nieźle. Obejmując stanowisko ministra sprawiedliwości, Lech Kaczyński zapowiedział mnóstwo zmian, jakie zamierza przeprowadzić, lecz rzeczywistość zadrwiła sobie z uczonego i pokazała mu realne, nie wyimaginowane czy papierowe oblicze zbrodni. Mówię “papierowe”, gdyż profesor Kaczyński całe zło dostrzegał w prawie spisanym na papierze i przekonywał nas, iż gdy tylko napisze się na tym papierze nową treść różnych artykułów kodeksu karnego, to uda się w miarę szybko poprawić stan naszego bezpieczeństwa, uda się przywrócić wiarę w istnienie karzącego skutecznie ramienia sprawiedliwości.
Zbyt niskie kary – taka była w uproszczeniu diagnoza odnośnie robaka zła toczącego zdrowy organizm Rzeczypospolitej. Wielu ludzi uwierzyło w to rozpoznanie, które wprawdzie nie jest co do samego faktu niskich kar wadliwe, lecz dotyczy zaledwie pewnej i to wcale nie najważniejszej cząstki dramatu, w jakim bierzemy udział nie tylko jako widzowie. Jeżeli bowiem z wręcz pobieżnych obserwacji wynika jasno, iż poważnych uchybień dopuszczają się równolegle sądy wszystkich szczebli, prokuratury i zarządy więzień, to sprawa wydaje się bardziej skomplikowana, niż to wiemy z diagnozy głoszącej prymat niskich kar w procesie wyjaśniania wzrastającego w społeczeństwie i uzasadnionego lęku o jutro, spowodowanego przez rosnący bandytyzm i wszystko, co się z tym łączy – korupcja, brak kwalifikacji, upolitycznienie służb powołanych do ochrony bezpieczeństwa obywateli i tak dalej, i dalej.
Sądzę, że należy o całej tej problematyce myśleć śmielej i szerzej. Trzeba przestać bać się mówić (bo mówienie może nam zaszkodzić w opinii cudzoziemców), iż nasze – choć od 10 lat niepodległe – państwo jest nadal ciężko chore, i że tą chorobą – nazwijmy ją totalną nieporadnością – dotknięta jest większość struktur władzy w Polsce. Owej nieszczęsnej totalnej nieporadności nie da się usunąć, bądź wyleczyć, zaostrzając choćby nawet ponad sto paragrafów kodeksu karnego. Warto wpierw – gdy już na serio chce się zacząć myśleć o środkach naprawy – zastanowić się nad przyczyną dokuczliwej nieporadności. Każdy ma zapewne inną diagnozę. Ja obstaję przy swojej. Od dawna ją głoszę. Ostatnio mówiłem o niej publicznie na Nadzwyczajnym Kongresie Unii Pracy, niewiele ponad tydzień temu. Sądzę, iż odzyskując dla Polski niepodległość, nie potrafiliśmy wyzwolić jej z choroby toczącej ją jeszcze przed wojną. Tą chorobą jest partyjne państwo. Póki ono istnieje, a u nas trzyma się mocno, nie ma nadziei na pozbycie się paraliżującej nas nieporadności. Istotą partyjnego państwa jest zły dobór ludzi do sprawowania władzy, do kierowania ważnymi instytucjami życia publicznego, gdyż zamiast konkursu wiedzy i umiejętności trwa nieustająca licytacja legitymacji partyjnych i powiązań, ostatnio mówi się nawet o związkach mafijnych.
Powtarzam: partyjne państwo to jest ten prawdziwy robak, czy też rak toczący wątły przecież po tak długiej niesamodzielności organizm Rzeczypospolitej.
Nie chcę w tym momencie sugerować, iż z kodeksem karnym należy dać sobie spokój. Być może są wszak od tego fachowcy, konieczne są pewne zmiany. Nie chcę być także złośliwy wobec ministra, którego cenię za rozum i pracowitość, przeto nie powiem zbyt wiele o koniecznej kolejności zdarzeń, że wpierw należy sprawdzać kraty, a dopiero potem martwić się o kodeksy. Pewny natomiast jestem mojej diagnozy dotyczącej szkodliwości istnienia, gdziekolwiek by się pojawiło, partyjnego państwa.
Mówię o tym nie bez przyczyny, bowiem potwór sunie w naszą stronę, choć znaczna część społeczeństwa żyje w błogim przekonaniu, że lada moment zmieni się rząd i zacznie się powszechna szczęśliwość. Ufam, iż nastąpi zmiana rządu i zjednoczona lewica przejmie władzę, ale wcale nie mam pewności, że uda się przepędzić na cztery wiatry koncepcję partyjnego państwa. Jak dotychczas piszą o nim przeważnie satyrycy, lecz chęć zajęcia intratnego stanowiska w służbie publicznej, bez brania pod uwagę własnych kwalifikacji, objawia – jak sądzę i wiem – dosyć sporo ludzi. Kierownictwo nowej rządzącej lewicy stanie niechybnie przed trudnym do rozwiązania problemem. Czy ma przewodzić strukturom demokratycznym i realizować to wszystko, czego zażąda większość członków zwycięskiej lewicy – czy też ma trzymać władzę mocną ręką – tak to sobie nazwijmy, by uniknąć dosłowności w rodzaju: czy aby nie wziąć wszystkiego za mordę? Jeżeli ma czynić to drugie, wówczas konieczna będzie szybka organizacja sprawnego aparatu wykonawczego, nieodzownego do trzymania wszystkiego i wszystkich mocną ręką. Jeśli natomiast ma być demokratycznie, to ciągoty do partyjnego państwa pojawią się nazajutrz po zwycięstwie.
I bądź tu mądry, co zostanie wybrane. Miękka demokratyczna ręka gwarantuje jedno nieszczęście – partyjne państwo. Twarda łapa potrzebuje aparatu wykonawczego, który jakże szybko zrodzi nową dyktaturę.
Piszę to wszystko nie po to, by straszyć twierdzeniem, iż w każdym przypadku zwycięstwo lewicy przyniesie kłopoty, by nie użyć słów “złe skutki”. Uważam natomiast, że już teraz, na jakiś czas przed możliwym zwycięstwem lewicy, należy przemyśleć zagrożenia i szukać metod ich usunięcia. Jedno jest pewne, zwycięstwo lewicy nie będzie dla niej pasmem szczęścia. Pchnąć kraj do przodu i jeszcze naprawić to wszystko, co zniszczyła prawica… Jest się nad czym zadumać.
2 listopada 2000 r.

Wydanie: 45/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy