Skąd „remis na górze”?

Media doniosły, że nastąpił „remis na górze”. Znaczy to po prostu, że dwie ścigające się ze sobą prawicowe partie, PiS i Platforma Obywatelska, osiągnęły w badaniach opinii równą liczbę głosów, po 28%. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ponieważ poparcie dla obu partii od dawna już jest podobne, tak jak i ich polityka, gdyby nie jeden szczegół.
Otóż ów „remis na górze”, w wyniku którego PiS zyskało kilka punktów, PO zaś straciła, nastąpił akurat w momencie, gdy rządzące nami PiS otrzymało – teoretycznie przynajmniej – kilka dotkliwych ciosów. Przegrało przed Trybunałem Konstytucyjnym ustawę lustracyjną, ubabrało się w bardzo paskudne działania policyjne, których efektem jest śmierć Barbary Blidy, zmobilizowało przeciw sobie dostojne grono autorytetów naukowych, prawniczych i społecznych, obrzucone zostało wszystkimi możliwymi epitetami przez Donalda Tuska podczas konferencji PO, nie wie, co zrobić ze strajkiem lekarzy i nauczycieli, na koniec zaś naraziło się na zwykłą śmieszność zarówno oświadczeniem premiera, że nie prowadzi konta bankowego, aby ktoś mu przypadkiem, przez złośliwość, nie wpłacił jakichś pieniędzy, jak i badaniem na koszt państwa, czy jeden z Teletubisiów nie jest gejem.
Ale wszystko to spłynęło po PiS jak woda po gęsi, a nawet poprawiło jego kondycję!
Nie ma odpornych na ciosy, są tylko źle trafieni – mówi mój przyjaciel, znakomity bokser Jerzy Kulej.
Otóż pozycja PiS pokazuje najwyraźniej, że wszystkie wymienione wyżej ciosy po prostu nie dochodzą do celu, którym jest elektorat tej partii. A jeśli nawet dochodzą, to nie trafiają one w punkty, które mogłyby ten elektorat poruszyć.
Elektoratu PiS bowiem nie obchodzą dywagacje prawników o jakichś tam ustawach, nie interesuje go Monteskiuszowski podział władzy, składa się on z ludzi przekonanych, że „wszyscy kradną”, więc każde przeszukanie czy aresztowanie kogokolwiek sprawia mu przyjemność, nie znosi też mądrzącej się inteligencji, a wreszcie uważa, że dobrze jest wpłacać pieniądze na konto mamusi.
Elektoratem PiS mogłaby, jak sądzę , potrząsnąć naprawdę jedynie pogarszająca się dotkliwie sytuacja ekonomiczna, co akurat PiS nie grozi, zarówno z powodu koniunktury krajowej, jak i pieniędzy unijnych, które napływają i będą do nas napływać dodatkowo także z powodu Euro 2012. PiS umacnia się również co dzień i podczas gdy jego przeciwnicy spalają się w podniosłej retoryce obywatelskiej. PiS wykorzystuje swoją pozycję partii rządzącej, codziennie obsadzając swoimi ludźmi coraz to nowe, nawet całkiem niepolityczne stanowiska i placówki, jak choćby ostatnio Muzeum Literatury. Tym sposobem codziennie pomnaża się liczba ludzi osobiście zainteresowanych pomyślnością i długimi rządami tej partii.
Czy mamy więc w owym „remisie na górze” rzeczywiście do czynienia ze zdecydowaną „wolą ludu”, z którą trzeba się po prostu pogodzić?
Otóż można by o tym rozmawiać na spokojnie, gdyby pozycja PiS była jedynie kwestią polityczną, a więc rządami takiej akurat, choćby niezbyt sympatycznej partii i ekipy.
Ale jest to także kwestia cywilizacyjna. Widać to aż nazbyt wyraźnie zwłaszcza od momentu, kiedy Roman Giertych, który z woli PiS przecież stanął na czele polskiego systemu oświatowego, nagle, jednym ruchem ręki wykreślił z lektur szkolnych Gombrowicza i Witkacego, a więc to, co w XX w. zbliża nas do kultury europejskiej, a także Goethego, Dostojewskiego i Kafkę, którzy stanowią źrenicę tej kultury. Uczynił to oczywiście w imię polskiego patriotyzmu i nabożności. Poziom umysłowy Romana Giertycha nie pozostawia złudzeń, są to głębokie obciążenia rodzinne o nieodwracalnych skutkach. Ale przecież jego działania spotykają się z aprobatą „inteligentów z Żoliborza”, za jakich podają się bliźniacy.
I w ten oto sposób staje się całkiem oczywiste, że im dłużej Kaczyńscy rządzić będą Polską, tym regres kulturalny naszego kraju będzie głębszy.
Niedawno opinią prasową poruszyły wyniki sprawdzianów, jakim poddani zostali uczniowie kończący w tym roku szkołę podstawową. Okazało się, że spora część tych uczniów, mając podaną liczbę godzin lekcyjnych i długość przerw pomiędzy lekcjami, nie potrafiła obliczyć, ile czasu przebywa w szkole, znając zaś długość i wysokość płotu, nie zdołała dojść, ile metrów kwadratowych siatki potrzeba, aby go ogrodzić. Uczniom tym pedagodzy prorokują „trudności w dalszym kształceniu”, przy czym w publicznych szkołach wiejskich zagrożony tymi „trudnościami” jest co trzeci uczeń, a w miejskich szkołach prywatnych, czyli płatnych, do tej kategorii należy tylko 11% bogatych bałwanów i leserów.
Zbudowaliśmy system oświatowy oparty bez żadnych ogródek na kryteriach klasowych, w którym dzieci z biednych rodzin dziedziczyć będą ciemnotę i zacofanie swoich rodziców, kariery pozostawiając bogatym. Ale przecież nie o tym mówi się obecnie rozprawiając o szkole, lecz o tym, że w szkołach gwałcą i być może będą mniej gwałcić jeśli się ich pomunduruje.
W wydanej ostatnio książce „Powrót do centrali” Przemysław Czapliński opisuje, jak scentralizowana i sterowana odgórnie literatura okresu realnego socjalizmu zamiast stać się obecnie pluralistyczną literaturą dyskursu społecznego, powraca do struktury centralistycznej i zglajszachtowanej, tyle że kieruje nią obecnie nie państwo, lecz wielkie firmy wydawnicze i medialne, powodując się kryterium zysku. Wiadomo, że połowa Polaków przez cały rok nie ma ani jednej książki w ręku, ale Czapliński pokazuje także, że każdy wzrost konsumpcji książek trafia do tej samej, stałej procentowo grupy społecznej. Są to ludzie, którzy wzrośli w domach z książką, bez tego nie wyobrażają sobie życia, tak też wychowują swoje dzieci. Lecz grupa ta nie rośnie, stale od 1989 r. pozostaje taka sama.
Ale Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie widzi w tym żadnego problemu i mozolnie opracowuje wskazówki, jakie nazwy, nazwiska, publikacje, tablice, pomniki czy adresy mogą wzbudzić wśród obecnych i przyszłych pokoleń nostalgię za komunizmem lub choćby za awansem społecznym.
Są to tylko dwa przykłady zjawisk, dzięki którym utrzymuje się „remis na górze”. I obawiam się, że utrzymywać się on będzie tak długo, dopóki „na dole” nie przestaniemy produkować kandydatów do „trudności w dalszym kształceniu”, a liczba czytających aktywnie – to znaczy nie tylko 0,6 książki rocznie, lecz co najmniej siedem książek – nie przekroczy magicznej i nieprzekraczalnej po roku 1989 wielkości 35% społeczeństwa, która z pewnością nie głosuje na PiS.
Pomiędzy kulturalnym i oświatowym zacofaniem Polski a odpornością PiS i jego wyborców na ciosy z zewnątrz istnieje trwały, uparty związek.

Wydanie: 23/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy