Nie słuchaj rad, słuchaj siebie

Nie słuchaj rad, słuchaj siebie

Warszawa 05.11.2014 r. Stanislaw Obirek – teolog, historyk , wykladowca i byly jezuita. fot.Krzysztof Zuczkowski

Po obu stronach mam korzenie chłopskie Prof. Stanisław Obirek ur. w 1956 r., teolog, historyk, antropolog kultury, były jezuita, zaangażowany w dialog z innymi religiami, m.in. z judaizmem. Ostatnio ukazały się książki „O Bogu i człowieku. Rozmowy” (z Zygmuntem Baumanem) i „Polak katolik?”. Pracuje w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego. Co byś powiedział sobie młodemu? – W 1972 r., jako bardzo dziecinnie wyglądający 14-latek, wyjeżdżałem z PGR-u w Narolu do liceum z internatem w Lubaczowie. W literaturze spotyka się wspomnienia poczucia wykorzenienia, wyobcowania, ale ja niczego takiego ani wtedy, ani później nie odczuwałem. W szkole w każdej klasie czym innym się ciekawiłem, matematyką, chemią, fizyką, skończyłem na literaturze. Nie mogę powiedzieć, że miałem plan. Robiłem niespójne rzeczy, bo – jak to teraz mówi młodzież – kręciły mnie. Nic bym w tej kwestii nie zmienił. Wychowałeś się w PGR-ze? – W zespole rolniczo-mechanicznym zbudowanym wokół pałacu hrabiny Korytowskiej, zamordowanej prawdopodobnie przez Sowietów pod Lwowem. Ten pałac istnieje do dziś. Po wojnie był spalony przez wojska sowieckie, które wykurzały stamtąd akowców, potem powstał tam PGR. Oboje rodzice pracowali w PGR-ze, ojciec jako spawacz, mama jako sprzedawczyni. Po obu stronach mam korzenie chłopskie, ojciec był w pierwszym pokoleniu chłoporobotnikiem, matka pochodziła z rodziny, jak to wtedy nazywano, kułackiej i miała być dziedziczką, ale popełniła mezalians, wychodząc za pagierusa. Często mówi się, że młodzież z zaniedbanych regionów, a takim było Roztocze Lwowsko-Tomaszowskie, musi wiele nadrabiać. Ja nie miałem takiego poczucia. Zawsze interesowały mnie różne rzeczy, nie odczuwałem zapóźnienia cywilizacyjnego. Dzięki czemu? – Może temu, że mam sześcioro rodzeństwa, zawsze wzajemnie się dopingowaliśmy. Czułem przynależność do życzliwej grupy, która ma swój świat i nie czuje się gorsza od innych. Z rodzeństwem jako pierwsi w rodzinie zrobiliśmy maturę, ja pierwszy skończyłem wyższe studia. Kazimierz Kutz mówił zawsze, że ludzie z prowincji mają wielki napęd. – Nie miałem napędu, żeby coś osiągnąć, tylko ciekawość i radość poznawania. Brałem udział w olimpiadach, chemicznej, matematycznej, przyrodniczej, polonistycznej. Dzięki wygranej miałem wstęp na studia bez egzaminów. Wybrałem Uniwersytet Jagielloński, przysługiwały mi punkty za pochodzenie, ale ich nie wykorzystałem. Co dalej? – Teatrologia, wtedy bardzo snobistyczny kierunek, znów nie był to wybór wykalkulowany, na przykład ze względu na pracę, tylko zainteresowanie teatrem i czysta ciekawość. I znowu potwierdził się sens podążania za wewnętrznym głosem, mnóstwo czytałem, chodziłem do teatru, poznawałem ciekawych ludzi. A po pierwszym roku – ku zdumieniu przyjaciół i rodziny – zamieniłem akademik Żaczek w Krakowie na nowicjat jezuitów w Starej Wsi. Tak po prostu? – Paradoksalnie było to też wynikiem zainteresowań teatralnych. Na studiach odkryłem teatr jezuicki, jezuitów, zakon, rejony mi wcześniej nieznane. Dziś myślę, że była to też decyzja estetyczna. Opowiesz więcej? – Zacząłem czytać, że w XVI, XVII w. jezuici swoje szkolnictwo w dużym stopniu opierali na teatrze. Było trzydzieści kilka kolegiów i tyle samo teatrów w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. To był najskuteczniejszy środek propagandy religijnej. Zaintrygowało mnie, że wtedy teatr był tak ważny, a teraz – czyli w latach 70. – nie ma go w ogóle. Na studiach należałem do grupy teatralnej prowadzonej przez starszych kolegów Andrzeja Jamroza i Andrzeja Zonia. Dla Jamroza Kościół i teatr były to podobne instytucje. Zasugerował nam, czy mnie, żeby pojechać do klasztoru Benedyktynów w Tyńcu, zobaczyć, jak mnisi od tysiąca lat teatralnie przeżywają liturgię. Pojechałem, zaprzyjaźniłem się najpierw z benedyktynami, potem z jezuitami, którzy pisali książki z historii sztuki, filozofii, byli intelektualistami. Zakon wydał mi się interesującą alternatywą dla zgrzebnej rzeczywistości PRL-u. Jest tu coś na nasz temat? – Podobnie jak z tym 14-latkiem, niezależnie od opinii nawet ważnych osób, zakonników, którzy mówili, że to dobry wybór, nie miałem i nie mam poczucia, że ktoś mi coś podpowiedział, że mnie złowił. Nie mam też mistycznej wizji powołania, nie sądzę, żeby na mnie Duch Święty zstąpił i porwał mnie do klasztoru. Dobrze wybrałem, czas w zakonie aż do 2005 r. był dla mnie twórczy, życiowo spełniający. Bardzo poszerzyłem swój świat literacki, teologiczny, duchowy. Przygotowuję właśnie wykład o Sokratesie. Według niego na życie można spojrzeć jak na pójście za głosem dai­moniona, który mówi tylko to, czego

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2016, 34/2016

Kategorie: Wywiady