Nie słuchaj rad, słuchaj siebie

Nie słuchaj rad, słuchaj siebie

Po obu stronach mam korzenie chłopskie

Prof. Stanisław Obirek ur. w 1956 r., teolog, historyk, antropolog kultury, były jezuita, zaangażowany w dialog z innymi religiami, m.in. z judaizmem. Ostatnio ukazały się książki „O Bogu i człowieku. Rozmowy” (z Zygmuntem Baumanem) i „Polak katolik?”. Pracuje w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego.

Co byś powiedział sobie młodemu?

– W 1972 r., jako bardzo dziecinnie wyglądający 14-latek, wyjeżdżałem z PGR-u w Narolu do liceum z internatem w Lubaczowie.

W literaturze spotyka się wspomnienia poczucia wykorzenienia, wyobcowania, ale ja niczego takiego ani wtedy, ani później nie odczuwałem. W szkole w każdej klasie czym innym się ciekawiłem, matematyką, chemią, fizyką, skończyłem na literaturze. Nie mogę powiedzieć, że miałem plan. Robiłem niespójne rzeczy, bo – jak to teraz mówi młodzież – kręciły mnie. Nic bym w tej kwestii nie zmienił.

Wychowałeś się w PGR-ze?

– W zespole rolniczo-mechanicznym zbudowanym wokół pałacu hrabiny Korytowskiej, zamordowanej prawdopodobnie przez Sowietów pod Lwowem. Ten pałac istnieje do dziś. Po wojnie był spalony przez wojska sowieckie, które wykurzały stamtąd akowców, potem powstał tam PGR. Oboje rodzice pracowali w PGR-ze, ojciec jako spawacz, mama jako sprzedawczyni. Po obu stronach mam korzenie chłopskie, ojciec był w pierwszym pokoleniu chłoporobotnikiem, matka pochodziła z rodziny, jak to wtedy nazywano, kułackiej i miała być dziedziczką, ale popełniła mezalians, wychodząc za pagierusa.

Często mówi się, że młodzież z zaniedbanych regionów, a takim było Roztocze Lwowsko-Tomaszowskie, musi wiele nadrabiać. Ja nie miałem takiego poczucia. Zawsze interesowały mnie różne rzeczy, nie odczuwałem zapóźnienia cywilizacyjnego.

Dzięki czemu?

– Może temu, że mam sześcioro rodzeństwa, zawsze wzajemnie się dopingowaliśmy. Czułem przynależność do życzliwej grupy, która ma swój świat i nie czuje się gorsza od innych. Z rodzeństwem jako pierwsi w rodzinie zrobiliśmy maturę, ja pierwszy skończyłem wyższe studia.

Kazimierz Kutz mówił zawsze, że ludzie z prowincji mają wielki napęd.

– Nie miałem napędu, żeby coś osiągnąć, tylko ciekawość i radość poznawania. Brałem udział w olimpiadach, chemicznej, matematycznej, przyrodniczej, polonistycznej. Dzięki wygranej miałem wstęp na studia bez egzaminów. Wybrałem Uniwersytet Jagielloński, przysługiwały mi punkty za pochodzenie, ale ich nie wykorzystałem.

Co dalej?

– Teatrologia, wtedy bardzo snobistyczny kierunek, znów nie był to wybór wykalkulowany, na przykład ze względu na pracę, tylko zainteresowanie teatrem i czysta ciekawość. I znowu potwierdził się sens podążania za wewnętrznym głosem, mnóstwo czytałem, chodziłem do teatru, poznawałem ciekawych ludzi. A po pierwszym roku – ku zdumieniu przyjaciół i rodziny – zamieniłem akademik Żaczek w Krakowie na nowicjat jezuitów w Starej Wsi.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 34/2016

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy