Śmiertelna perć

Śmiertelna perć

Dziwne, ponure zbiegi okoliczności. Któryś już raz wybrałem drogę tatrzańską nieświadom tego, że chwilę wcześniej zginął na niej człowiek, albo wręcz w tym samym czasie, kiedy na niej ginął. Najtęższy agnostyk zadrżałby w posadach swojego racjonalizmu. Na przykład nieomal dokładnie przed 14 laty spontanicznie przedsięwziąłem z ówczesną małżonką „partyzanckie” wejście na Murań. Choć góra obfituje w kawał wspaniałego wapienia, nikt się na jej ściany nie zapuszcza, bo to ścisły rezerwat przyrody obwarowany zakazami. Tylko najbardziej obłąkani tatromaniacy (do nich z pewnością się zaliczam) docierają przez hektary stromych chaszczy i wiatrołomów pod północną lub wschodnią ścianę Murania – ta zachodnia od lat pozostaje nieruszana, bo każdą jej piędź widać jak na dłoni z chatki TANAP w Dolinie Jaworowej. Dzieciństwo spędzając w Bukowinie Tatrzańskiej, grań Tatr Bielskich oglądałem z okna przez lata całe i poprzysiągłem sobie, że ją przejdę w całości. Tamtego sierpniowego dnia byłem więc uzbrojony w cierpliwość i gotowy ponieść ryzyko karnej opłaty.

Po wielodniowych opadach wreszcie wyszło słońce, ruszyliśmy tedy z werwą i… zakończyliśmy akcję już po kilkudziesięciu krokach, bo mostek na Jaworowym Potoku tyle co musiała zerwać woda, a jej stan wciąż był zbyt wysoki, żeby nam się chciało szukać bezpiecznego brodu. Obeszliśmy się smakiem, w zastępstwie poszliśmy grzecznie na syty spacer przez Szeroką Przełęcz, jedynym legalnym szlakiem w Bielskich. Po zejściu w strefę zasięgu zacząłem odsłuchiwać paniczne wiadomości na komórce. Okazało się, że: na Muraniu zginął (tam ktoś ginie raz na sto lat) Polak (pierwszy raz w historii) z Chorzowa (jeszcze wtedy niezmiennie mieszkałem w Chorzowie), do tego mój rówieśnik (to już przesada). Zanim więc późnym wieczorem odpaliłem telefon, wielu bliskich przeżyło moją śmierć. Kiedy oni odetchnęli z ulgą, ja sam zacząłem ją przeżywać, bo taki ciąg zbiegów okoliczności to już wyraźna pogróżka losu. Młodsi powiedzieliby: błąd w matrixie, najmłodsi, że małe zaplątanie multiwersum.

Od tej pory nie staram się obejmować wszystkiego rozumem, dopuszczam myśl, że zginąłem już w górach wielokrotnie, jak i tę, że dawno zostałem najmłodszym laureatem Nagrody Nobla – w innych, równoległych rzeczywistościach, z których czasem przez nieszczelne miejsca coś przecieka. Mogę mieć tylko nadzieję, że w przeciwieństwie do najbardziej zakręconej utopii filmowej roku („Wszystko wszędzie naraz”) nie jestem najgorszą możliwą wersją siebie. W ten sposób wzmocniła się we mnie odwieczna groza tatrzańska – w żadnych innych wysokich górach świata, które odwiedzałem, ani w Alpach, ani w Andach, nie czułem strachu pomimo znacznie poważniejszych przedsięwzięć – Tatry kocham, ale się ich boję. W ciągu 40 lat wędrówek i wspinaczek zarówno na powierzchni, jak i pod ziemią raz tylko uległem wypadkowi, oddając w haracz palec u stopy – najwyższe partie Karpat były więc dla mnie zazwyczaj łaskawe, a moja namiętność do nich to nie jest wariant syndromu sztokholmskiego jak w przypadku niektórych himalaistów – im bardziej dostaną w tyłek, tym chętniej wracają w góry najwyższe. Taki Reinhold Messner np. stracił sześć palców, zanim jako pierwszy na świecie zdobył komplet ośmiotysięczników.

W zeszłą sobotę wiedziony mocnym postanowieniem pomimo mgły i deszczu niemal siłą wciągnąłem młodego partnera na Gerlach drogą Tatarki. Wierzyłem w przejaśnienie naiwnie jak w upadek PiS – wciąż się na to zanosiło, ale chmury nie ustępowały: zmokliśmy do szczętu, a ja szedłem granią po omacku, bo okulary zaparowane i zalane, a bez nich widzę ledwie czubek buta. Na szczycie niepłochy płochacz dorwał mi się do drugiego śniadania, zrobiłem sobie zdjęcie na krzyżu (nieustannie marzy mi się odkrzyżowanie szczytów tatrzańskich) i trzeba było ruszać w dół. Tyle że ścieżka powrotna do Doliny Wielickiej wije się nad przepaściami, kręta i mylna, zwłaszcza we mgle, a ja widziałem ją ostatnio za komuny, idąc za omszałym vedoucim, któremu pozwalano dorabiać do emerytury pod warunkiem wciskania kitu ceprom, że prowadzał jeszcze po Tatrach Lenina. Uratowały nas przed kłopotami GPS i aplikacja mapy.cz, którą polecam wszystkim górskim wędrowcom – trzymaliśmy się przerywanej kreski na ekranie telefonu i trafiliśmy do właściwego żlebu. Na dole, już w samochodzie, natknąłem się w internecie na tragiczną informację, że kilkanaście godzin wcześniej z tej samej drogi spadł ze śmiertelnym skutkiem dyrektor jednego z warszawskich liceów, bratnia antypisowska dusza i nieomal mój rówieśnik.

Groza, żal i wieczny odpoczynek. Mimowolnie chodzę po Tatrach ścieżkami śmierci.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 34/2022

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy