Sny XX wieku

Sny XX wieku

Woli widzem potrząsnąć, niż zaszokować. Po raz pierwszy w Polsce wystawa Guy Peellaerta, autora słynnych „Snów Rocka”

Jedni widzą w jego pracach sztukę, inni kicz. Jemu to nie przeszkadza. Kariera Guy Peellaerta, belgijskiego artysty mieszkającego i pracującego dziś w Paryżu, zaczęła się z górą 35 lat temu. Choć sławny i komentowany na Zachodzie, u nas pozostaje anonimowy. Nie można jednak powiedzieć, że zupełnie nieznany. Z jego pracami mogli się zetknąć kinomani – tworzył plakaty do wielu filmów Wendersa, Altmana i Coppoli – albo fani rocka (projektował okładki płyt Rolling Stonesów i Davida Bowiego). Jest też znanym autorem komiksów. Ale najsłynniejsze jego dzieła znalazły się w trzech książkach-albumach. Pierwsza wyszła w 1972 r. i rozeszła się w ponad milionie egzemplarzy. Były to „Sny rocka” z tekstem Nicka Cohna, wypełnione zestawieniami słynnych gwiazd rocka w bardziej lub mniej nieprawdopodobnych sytuacjach. Wielu dzisiejszych muzyków namawiało Peellaerta do kontynuacji, ale artysta twierdzi, że musi się znaleźć młody kontynuator, który dzisiejszą muzykę będzie odczuwał podobnie jak on tamtą w latach 70. W „Wielkim pokoju” z 1986 r. – tekst Michaela Herra, scenarzysty „Czasu Apokalipsy” – przedstawił gwiazdy Las Vegas. A w 1999 r. wraz z Nickiem Cohnem wydał „Sny XX wieku”. Do 12 czerwca obrazy z tej ostatniej książki można oglądać w galerii Atlas Sztuki w Łodzi. Z okazji otwarcia wystawy artysta po raz pierwszy odwiedził Polskę.

– O pańskim malarstwie różnie pisano, na początku pana kariery nawet utożsamiano je z popartem. A jak pan by opisał swój styl?
– Chyba nie potrafiłbym go opisać słowami. Podczas studiów w Akademii Sztuk Pięknych odrzuciłem tradycyjne malarstwo. To, co mnie zawsze bardzo interesowało, to rysunek, grafika. Zaraz po studiach najbardziej inspirowały mnie film i fotografia. Wtedy było jednak więcej fotografii, które wywoływały emocje. Dzisiaj artyści fotograficy bardziej myślą o galerii, w której pokażą prace, niż o wyrażaniu siebie w swoich zdjęciach. Jeśli miałbym już znaleźć słowo na określenie mojego stylu, to chyba najlepsze byłoby: „fotograficzny”.
– Jaki jest pana ulubiony środek wyrazu?
– To zależy. Gdy przyjechałem do Paryża w latach 60., komiks był bardzo popularny. Narysowałem kilka serii, ale potem stwierdziłem, że dalej nie chcę tego robić. Przeniosłem się do Niemiec, żeby pracować w teatrze, jako scenograf. A teraz mam zamiar wrócić do komiksu – zamknąć koło. Ten gatunek pozwala pokazywać akcję, okrucieństwo, ale także humor, satyrę, a przy tym nie przejmować się sarkaniem krytyków. Medium jest tylko narzędziem, zależnym od tego, co się chce wyrazić.
– Większość postaci na pana obrazach to sławni ludzie, którzy mogli nigdy się nie spotkać, a często mają ze sobą mało wspólnego. Te zestawienia to kwestia wyobraźni czy wiedzy?
– To nigdy nie jest przypadkowe. U podstawy zawsze jest jakiś drobiazg, rzeczywista informacja, fakt z życia czy wydarzenie historyczne. Źródłem jest zawsze rzeczywistość. Na jednym z obrazów są Kurt Cobain, jego żona Courtney Love i pisarz William Burroughs. Widać zastrzelonego Kobaina, nie wiadomo, kto zabił. Wiadomo, że Kobain podziwiał Burroughsa, a ten w młodości pod wpływem narkotyków zabił swoją żonę. Połączmy to z plotkami, że Courtney w stanie narkotycznego transu zabiła Kurta i skojarzenia między postaciami są już jasne. Albo obraz, na którym Jan Paweł II i Matka Teresa są przyjmowani przez Ronalda i Nancy Reaganów w ich garderobie całej wypełnionej butami. Wydaje się to dziwne, prawda? A ja próbowałem wymyślić sobie takie nieformalne spotkanie – wyszedłem od tego, że Reagan był synem szewca, natomiast jego żona podobno kocha buty i ma ich mnóstwo. Po dokładnym przyjrzeniu się obraz przestaje być tylko groteskowym, strasznym albo zabawnym dziwactwem. Kryje w sobie pewien rodzaj komentarza. Najmilsza recenzja, jaką przeczytałem, mówiła, że gdyby nastąpił koniec świata i przetrwałaby tylko ta książka, można by odtworzyć prawdziwą historię tych postaci.
– Chciał pan prowokować tymi wizjami?
– Każde dzieło jest w pewnym sensie prowokacją. Ja wolę widzem potrząsnąć, niż go zaszokować. Bo szokowanie zwykle jest jednoznaczne z wulgarnością.
– Nie przeszkadza panu, gdy niektórzy krytycy określają pana prace mianem kiczowatych?
– Byłbym hipokrytą, gdybym powiedział, że krytyki nie czytam. Mam w tym środowisku wielu przyjaciół i wielu wrogów. Na początku kariery byłem bardzo krytykowany, określano moje prace jako pretensjonalne. A kiczowate? Właściwie czemu nie. Nie mam nic przeciwko kiczowi. Nie znoszę, gdy coś jest afektowane czy wulgarne. Ale prace określane jako kiczowate czasem kryją poważniejsze, głębsze przesłanie. Zawsze wolałem subkulturę od tzw. kultury wysokiej. W tej pierwszej spotyka się mniej nudnych ludzi.
– Kim są pana mistrzowie?
– Picasso z jednego końca wieku i Warhol – z drugiego. Jeden eksperymentował, a drugi pod maską cynizmu też popchnął gatunek malarski do jego granic. Najważniejsza jest uczciwość – za to cenię Warhola. Miał poczucie, że coś się kończy, i to widać w jego pracach. Poza tym mam jeszcze wielu ulubionych artystów – Bacon, Lichtenstein, lista jest bardzo długa.

 

 

Wydanie: 22/2005

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy