Styl „okołobudżetowy”

KUCHNIA POLSKA

Uważam się za człowieka ostrożnego, skłonnego raczej hołdować powiedzeniu „Nie mów hop, dopóki nie przeskoczysz”. Trudno jednak dziwić się tym, którzy wynik wrześniowych wyborów uważają za przesądzony i których spotyka się teraz na rozmaitych mityngach wyborczych SLD-UP, chociaż noga niektórych rok lub dwa lata temu nigdy by tam nie postała. Agonia rządów prawicy dokonuje się przy akompaniamencie nadciągającej recesji i kryzysu finansów państwa, spowodowanych przez rząd Buzka we wszystkich jego kolejnych składach, także tym z UW. Agonii tej towarzyszy rozkład moralny, z aferami ministrów, wiceministrów, prezesów i kto tam jeszcze miał jakiś dostęp do władzy i publicznych pieniędzy. Wszystko to razem dmucha potężnie w żagle lewicy, która musi sposobić się do rządzenia.
Otóż zadaję sobie pytanie, czy owo potężne poparcie dla lewej strony jest tylko owocem totalnej kompromitacji rządzącej prawicy, a także wyrazem nadziei, że rząd lewicowy dokona cudu, błyskawicznie dźwignie gospodarkę, a ludziom pokrzywdzonym i zdegradowanym da rychłą i namacalną poprawę ich bytu? Jeśli tak jest w istocie, to nie dziwię się tym politykom lewicy, którzy już dzisiaj starają się tłumaczyć wyborcom, że „pole manewru jest niewielkie”, że pieniędzy w kasie państwa nie ma, że rząd Buzka zostawia po sobie gospodarkę rozregulowaną, a pani Kamela-Sowińska sprzedaje na gwałt te resztki majątku narodowego, które zostały jeszcze do sprzedania. A więc w istocie niewiele można się spodziewać. W ten sposób po lewej stronie powstaje styl myślenia, który nazwałbym „okołobudżetowym”, i w którym upatruję dość istotne niebezpieczeństwo.
Rzecz w tym jednak, że owo myślenie „okołobudżetowe” nie wyczerpuje, moim zdaniem, wszystkich powodów, dla których tak ogromna większość elektoratu decyduje się głosować na lewicę. W nowo wydanej książce „Człowiek – Rynek – Społeczeństwo” wybitny psycholog, prof. Janusz Reykowski, pisze, że także w gospodarce rynkowej, a w takiej żyjemy, możliwe są dwie przeciwstawne postawy – postawa walki wszystkich ze wszystkimi o dostęp do ograniczonych przecież dóbr zarówno materialnych, jak i prestiżowych oraz postawa współpracy. Pokaz pierwszej, w klinicznie czystej formie, mieliśmy przez ostatnie cztery lata, druga zaś jest właśnie szansą lewicy. Na wybór tych orientacji wpływ mają, jak pisze uczony, „normy kulturowe”. „Ludzie mogą podejmować świadome wysiłki w tym celu, aby nadać określoną interpretację zaistniałej sytuacji. Lewicowa orientacja ideologiczna powinna sprzyjać takiej interpretacji”.
Co to znaczy praktycznie? Otóż znaczy również i to, że lewica sprawdzić się może wobec społeczeństwa nie tylko w kategoriach „okołobudżetowych”, ale właśnie przez „normy kulturowe”, za którymi optuje. Ludzie chcą głosować na lewicę nie tylko dlatego, że są biedni i liczą na szybką poprawę, ale także dlatego, że są poniżeni. Poniżeni jak dawni pracownicy PGR-ów, a także mieszkańcy zacofanych regionów kraju, których spisano na straty. Poniżeni jako urodzeni w ubogich rodzinach, których nie stać na płatną oświatę, a więc i na awans społeczny, niemożliwy bez wykształcenia. Niedawno Ludwik Stomma wydał świetną książkę o młodym człowieku z biednej rodziny z Żyrardowa, marynarzu łodzi podwodnej, który stał się dzisiaj jednym z najważniejszych ludzi w naszym kraju. Nazywa się Leszek Miller i niezależnie od tego, co z tej książki istotnego, a także zabawnego, można się dowiedzieć o przyszłym premierze, jest ona także propozycją „normy kulturowej”, którą lewica ma do zaoferowania innym młodym ludziom w Polsce.
Nie ukrywajmy – ludzie w Polsce rządzonej przez AWS-UW czują się poniżani, ponieważ nie osiągnęli bogactwa, ale także poniżani umysłowo i moralnie. Poniżającym moralnie dla obywateli tego kraju jest rząd, nabrzmiały od afer i intryg, który mimo wszystko jest naszym rządem, który nas jako państwo reprezentuje. Poniżającą jest rządząca „klasa polityczna”, którą wódz Platformy Obywatelskiej, p. Donald Tusk, nazywa „klasą próżniaczą”, jakby sam nie był wicemarszałkiem Senatu nie wyróżniającym się raczej – jak twierdzą za kulisami – zbytnią pracowitością.
Poniżającym umysłowo, zwłaszcza dla ludzi przywykłych do lektur albo też dysponujących jaką taką pamięcią, jest styl perswazji społecznej i historycznej, dominujący w obecnej pedagogice społecznej. To w końcu drobiazg, że tę perswazję uprawiają zazwyczaj niedouczeni młodzi ludzie, którym – jak np. ostatnio w „Gazecie Wyborczej” – udaje się pomylić w rocznicowym wspomnieniu fotografię Wacka Kisielewskiego ze zdjęciem Marka Tomaszewskiego, ponieważ ani jednego, ani drugiego nie widzieli na oczy. Albo napisać, że założony przez Bohdana Porębę, nacjonalistyczny „Grunwald” powstał nie w latach 70., jako efekt Marca, ale tuż przed stanem wojennym, ponieważ wszystko kojarzy im się ze stanem wojennym. Gorzej, gdy na przykład w poważnej książce, wydanej przez świetne Wydawnictwo Dolnośląskie, „Literackie półwiecze 1939-1989”, czytam wywód, z którego wynika, że wszystko sensowne, co stało się w tym półwieczu, wydarzyło się na emigracji, podczas gdy w kraju pisarstwo zapadało się w coraz głębszą czarną dziurę. Czemu zresztą za chwilę przeczą przykłady krajowej twórczości, powstałe jakimś cudem, przy nieuwadze komunistów.
Ludzie mają prawo, aby szanować ich doświadczenie, wiedzę, pamięć, aspiracje. Liczą na to, że „normy kulturowe” przynoszone przez lewicę opierać się będą na tolerancji dla rozmaitych racji, ale też będą może mniej tolerancyjne dla agresywnego głupstwa, jawnej nieprawdy czy zwykłej ohydy. Że ktoś może zastanowi się wreszcie, jak mają się do Konstytucji RP słowa z pisma „Szczerbiec”, że „większe szanse na życie w normalnym społeczeństwie mają małpy” niż Żydzi, będący „niezwykle złośliwym nowotworem”.
Styl myślenia „okołobudżetowego” ignoruje te szanse lewicy. Niewykluczone zaś, że one właśnie są najsilniejsze i najbardziej realne.

Wydanie: 30/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy