Krótki kurs pisania paszkwili

Krótki kurs pisania paszkwili

Jak szybko napisać na kogoś paszkwil? Wzoru dostarcza Piotr Zaremba, pisząc w „Dzienniku” (21.05.2008) paszkwil zatytułowany „Jan Widacki – adwokat o wielu twarzach”.
Czasu widać miał mało, zlecenie dostał w ostatniej chwili, nic nowego wymyślić już nie potrafił, szybko więc skompilował dwa inne paszkwile na mój temat, publikowane przed laty w „Newsweeku” (jeszcze pod starą redakcją) i „Rzeczpospolitej”.
Nawiasem mówiąc, te dwa paszkwile pierwowzory próbowały jeszcze zachować pozory obiektywizmu. Obok odwoływania się do dyżurnych osób, które gdy trzeba, mówią na mój temat z wielką ochotą jak najgorzej, choć na ogół stale to samo (np. Wildstein, Fijak), w dodatku nie troszcząc się nadmiernie, czy to, co mówią, jest zgodne z prawdą, autorzy próbowali porozmawiać o mnie z innymi jeszcze osobami. Piotr Zaremba nawet nie próbował.
Swój tekst zaczyna od opisu mojej kancelarii, w której nigdy nie był i której w dodatku nie prowadzę już od pół roku (to odpisane z artykułu w „Rzepie”). Plotki o Inkasencie serwującym w moim domu wino gościom i o moim rzekomo wystawnym trybie życia były już w „Newsweeku”.
Wniosek, iż jestem „koneserem wina”, był zdaje się wynikiem obserwacji dziennikarzy „Newsweeka”, którzy swego czasu towarzyszyli mi w czasie kolacji w jednej z warszawskich restauracji i wyraźnie uderzyło ich to, iż do bigosu nie zamawiam słodkiego wina. Do tego nie trzeba jednak, proszę państwa, być koneserem, wystarczy to, co w Galicji nazywają kindersztubą.
Odkrycie Zaremby, że 60-letni człowiek (czyli ja) karierę naukową robił w PRL, jest zaiste wielkie. To prawda, doktorat zrobiłem w 1972 r., habilitację w 1977 (za Gierka), profesorem zostałem w 1988 (za Jaruzelskiego).
Zdaniem sieroty po IV RP – miałem zdaje się z doktoratem zaczekać do 1989 r. Czy wtedy też jeszcze byłoby za wcześnie i trzeba by czekać do zwycięstwa PiS w wyborach?
Rzekoma zagadkowość mojej biografii bierze się stąd, że różni paszkwilanci wypisują od pewnego czasu na mój temat rozmaite bzdury, nijak niedające się powiązać logicznie w całość, wzajemnie sprzeczne.
No bo faktycznie, jak tu wyjaśnić to, że rzekomo równocześnie kształciłem księży na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i inwigilujących mnie esbeków w szkole w Legionowie? A wszystko to miało dziać się w stanie wojennym, na początku którego wystąpiłem z partii. Dobrze, że nikt mnie nie podejrzewa, że w tym samym czasie byłem jeszcze na kursie specnazu na Kamczatce i w Tel Awiwie na kursie Mosadu (choć o to ostatnie podejrzewał mnie pewien działacz polski na Litwie, a jeden polski ksiądz napisał nawet, że jestem masonem, wysłannikiem loży warszawskiej do Wilna). Dopiero to wszystko naraz byłoby zagadkowe! Na nieszczęście Zaremba nie rozszerzył bazy swojej kompilacji.
Gdyby to wszystko, co o mnie nawypisywano, było prawdą, zaiste byłoby to zdumiewające. Rzecz w tym, że w tym wszystkim prawdy jest niewiele.
To, że w moim życiorysie dla Zaremby są jeszcze jakieś tajemnice, świadczyć może tylko o jego zdolnościach. Urodziłem się w Krakowie, tu się kształciłem, pracowałem na Uniwersytecie Jagiellońskim (do 1977 r.), potem na Śląskim (do 1984), później na KUL (do 2001), później znów pracowałem w Krakowie, gdzie cały czas mieszkałem. W Krakowie prowadziłem praktykę adwokacką, znają mnie tu setki ludzi.
Moje poglądy polityczne i historiozoficzne są powszechnie znane, w każdym razie każdemu, kto chciał się z nimi zapoznać. Od kilkudziesięciu lat uprawiam publicystykę i w niej te poglądy prezentuję.
Byłem bohaterem rozmaitych artykułów prasowych i audycji telewizyjnych, często mi nieżyczliwych, których autorzy z butami wchodzili w moje życie zawodowe i prywatne, szukając i niuchając w poszukiwaniu jakichś haków lub choćby sensacji.
Swoje zasoby na mój temat jako osoby publicznej upublicznił w internecie IPN, również w internecie jest opublikowane moje oświadczenie majątkowe informujące, jakie mam oszczędności, w jakiej walucie, jakim samochodem jeżdżę, jakie obrazy wiszą u mnie w domu na ścianach.
Ale dla Zaremby to wszystko mało. Co do cholery jeszcze chciałby wiedzieć? Pisze więc Zaremba, że moja biografia „pełna jest tajemnic”. Bo tak, nie mając konkretów, zawsze skutecznie można rzucić na kogoś cień podejrzenia. Że to podłe? Ano podłe, ale przecież dla zrealizowania rewolucji moralnej i zbudowania IV RP, którym to ideom gorliwie służył Zaremba, cel uświęca środki.
A opluć przeciwnika idei IV RP i PiS – takiego jak ja – to rzecz z definicji chwalebna…
Być może, dla Zaremby jestem „człowiekiem o wielu twarzach”. Ale pewną część ciała mam na pewno jedną. I w tę Zaremba może mnie pocałować.
Żyjemy w dziwnych czasach. Autorytetami w wielu dziedzinach są dziennikarze, najlepiej śledczy. Z pełną powagą i przekonaniem o własnej mądrości i nieomylności serwują z łamów gazet i ekranów telewizorów swój obraz świata i jego przeszłości. Wyjaśniają za pomocą spiskowych teorii skomplikowane mechanizmy społeczne. Oni wiedzą najlepiej. Zastąpili, niestety chyba na stałe, historyków (wyjąwszy historyków IPN), prawników, kryminologów, specjalistów od spraw służb. Bredzą nieraz w sposób wołający o pomstę do nieba, ale zawsze z niezachwianą wiarą we własną mądrość i prawdziwość ustaleń. Manipulują opinią publiczną i sami często są manipulowani: przez polityków, przez służby. Służą nie przekazywaniu informacji o faktach, ale kreowaniu faktów. Są przy tym zupełnie pewni swej wielkiej roli i swej nietykalności. Z dumą mówią o sobie, że są „czwartą władzą”, ale o tym, że wedle Monteskiusza władze są podzielone po to, by wzajemnie się kontrolować, słyszeć nie chcą. Chcą być władzą czwartą, ale jedyną, nadrzędną nad pozostałymi. Każde przywołanie ich do porządku, przypomnienie obowiązującego – także ich – prawa traktują jako zamach na wolność mediów. I zawsze znajdą jakichś głupców, którzy będą się z nimi solidaryzować.
W krajach starej demokracji jest wyraźny podział gazet i czasopism na brukowce (subtelniej nazywane bulwarówkami) i na tytuły poważne, opiniotwórcze. Z klasą pisma związana jest zwykle klasa dziennikarza. U nas niestety nie. Brukowe dziennikarstwo wypiera dziennikarstwo dobre. Na szczęście nie do końca. Cieszy, że „Polityka” – choć bardziej by cieszyło, gdyby to był „Przegląd” – utrzymała pierwszeństwo wśród tygodników, brukowce zaś, zwane też do niedawna „słupami ogłoszeniowymi służb specjalnych”, które po zmianie władzy nie mają świeżych przecieków ze służb (został im tylko IPN), tracą czytelników. To może nie do końca jest tak źle?

Wydanie: 23/2008

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy