Stypa

Stypa

Czy każde dobro jest podejrzane, a mądrość wątpliwa?

Kościółek jest z początku XVIII w., piękny, barokowy ołtarz, pełna wdzięku drewniana ambona. Trzech starszych panów przepasanych zielonymi szarfami stoi na baczność z chorągwią z napisem „Koło Łowieckie Srebrny Lis”. Zmarły teść był myśliwym. I porządnym człowiekiem, więc dużo ludzi mimo zarazy. Trumna otoczona wieńcami. Nie przepadam za myśliwymi, irytuje mnie, że tłumaczą się, że strzelają z miłości do zwierząt, a są myśliwymi, bo lubią zabijać, to jest przygoda i zabawa. Ale ta myśliwska warta staje się częścią pogrzebowej ceremonii, a pogrzeb bez ceremonii jeszcze smutniejszy. Idziemy na cmentarz, mały spacer, słońce, pachnie wiosną. Stoimy nad otwartym grobem, ksiądz się modli, obok grób wujka Mariana, żegnaliśmy go pół roku temu, jego imię i nazwisko na płycie, obok imię i nazwisko cioci, która właśnie stoi obok mnie i musi je widzieć. Kiedyś pomyślałbym, że to w złym guście, teraz czuję, że nie miałbym na to dowodów, za to łatwo mogę dowieść, że to racjonalne. Trzeźwe pogodzenie się ze stanem rzeczy, a nie udawanie, że śmierć dotyczy wszystkich wokół, a mnie nie.

Stypa w domu zmarłego, jak zawsze bezbrzeżnie smutne przedmioty opuszczone przez tego, co odszedł na zawsze. Kilkanaście osób. Patrzę jak zawsze z podziwem, jak z tych dwóch rodzin, które mają wiejskie korzenie, wyrosła obszerna roślina, która ma już miejskie, inteligenckie kwiaty. Najpierw było smutno, potem nijako, a teraz, po zupie, w oczekiwaniu na drugie danie, zapanowało powszechne radosne poruszenie, jak zawsze, kiedy głodni za chwilę zaczną biesiadę. Kulminacją będą ciastka i herbata, kawa i wino. Śmierć zostanie już wtedy zupełnie zajedzona, zagadana, a za chwilę zapita, jakby jej w ogóle nie było, jakby nie istniała. To błogosławione działanie stypy, działa na wiele zmysłów i znieczula śmierć.

Rozmawiam z A. – pracuje w MSZ, opowiada o zupełnej stagnacji tego urzędu, Polska już w ogóle nie ma polityki zagranicznej. PiS próbuje wstawiać tam swoich ludzi, nie tylko ministra spraw zagranicznych, który jest ociężałym nielotem, ale ten urząd, jak wiele innych, stawia też wielki opór siłą własnej inercji, na dobre i na złe.

Jaś Lityński utopił się, ratując swojego psa. Dramat rozegrał się na pękającym lodzie. Rozpaliło to wyobraźnię i uczucia ludzi, o ileż bardziej, niż gdyby umarł, jak się teraz pisze, po długiej walce z rakiem. Lubiłem go i mam z nim sporo wspomnień, jeszcze z lat 70. Ale mam też żal, Janek był doradcą prezydenta Bronisława Komorowskiego, mam żal do wszystkich jego doradców, także do kochanego Henia Wujca, że pozwolili mu przegrać z Dudą. Za starzy byli, za uczciwi, za słabo czuli zapach władzy. A ta klęska ma niezwykle poważne skutki polityczne i moralne. Rozmawiam z T., który się z nim przyjaźnił, wścieka się na te wszystkie banialuki, jakie opowiada się o Janku, robią z niego świętego, a święty nie był. T. ma rację, ale też wyczuwam w nim żal, że o nim, jak umrze, nie będą tyle mówić.

Oglądamy lądowanie łazika na Marsie, zrobiło to na moich chłopcach wrażenie, a nie byłem tego wcale pewny. Przecież oni ciągle lądują na różnych wirtualnych planetach. Coraz większy kontrast między tym, czego potrafimy dokonać w dziedzinie nauki i techniki, a przyziemną i powszechną głupotą.

Spacer w słońcu u nas, „na wsi”, śnieg na gwałt topnieje, ale jeszcze jest, jeszcze jest zimowy krajobraz. Piję go do dna, bo wiem, że tak białego świata długo nie będę widział. Pachnie przedwiośniem. Różnie pachną pory roku, jak różne zapachy mają kolejne etapy życia – dzieciństwo, młodość, wiek średni i starość. Dzieciństwo smakuje mlekiem i miodem, młodość pachnie świeżo ściętą trawą, wiek średni smakuje krwistym befsztykiem. Na starość zaczyna się czuć zapach siebie samego.

Platforma, jak się zdaje, nareszcie rezygnuje z kompromisu aborcyjnego i opowie się za liberalizacją ustawy. Dużo czasu im to zabrało.

Jestem u znajomej, pożyczam od niej „Judasza”, ostatnią powieść nieżyjącego już Amosa Oza. W domu otwieram książkę na przypadkowej stronie, zaczyna się od słów: „Jezus i wszyscy jego apostołowie byli Żydami z dziada pradziada. Ale w ludowej chrześcijańskiej wyobraźni jedynym, który upamiętnił się jako Żyd – i reprezentuje cały naród żydowski – jest Judasz Iskariota”. Tak. Potem wchodzę na Onet i – zbieg okoliczności – czytam, że Galia Oz, córka izraelskiego pisarza, napisała w swojej biografii: „W dzieciństwie ojciec bił mnie, wyzywał i upokarzał”. A ja uwielbiałem go jako człowieka i pisarza, spotkaliśmy się kilka razy. Promieniował dobrocią i mądrością. Ale czemu córka miałaby kłamać? Ach, te ludzkie piwnice, czasami lepiej ich nie znać, ale wtedy skazujemy się na wiarę w kłamstwo. Czy więc każde dobro jest podejrzane, a mądrość wątpliwa?

t.jastrun@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 10/2021

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy