Świat zwariował z tą urodą

Świat zwariował z tą urodą

Na scenie i na ringu

Podobno to dziewczyna zaciągnęła pana jeszcze w liceum na spektakl do wrocławskiego Teatru Współczesnego. I od razu wzięło pana na dobre? Koniecznie szkoła teatralna?

– To był spektakl „Ja, Feuerbach”. Fakt, wzięło mnie. W przeciwnym razie pewnie na politechnikę bym poszedł, bo ojciec chciał, żebym jak on był inżynierem. Ojciec jest energetykiem – na studiach i w wojsku był na roku z Jerzym Buzkiem. Ostatnio na bankiecie po premierze „Idioty” w Teatrze Soho, gdzie gram z Agatą Buzek, przekazywałem panu Jerzemu pozdrowienia od ojca. I wtedy przemknęło mi przez głowę, że gdyby nie ich pokolenie, które pamięta i wojnę, i Stalina, i późniejsze wszystkie przemiany, to my byśmy sobie z Agatą dzisiaj nie grali tego Dostojewskiego. I nie godoli tak po ślunsku, bo ona z Gleiwitz jest. Pieruna! W końcu jest jakoś tak normalnie.

Coraz normalniej. A z tej wrocławskiej szkoły teatralnej dlaczego pana o mało nie wyrzucili?

– Bo nie umiałem śpiewać! I nie będę śpiewać, dodam od razu, że nie wydam też książki o sobie. Starzeję się, łysieję, ale przeszczepów włosów nie robię. Tak jakoś mi się wydaje, że ważniejsze rzeczy dzieją się na planie i w teatrze.

Tego rodzaju myślenie na pewno się opłaci? Koledzy mówią, że nie do końca…

– Żadnego lansu! Na dłuższą metę to chyba bardziej się opłaca.

Lubi pan mieć etykietkę aktora niepokornego?

– A naprawdę mam taką?

Ciężko było na początku drogi zawodowej?

– Cały czas jest ciężko.

Takie gadanie. Gra pan w teatrze, w filmie u Kolskiego, u Smarzowskiego i nie tylko. Lubos to już jest nazwisko.

– Wystarczy to nazwisko wstawić do lodówki i cześć. Bo co zrobić, jak nie będzie propozycji? A pięknych i zdolnych jest wielu. Jeśli mam teraz robotę, to dzięki Iwonie (Iwona Ziułkowska-Okapiec, menedżerka artysty – przyp. red.), która wyprowadza mnie z nicości. Gdyby nie Iwona, to z tym moim niewyjściowym ryjem cały czas grałbym wyłącznie kiboli i nożowników. To ona dała mi nadzieję, że w tej branży ktoś jednak potrafi odróżnić, co to wygląd, a co profesjonalizm. Bo ja przez lata siedziałem w szufladce. A jest w Polsce paru podobnych aktorów… Ostatnio z Krzysiem Kiersznowskim zrobiliśmy film „Arizona w mojej głowie” w reżyserii Matthiasa Husera. Pojechałem z tą „Arizoną” na festiwal do Locarno – Złotego Lamparta nie zdobyliśmy, ale jak oglądałem tak pięknie brzydkich dwóch mężczyzn, wszystko się zgadzało! Świat zwariował z tą urodą. Sami piękni – i w filmie, i w reklamie, wszędzie. A ludzie są przecież różni.

Przecież pan też ma na koncie film promocyjny dla GROM-u.

– Mam, poszedł na otwarcie ich strony internetowej. Ale widzi pani, ja nie wziąłem za to pieniędzy. Pewnych rzeczy nie robi się za pieniądze. A jednostka 2305 GROM jest naszym dobrem narodowym.

To pewnie jako chłopak myślał pan, żeby być komandosem?

– Niekoniecznie. Ale jakby trzeba było, zaciągam się i jestem. Coś tam umiem, mogę się przydać.

Testosteron panu szumi w głowie. Pewnie stąd ten boks.

– Boks to prostsze, niż pani myśli. Matkę kocham miłością bezwarunkową, należę do tego gatunku mężczyzn, którzy tak naprawdę kochają tylko matki. Ale matka nie pozwalała mi ani na karate, ani na mopika (motorower – przyp. red.). A w podstawówce śliną mnie wycierała i jeszcze szaliki musiałem nosić. Więc jak się wyrwałem z domu na studia do Wrocławia, natychmiast zapisałem się na boks. Boks był też po to, żeby nie myśleć, że się jest aktorem.

Bo jeszcze przyszłoby komuś do głowy, że się panu śni wielki świat?

– Mniej więcej. Mam wrażenie, że na ringu więcej mnie nauczyli niż w szkole teatralnej. Zygmunt Gosiewski (polski bokser, olimpijczyk – przyp. red.), mój trener, najpierw w ogóle nie wiedział, że jestem aktorem. Jakiś studencik, myślał. Ale zobaczył długie ręce, szybkość, siłę i w połowie lat 90. zrobił ze mnie zawodnika Gwardii Wrocław.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 50/2014

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy