Swojsi zamiast swoich

Swojsi zamiast swoich

Pisowcy najpierw wyrzucili tych z PO i PSL. Potem niepartyjnych urzędników. A teraz walczą między sobą

Kadry – dla Jarosława Kaczyńskiego, jak dla pewnego klasyka, są najważniejsze. Na dobrą sprawę ważniejsze od politycznych zaklęć. Prezes PiS otwarcie mówi, że celem rządów jego partii jest zbudowanie nowej elity, czyli dominacja ludzi PiS w gospodarce, kulturze, mediach. Ideologia smoleńska i rozlewająca się ksenofobia z tego punktu widzenia są więc czymś drugorzędnym. Czymś, o czym mówi się głośno, do maluczkich, choć wtajemniczeni wiedzą, że prawdziwa gra toczy się o coś innego.

Media, czyli gorące krzesła

Zacznijmy od dziennikarskiego podwórka. Od Telewizyjnej Agencji Informacyjnej. Podlegają jej wszystkie programy informacyjne TVP, czyli „Wiadomości”, „Panorama”, „Teleexpress” i kanał informacyjny TVP Info. Wielkie imperium.

Kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że TAI ma nowego szefa. Jest nim Jarosław Olechowski. Na razie jako pełniący obowiązki zastąpił na tym stanowisku Klaudiusza Pobudzina, który wcześniej pracował w Telewizji Trwam ks. Rydzyka. Pubudzin dyrektorem agencji został w maju 2017 r., do TVP przyszedł w styczniu 2016 r. Piękna kariera. Jego poprzednikiem był Piotr Lichota, który szefem TAI został latem 2016 r., zastępując Mariusza Pilisa. Pilis objął swoje stanowisko w styczniu 2016 r., zaraz po przejęciu TVP przez Jacka Kurskiego. Zasłynął tym, że w marcu 2016 r. zwolnił dwie wydawczynie, które zamiast relacji z konferencji Episkopatu chciały pokazać marsz KOD.

Ale nie to jest w tej chwili najważniejsze. Zwróćmy uwagę na coś innego – od stycznia 2016 r. TVP kieruje Jacek Kurski. I w ciągu tych dwóch lat miała ona czterech szefów nadzorujących programy informacyjne. Objąć stanowisko dyrektora TAI – to jak stanąć w przeciągu, na parę miesięcy. A dodajmy do tego stanowiska niższe, szefów TVP Info, „Wiadomości” itd. Tu też następowały zmiany. Bywam w Info, rozmawiam z pracującymi tam dziennikarzami. Nie ukrywają, że czują się jak w poczekalni, że każdy dzień przynosi nowe rozdanie. PiS, owszem, twardo trzyma władzę, ale poszczególne frakcje i koterie walczą ze sobą bez pardonu. I Jacek Kurski, stosownie do wiejących wiatrów politycznych, raz jednym daje więcej przestrzeni, raz drugim. Akurat teraz został obrany kurs na uspokojenie, więc ci najbardziej agresywni dziennikarze cofani są do dalszych szeregów.

Krzywda im się nie dzieje. „Dziennik Gazeta Prawna” nie tak dawno informował, że w ciągu dwóch lat panowania Jacka Kurskiego w TVP liczba dyrektorów i wicedyrektorów zwiększyła się o prawie jedną czwartą, do 86. A liczba doradców – trzykrotnie, z trzech do dziewięciu. Najbardziej znana jest była kierowniczka „Wiadomości” Marzena Paczuska, której formalne zadanie obecnie polega na monitorowaniu nieistniejącego anglojęzycznego kanału informacyjnego TVP.

Ten wzrost liczby szefów (TVP zapewnia, że chwilowy) oznacza zwiększenie budżetu płac. „DGP” podaje, że w 2016 r. średnia pensja na stanowisku dyrektora lub wicedyrektora wynosiła w telewizji 18,8 tys. zł brutto, nie licząc nagród (niektórzy zarabiają po 26 tys. zł). Doradcy biorą średnio 19,2 tys. zł miesięcznie. W ten sposób kadra kierownicza kosztuje TVP, lekko licząc, ponad 40 mln zł rocznie. Skąd na to pieniądze? Z budżetu państwa. Czyli od nas.

Aptekarze na czołgi

Podobne przeciągi mogliśmy obserwować w Polskiej Grupie Zbrojeniowej. Jak na polskie warunki PGZ to potęga. Składa się z ponad 60 spółek (ileż rad nadzorczych i zarządów do obsadzenia!), ma obrót ponad 5 mld zł i zatrudnia 17,5 tys. osób. Nadzór nad PGZ sprawuje Ministerstwo Obrony Narodowej, więc po utworzeniu rządu Beaty Szydło kluczowe stanowiska pozajmowali tam protegowani Antoniego Macierewicza.

W grudniu 2015 r. prezesem PGZ został Arkadiusz Siwko, a stołki wiceprezesów zajęli Maciej Lew-Mirski i Radosław Obolewski. Siwko to wieloletni współpracownik Macierewicza, szef jego gabinetu, gdy był on ministrem spraw wewnętrznych. Maciej Lew-Mirski był członkiem komisji weryfikacyjnej WSI, potem z Macierewiczem tworzył SKW. Obolewski zaś… kierował klubem „Gazety Polskiej” w podwarszawskich Łomiankach. Jego doświadczenie zawodowe ograniczało się do pracy w aptece Aronia, której był współwłaścicielem, oraz do dystrybucji tornistrów i piórników.

Tej grupie dyletantów powierzono kierowanie polskim przemysłem zbrojeniowym. Pierwszy, już we wrześniu 2016 r., odpadł Obolewski. Odszedł mniej więcej w tym samym czasie, kiedy załamała się kariera Bartłomieja Misiewicza, którego zatrudniał w Aronii.

13 lutego 2017 r. do dymisji podał się Arkadiusz Siwko. Na jego miejsce rada nadzorcza PGZ powołała Błażeja Wojnicza, 34-letniego prawnika, który od sierpnia 2016 r. był prezesem Polskiego Holdingu Obronnego, innej państwowej spółki zbrojeniowej. Dziś oprócz Wojnicza i Lwa-Mirskiego w zarządzie PGZ zasiada jeszcze trzech członków: Adam Lesiński (od listopada 2016 r.), Szczepan Ruman oraz Robert Gut (obaj od maja 2017 r).

I co dalej? Mariusz Błaszczak po przejęciu MON czyści resort z ludzi Macierewicza. Wymienił wiceministrów (z wyjątkiem Tomasza Szatkowskiego), zmiany zaczynają sięgać dyrektorów departamentów. Czy sięgną PGZ? Chyba mało kto w to wątpi. A to będzie oznaczać zmiany w kilkudziesięciu zarządach.

O tym, że Błaszczak nie przepuszcza ludziom Macierewicza, wiadomo nie od dziś. Ubiegłej jesieni sporo się mówiło o wojnie, którą obaj toczyli o kontrolę nad Polską Wytwórnią Papierów Wartościowych. Jej prezesem był człowiek Macierewicza, Piotr Woyciechowski. W roku 1992, jeszcze jako student, stał na czele Wydziału Studiów Gabinetu Ministra Spraw Wewnętrznych, to on zajmował się opracowaniem tzw. listy Macierewicza. Potem, na kolejnych zakrętach historii, trwał przy swoim szefie. A po roku 2015 został prezesem PWPW. I zawierzył tę spółkę „Bogu za pośrednictwem niepokalanego serca Maryi”. Rzecz jednak w tym, że w radzie nadzorczej PWPW większość miejsc objęli ludzie Błaszczaka, więc w październiku 2017 r. odwołali Woyciechowskiego (wchodzi obecnie w skład Rady Polskiej Fundacji Narodowej).

I teraz pytanie za sto punktów: czy nowy szef MSWiA Joachim Brudziński pozostawi PWPW w spokoju, czy też będzie chciał ulokować tam swoich protegowanych?

Lista tysiąca

Taki jest bowiem charakter polskiego systemu politycznego, że partie funkcjonują jako instytucje rozdawania posad. Powszechny klientelizm nikogo nie razi, a już najmniej tych, którzy krzyczą o moralnej odnowie.

Skalę patologii w niewielkim stopniu pokazują media. Rok temu „Puls Biznesu” opublikował „listę tysiąca”, zwaną też listą wstydu, z nazwiskami tych, którzy posady zdobyli z partyjnego nadania. Podobna lista, z roku 2012, z czasów koalicji PO-PSL, zawierała 400 nazwisk. Ta sprzed roku – liczy ponad tysiąc i zajęła 14 stron.

Tropem pisma poszły partie opozycyjne. Nowoczesna założyła specjalną stronę internetową Misiewicze.pl, na której, województwo po województwie, zamieściła nazwiska osób, które w zamian za służbę PiS dostały posady. Na liście Nowoczesnej są 364 osoby. Na przykład siostry byłej rzeczniczki rządu Elżbiety Witek Doroty Pietrzak, która niegdyś była salową w domu dziecka, a po „dobrej zmianie” została inspektorem w powiatowym biurze Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.

Wymienieni zostali też Maciej Szota, działacz Solidarnej Polski, kiedyś właściciel budki z kebabami, później wicedyrektor w departamencie badań Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa, oraz Violetta Mackiewicz-Sasiak – przed wyborami szefowa klubu „Gazety Polskiej” i pielęgniarka w domu pomocy społecznej, a po wyborach, mimo braku wykształcenia, członkini rady nadzorczej spółki Energa.

Więcej nazwisk zebrała Platforma Obywatelska. Jej strona nosi z kolei nazwę Pisiewicze.pl i zawiera, ułożone w kolejności alfabetycznej, 1054 nazwiska.

Prowadzenie takiej listy to nie lada wyzwanie. Regułą w czasach PiS są bowiem częste zmiany kadrowe. I brak litości dla pokonanych. Tylko gwoli przypomnienia – już w pierwszych tygodniach po przejęciu władzy przez PiS wymienieni zostali praktycznie wszyscy prezesi państwowych spółek, łącznie z „niezatapialnym” Pawłem Olechnowiczem, który przez 12 lat kierował Lotosem. Zastąpił go Robert Pietryszyn, przyjaciel Adama Hofmana z Dolnego Śląska, swego czasu prezes klubu Zagłębie Lubin.

Posadę obronił jedynie Zbigniew Jagiełło, prezes PKO BP, a to głównie dzięki dobrej znajomości z Mateuszem Morawieckim. Poza tym miotła sprzątała – szefem Orlenu został Wojciech Jasiński, prezesem PZU kojarzony z grupą Zbigniewa Ziobry Michał Krupiński, prezesem KGHM kojarzony z Adamem Lipińskim Krzysztof Skóra, a szefem spółki Tauron Wydobycie kolega Beaty Szydło jeszcze z podstawówki – Zdzisław Filip.

W październiku 2016 r. odwołany został minister skarbu państwa Dawid Jackiewicz. Parę tygodni później zlikwidowano samo ministerstwo. Nadzór nad spółkami z udziałem skarbu państwa (jest ich ok. 430) rozdzielony został pomiędzy różne resorty. Karuzela kadrowa ruszyła raz jeszcze.

W KGHM Skórę zastąpił Radosław Domagalski-Łabędzki. Zmiany nastąpiły w grupach Lotos i PZU. Efektem zawirowań były najdziwniejsze kariery. Do rady nadzorczej Banku Pekao, nad którym kontrolę na początku czerwca przejął PZU, trafiła m.in Sabina Bigos-Jaworowska, dyrektor Zespołu Opieki Zdrowotnej w Oświęcimiu, bliska znajoma Beaty Szydło. A do zarządu PZU – Małgorzata Sadurska, była szefowa kancelarii Andrzeja Dudy.

Inny rodzaj rozścielania czerwonego dywanu przed ludźmi PiS opisała „Rzeczpospolita”. Poinformowała, że brat posłanki PiS Małgorzaty Wassermann został prokuratorem prokuratury okręgowej po zaledwie roku pracy w jednostce niższego szczebla. Tymczasem zgodnie z obowiązującym prawem, by móc awansować do okręgówki, prokurator musi odbyć co najmniej trzyletni staż jako prokurator rejonowy. To znaczy musiał, bo kilka tygodni temu do przepisów wprowadzono specjalny tryb przyśpieszonego awansu „w szczególnie uzasadnionych przypadkach”. Na razie ów tryb został zastosowany tylko w czterech przypadkach, w tym Wojciecha Wassermanna oraz Barbary Piotrowicz, córki posła PiS Stanisława Piotrowicza.

Apetyty rosną

Co symptomatyczne, publiczne napiętnowanie klientelizmu i protekcji na nikim w zasadzie nie zrobiło wrażenia. A już na pewno nie na działaczach PiS.

Przeciwnie, takie listy najwyraźniej wzmagają apetyty działaczy, rozpalają ich wyobraźnię. Media informują np. o naciskach posłów na ministrów, by w swoich resortach przeprowadzili rewolucję kadrową. PiS, przejmując władzę, już w styczniu 2016 r. zlikwidowało konkursy na stanowiska dyrektorskie w administracji. Nowe przepisy otworzyły drogę do czystki. Jak się jednak okazało, w ciągu dwóch lat ministrowie zwolnili ledwie ok. 200 z 1,6 tys. dyrektorów. Ten stan bardzo się nie podoba posłom PiS.

„Nowi ministrowie ulegają mamieniu przez dyrektorów, którzy pracowali za czasów koalicji PO-PSL. Oni za plecami życzą nam jak najgorzej, ale robią wszystko, aby się utrzymać na stołkach. Przecież po to zmienialiśmy przepisy, aby z dnia na dzień móc zwolnić tych, którzy nie dają rękojmi, że nasz program będzie prawidłowo wdrażany. Tak uważa wiele moich kolegów i koleżanek” – to słowa prof. Józefy Hrynkiewicz, posłanki PiS, byłej dyrektor Krajowej Szkoły Administracji Publicznej. Prof. Hrynkiewicz wręcz wskazuje urzędników, którzy powinni zostać wyrzuceni. I zapowiada, że w tej sprawie będzie rozmawiała z szefem Kancelarii Premiera.

Tak więc dwa lata po objęciu rządów przez PiS kadrowy huragan, który przechodzi przez zdobyte przez tę partię urzędy, spółki i instytucje, bynajmniej nie ustaje. Wciąż pojawiają się kolejne grupy żądające posad, pokazujące palcem, kogo trzeba usunąć. Apetyt rośnie w miarę jedzenia.

I nie ma szans, by kiedykolwiek został zaspokojony. Po pierwsze, dobrych posad zawsze będzie mniej niż chętnych. Po drugie, wśród działaczy PiS panuje szczególne przekonanie – że im się należy, że teraz nadszedł ich czas. W dodatku aby rządzić, nie trzeba wielkich umiejętności. Każdy więc może.

Po trzecie, Jarosław Kaczyński skonstruował PiS na zasadzie wojny o łupy. Jeszcze 25 lat temu, w czasach PC, opowiadał działaczom o posadach w Warszawie i o tym, że zasługują oni, by je objąć. Andrzej Celiński opisał wtedy to zjawisko jednym zdaniem, mówiąc o „spoconych facetach pchających się do władzy”.

W czasach PiS Kaczyński filozofię: bierzemy władzę, żeby brać stanowiska, rozwinął. Interesujący z tego punktu widzenia był wywiad, którego kilka miesięcy temu udzielił „Gościowi Niedzielnemu”. Mówił w nim, że w latach 2005-2007 PiS wprowadziło do spółek całą rzeszę ludzi, którzy mieli co najmniej doktorat z ekonomii albo z prawa związanego z gospodarką. I „natychmiast byli oni pochłaniani przez patologiczny system funkcjonujący w tych spółkach”. Kaczyński wyciągnął z tego wnioski. „Teraz odwołaliśmy się do innego mechanizmu, bo tamten zawiódł. Mianujemy ludzi z bliskich nam środowisk, którzy realizują nasz program”. Jasno więc powiedział, że ważniejsza jest rekomendacja polityczna niż wykształcenie i wiedza.

I tu nic się nie zmieniło. W ostatnim wywiadzie dla „Gazety Polskiej Codziennie” zapewniał: „Zaufajcie Państwo, my Was nie zawiedziemy, program głębokich zmian naszego kraju nie będzie wyhamowany, wprost przeciwnie. (…) Nie zmieniamy kursu. Cel się nie zmienia. To nadal radykalna zmiana Rzeczypospolitej”. Zmiana – czyli przejmowanie przez ludzi PiS wszystkiego.

To zresztą coraz głośniej wybrzmiewający lejtmotyw działania partii rządzącej, zwłaszcza w obliczu zbliżających się wyborów samorządowych. Prezes otwarcie mówi, że jego celem jest przejęcie przez PiS władzy w samorządach, tak żeby była tam „równowaga” (cokolwiek to słowo znaczy). I już tworzy armię, którą rzuci do tego boju. „Chcemy dać szanse młodym posłom”, deklaruje. To oni mają zdobyć miasta i sejmiki wojewódzkie. PiS zresztą już powołało w każdym województwie i okręgu pełnomocników ds. wyborów samorządowych, dając działaczom zajęcie (i marzenia).

W ten sposób Kaczyński mobilizuje swoich „żołnierzy”. Jednym opowiadając o stanowiskach do zdobycia, a drugich strasząc tym, że opozycja te stanowiska chce im odebrać.

A opowieści o „żołnierzach wyklętych”, „dumnej Polsce”, pomnikach Lecha Kaczyńskiego i „prawdzie smoleńskiej”? Owszem, są elementem ważnym, ale bardziej w kategorii ozdoby, zaklęcia ideologicznego niż realnego bytu.

Wydanie: 5/2018

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy