Rok wielkich wstrząsów

Rok wielkich wstrząsów

Kto zyskał, kto stracił, a kto rozczarował w 2010 roku?

To był rok wielkich wstrząsów.
W lesie pod Smoleńskiem śmierć ponieśli czołowi politycy praktycznie ze wszystkich ugrupowań. Zginął urzędujący prezydent. Zdziesiątkowane zostało PiS, lewica straciła kandydata na prezydenta, Jerzego Szmajdzińskiego, i dwie wybitne posłanki – Jolantę Szymanek-Deresz i Izabelę Jarugę-Nowacką.
W czerwcu, w atmosferze narodowej żałoby, Polacy poszli do urn. Wybrać nowego prezydenta. W drugiej turze niewielką większością głosów Bronisław Komorowski zwyciężył Jarosława Kaczyńskiego. W tym starciu zadecydowały głosy lewicy.
I wtedy się zaczęło.
Od wyborczego wieczoru, kiedy ogłoszono pierwsze sondażowe wyniki wyborów prezydenckich, bohaterem polskiej sceny nie jest zwycięzca – Bronisław Komorowski, lecz przegrany – Jarosław Kaczyński.
Bo kolejne dni to jego monolog i kolejne, zaskakujące oświadczenia.
W ciągu kilku miesięcy dowiedzieliśmy się, że Jarosław Kaczyński podczas kampanii wyborczej był na proszkach i niewiele z niej pamięta. Że jego sztab wyborczy z Joanną Kluzik-Rostkowską to osoby podejrzane. Parę miesięcy później wyrzucono ich wszystkich z PiS. Dowiedzieliśmy się też, że Bronisław Komorowski wybrany został na prezydenta przez przypadek, że Donald Tusk skończy jak przestępca, że jest odpowiedzialny (politycznie) za smoleńską katastrofę i śmierć Lecha Kaczyńskiego. A w ostatnich dniach, że Jarosław Kaczyński nie rozpoznał ciała Lecha i w zasadzie to nie wiadomo, kto leży w krypcie na Wawelu.
W międzyczasie, pomiędzy jednym wynurzeniem Jarosława K. a drugim, odbyły się wybory samorządowe, w których PiS poniosło klęskę.
Innymi słowy – rok 2010 w polityce był pełen doznań metafizycznych, które wraz z upływem kolejnych tygodni stawały się farsą i szaleństwem.
Ale o to, żebyśmy całkiem nie pogrążyli się w nierzeczywistości, zadbała Platforma Obywatelska i jej czołowy polityk, minister infrastruktury Cezary Grabarczyk. Oto 12 grudnia zmieniony został rozkład jazdy pociągów i… No właśnie, stał się cud, tylko na opak. Chaos sparaliżował kolej, inny był rozkład jazdy w internecie, inny na dworcach, pasażerowie biegali zdezorientowani, a w Katowicach wysłano ich na peron, którego nie ma. Trzeba być artystą bujającym w chmurach, by potknąć się na czymś takim.
W minionym roku powszechnie narzekano, że scena nam się zabetonowała, że nic się nie zmienia, dwie partie, PO i PiS, wzięły wszystko. I nie ma miejsca dla innych. Myślę, że nawet jeżeli tak było, to dziś tendencja jest dokładnie odwrotna. Ja widzę początki erozji i PiS, i Platformy, to zresztą jest szersze zjawisko.
Jeśli chodzi o PiS, to smoleńska obsesja Kaczyńskiego skutecznie prowadzi tę partię w stronę niszy, którą kilkanaście lat temu zajmował ROP Jana Olszewskiego. To jest ten kierunek.
Pęknięcia widzimy też na radosnej fasadzie PO. Platforma budowała swój wizerunek pod hasłem: „Nie róbmy polityki, budujmy mosty”. Ale czy można w takie hasło wierzyć, jeżeli minister infrastruktury (autostrady, koleje, poczta, budownictwo) regularnie daje dowody niekompetencji?
Jaki będzie więc rok 2011?
Wiadomo, że będzie to rok wyborów parlamentarnych. Tu faworytem jest Platforma Obywatelska, sondaże dają jej (wraz z sojuszniczym PSL) bardzo bezpieczną przewagę. I jeżeli PO tę przewagę utrzyma, to ma jak w banku przynajmniej cztery kolejne lata spokojnego rządzenia. Ale czy utrzyma? Czy fasada pęknie przed jesiennymi wyborami?
To jest wyścig, który będziemy teraz obserwować.

W górę

1. Bronisław Komorowski – wiele może
To był dla niego szalony rok. Jeszcze 12 miesięcy temu nikt nie dawał mu szans na prezydenturę, a tu proszę – Belweder jego. To nic, że z łaski Tuska – bo finiszować musiał sam.
Gdy na niego patrzę, to widzę pokręcone polskie losy. Komorowski to ojciec pięciorga dzieci, katolik, co niedziela w kościele, a i tak księża agitowali przeciwko niemu. Taki Kościół dziś mamy… Już będąc młodzieńcem, działał w opozycji, był zamykany (przez sędziego Kryże, późniejszego zastępcę Ziobry), internowany, to był materiał na antykomunistę w rodzaju Macierewicza. A tu proszę, do głosowania na niego namawiał sam gen. Jaruzelski. A „prawdziwi Polacy” wyzywali go od „Komoruskich”. Bo dla „prawdziwych Polaków” nabluzgać Rosjanom to szczyt patriotyzmu.
Teraz zasypuje mosty, chce godzić Polaków. I chyba dobrze mu to wychodzi, bo rośnie do niego zaufanie.
Donald Tusk, odstępując mu prezydenturę, mówił, że woli władzę, że nie interesuje go żyrandol. W sumie można to zrozumieć. Ale, jak widać, ten żyrandol wiele może.

2. Donald Tusk – wygrywacz
W 2010 r. był jak Midas. Wybrał Polakom prezydenta i – zdaje się – dobrze trafił. Wygrał wybory samorządowe, nie traci w sondażach. Właśnie buńczucznie ogłosił, że nie ma z kim przegrać. Czyżby? Widzimy, jak się wije, jak robi szpagaty, bo powinien wywalić ministra infrastruktury Cezarego Grabarczyka, ale nie chce, bo taką ma sytuację w partii, że to by go osłabiło. Wcześniej podobną przygodę miał ze Schetyną – jego z kolei chciał wywalić, ale nie mógł. Więc – wygrać, przegrać… Ha! Jeśli ktoś uważa, że lawirowanie między Schetyną a Grabarczykiem i jeszcze setką gości z pretensjami to takie szczęście, może Tuskowi zazdrościć. Ja uważam, że specjalnie nie ma czego.

3. Waldemar Pawlak – cichy zwycięzca
O Waldemarze Pawlaku trudno coś wyrywnego napisać, bo to osoba małomówna i skryta. Anty-Palikot. Nie obrazi, nie zabawi, człowiek patrzy na niego i nie może zapamiętać. Pawlaka już kilka razy chowano w III RP, już mówiono, że z nim koniec, że PSL padnie w wyborach i rozleci się. No i proszę, w wyborach samorządowych dostał 16%, przeskoczył SLD i zaczął zabierać wyborców PiS. Znaczy się, śladu nie zrobi, a krew wyssie. Ciszej jedziesz, dalej zajedziesz. Waldemar Pawlak, jak żywy.

4. Marek Belka – profesor
Dziecko szczęścia. Nigdzie się nie pcha, nikogo nie obraża, nie krzywdzi. A wszędzie go chcą. Od lat. Tak został ministrem finansów, potem premierem, a teraz szefem NBP. Komorowski zostawił z tyłu pół tuzina platformerskich profesorów, którzy nogami przebierali do tak pięknego stanowiska, i dał je Belce. I na pewno tego nie żałuje. Losy Marka Belki to powiew optymizmu w polskiej partyjnej rzeczywistości – bo pokazują, że może tu się przebić także ktoś, kto nie uczestniczy w politycznych gierkach, ma w nosie partyjny aparat, za to mówi w obcych językach i zna się na tym, za co mu płacą.

5. Grzegorz Napieralski – wodzirej
Co zrobić z tak mile rozpoczętym wieczorem? Kto w życiu trochę balował, ten zna to uczucie. Niby wszystko jest, są koledzy, są dziewczyny, jest muzyka, są napoje, ale coś się nie klei, impreza niby dobrze zorganizowana, ale jakaś senna, lada moment może się rozejść. To właśnie jest udziałem Napieralskiego. Wszystko w tym 2010 r. mu się udało. Król polowania! Uzyskał dobry wynik w wyborach prezydenckich, wziął władzę nad partią, z nikim nie musi jej dzielić, wszystko w rękach ma, tylko sondaże zamiast rosnąć, znów mu – pardon – stoją, a nawet spadają. Dobrze zaczął. Tyle że w jego partii ważniejsze jest nie to, jak się zacznie, ale jak się skończy.

W dół

1. Jarosław Kaczyński – prorok
To już nie polityk, to prorok. Ma wizje. Że Polska pogrąży się w kryzysie, a wtedy on wygra wybory i będzie miał władzę. Są tacy, którzy mu wierzą. I modlą się o te plagi. Ostatnio jest w nastroju Anioła Zagłady. Tuskowi i Komorowskiemu nie może wiele zrobić, więc kąsa ich słowem. Myśli pewnie, że się tym przejmują. Swą sektę też prowadzi twardą ręką. Niepokornych wypędza z raju. W sumie trudno to wszystko oceniać z punktu widzenia politologa, tu – zdaje się – potrzeba fachowca innej specjalności.

2. Cezary Grabarczyk – polityk
Człowiek z kłopotami w rządzie Tuska. Kolej nie potrafi zmienić rozkładu jazdy, poczta sobie nie radzi, autostrady w polu, o mieszkaniach nie mówiąc. Ale premier go nie wywala. Skąd ten cud? Ano stąd, że Grabarczyk zbudował sobie w PO mocną frakcję, to jego
ludzie stoją po stronie tuskowców w wojnie ze schetynowcami. Bardzo to skomplikowane, ale dowodzi, że sprawności politycznej Grabarczykowi nie brakuje. Bo gdyby nie angażował się w partyjne rozgrywki, tylko zarządzał ministerstwem jak Bóg przykazał, to Tusk odstrzeliłby go przy byle okazji. Żeby się przypodobać publice. A tak broni go jak niepodległości. Wiemy więc już, jakie hasło obowiązuje w PO: „Na cholerę nam mosty, róbmy politykę”.
Grabarczyk jest też autorem najbardziej rozbrajającej wypowiedzi roku: „Bitwa o rozkład jazdy została przegrana, ale wygramy wojnę o poprawę jakości obsługi pasażerów”. Nie, tego nie powiedział jakiś trzeciorzędny aparatczyk, tylko człowiek z czołówki PO.

3. Zbigniew Ziobro – wódz, który piszczy
Plasuje się w czołówce polityków, którym się nie ufa. I pewnie słusznie, bo jest w nim coś fałszywego, piskliwego. Mąż stanu to nie jest.
W górę ciągnie go Jarosław Kaczyński, który mu pobłaża i go faworyzuje. Co zresztą stało się obiektem uszczypliwych uwag Janusza Palikota o związku łączącym dwóch starych kawalerów.
Poza tym ciągnie go w górę obecny w społeczeństwie nurt, który rozwiązanie wszystkich problemów widzi w tzw. rządach twardej ręki, wsadzaniu do więzienia, przekonaniu, że policjant (milicjant) ma zawsze rację. Miłośnicy zamordyzmu tym razem swoje nadzieje ulokowali w tym drobnym okularniku, co samo w sobie jest śmieszne. W sumie – jacy zamordyści, taki wódz…

4. Mirosław Sekuła – anty-Nałęcz
Sam sobie zgotował ten los – robi za chachmęta. Sekuła przewodniczy sejmowej komisji śledczej badającej aferę hazardową. No i zaimponował – bo spacyfikował Beatę Kempę, spacyfikował PiS, a komisja niczego nie ustaliła. Nie było Mira i Rycha. I to jest to chachmęctwo, którego Tuskowi zazdroszczą i Kaczyński, i Napieralski, i Pawlak. A Leszek Miller, jak mniemam, w szczególności. No bo Tomasz Nałęcz to nie jest.
Ale taki sukces ma dwie twarze. Bo choć budzi podziw politycznych wodzów, zawsze złaknionych takich kilerów od czarnej roboty, to Kowalskiego brzydzi. Kowalski ludzi tego pokroju do domu raczej nie wpuszcza. O czym szanowny poseł Sekuła mógł się przekonać, gdy koncertowo przerżnął wybory na prezydenta Zabrza.

5. Adam Bielan i Michał Kamiński – na cztery łapy
Dwaj spin doktorzy, którzy walczą o życie.
Pamiętam ich sprzed kilkunastu lat z Sejmu. Szczupłych chłopców w okularkach, uśmiechających się przymilnie. Dziś to panowie łysiejący, z brzuszkiem, człowiek spojrzy na te twarze i biją mu po oczach oznaki życiowego sukcesu.
Do tej pory byli mistrzami wolt. Kamiński najpierw był w Narodowym Odrodzeniu Polski, potem w ZChN, potem przeskoczył do AWS, a potem, jeszcze sprytniej, do PiS, gdzie szybko przykleił się do Lecha Kaczyńskiego. To mu dało konfitury i splendory. Teraz wyskoczył z PiS, razem z Bielanem (też niezły skoczek) i obstawiają Joannę Kluzik-Rostkowską. Chyba tym razem w zakręcie się nie zmieszczą. Ale nie martwię się o nich, bo sprytu im nie brakuje. Choć zatem nie wiem, gdzie wylądują przy kolejnym obrocie, to wiem, jak wylądują – na cztery łapy.

Na zero

1. Radosław Sikorski – nieorzeł
Swoje dni miał w marcu, kiedy walczył z Komorowskim w platformerskich prawyborach. Jeździł po Polsce, wygłaszał przemówienia, gromił, pouczał. Wyglądało na to, że czuł się już prezydentem, że mierzył smokingi. A potem świat o nim zapomniał. Teraz z kolei próbuje przypomnieć o sobie, boksując się z Łukaszenką. Szczerze mówiąc, nie wróżę mu wielkiego powodzenia.
Parę razy zastanawiałem się nad Sikorskim, nad tym, że wciąż wygląda na niespełnionego, że niby jest na górze, a tak naprawdę z boku. Że chce frunąć wysoko, a tu łup o ziemię. Bo albo powie dwa zdania za dużo, albo pół za mało.
Jest kilka możliwych hipotez tłumaczących to wszystko. Albo za mało udziela się partyjnie, albo za dużo. Jest za mało inteligentny. Albo za bystry – więc zagraża. Albo za rzadko słucha żony. A może wszystko razem?
2. Grzegorz Schetyna
– serce partii
Już miało być po nim, już nie kochał go Donald Tusk i nie kochały media, a tu nagle, szast-prast, został marszałkiem Sejmu i znów rozdaje karty. Znaczy się, afera hazardowa go nie zatopiła.
A teraz rośnie w siłę. Dogaduje się z opozycją, silny jest w klubie, silny w partii. Wszyscy go lubią. Jeśli dobrze ułoży listy w wyborach, to on będzie zwalniał Tuska, a nie Tusk jego. O to będzie bój największy tego lata.

3. Stefan Niesiołowski – pogromca
Nie ma Palikota, więc to on musi w pojedynkę rozbijać legiony PiS-owców w telewizji. Toteż rozbija. Na swoje szczęście mówi szybko, więc nikt nie jest w stanie go zatrzymać, by zadać jakieś pytanie. Obiekt szczerej nienawiści PiS-owców, dogryzł im setki razy, o Jarosławie Kaczyńskim powiedział niedawno, że opuścił świat ludzi rozumnych, więc PiS-owcy o nim mówią najgorsze rzeczy.
Coraz rzadszy gatunek polityka showmana, który na niczym się nie zna, ale w każdej dyskusji bierze udział. I zawsze przywali. Takich kowbojów jest coraz mniej. Może pora otoczyć ich jakąś ochroną?

4. Jan Krzysztof Bielecki – w poczekalni
W czepku urodzony. Wszyscy mówią, że wybitny, prezydent dał mu Orła Białego, dziennikarze mu nadskakują, prześcigają się w wyliczaniu godnych go stanowisk, a człowiek zachodzi w głowę, z jakiej przyczyny te wszystkie awanse. Bo przecież nie z powodu elokwencji.
Gdy Włosi wyrzucili go z prezesowania Bankowi Pekao SA, Donald Tusk dał mu stanowisko przewodniczącego Rady Gospodarczej przy premierze. Godne, ale mało płatne i w sumie mało ważne. Trochę na zasadzie poczekalni na coś lepszego. Żeby nie knuł. Bielecki więc czeka. Tak mu minął rok.

5. Bogdan Klich – trwa
Co tu pisać… Już prawie go nie widać, schował się w mysiej dziurze. Wojsko ma niewielkie, zmieściłoby się na jednym stadionie (co prawda z tych największych…), a i tak zalicza wpadkę za wpadką. Bo jakkolwiek by patrzeć, katastrofy lotnicze też idą na jego konto, bo już wiemy, że piloci nie byli wystarczająco przeszkoleni. Teraz doszedł mu Afganistan – i uszczypliwe uwagi w zagranicznej prasie na temat naszego kontyngentu.
Regularnie wymieniany jako cz
ołowy kandydat do dymisji. Choćby tylko po to, żeby na parę miesięcy poprawić morale armii. Ale rok 2010 na stanowisku przeżył. To jest ten jeden sukces, który osiągnął.

Rozczarowania

1. Antoni Macierewicz – przenikliwy
Jarosław Kaczyński mu zaufał. Powierzył najważniejszą misję – Antoni Macierewicz, pogromca WSI, stanął na czele parlamentarnego zespołu badającego sprawę katastrofy smoleńskiej. Wszyscy wierzyli, że Antoni Macierewicz, człowiek o nadludzkiej energii i takiej samej dociekliwości, wszystko ustali. Że była sztuczna mgła, że był spisek Putina i Tuska, że samolot był po remoncie w Rosji, że dobijano rannych, że Tusk się śmiał po katastrofie…
Ale jeszcze nie ustalił. Rosja wszystko zablokowała. Antoni Macierewicz i Anna Fotyga ruszyli więc w świat, do USA i Brukseli. Lecz tam też nie chciano słuchać prawdy. Spisek okazał się silniejszy. Mackami objął wszystkich. Na razie.

2. Janusz Palikot – singiel
W zasadzie nie wiadomo, kto jest bardziej rozczarowany – czy publika Palikotem, czy Palikot samym sobą. Gdy był w drużynie Tuska, grał rolę psa łańcuchowego – obszczekiwał wszystkich wrogów PO. Sprzyjające Platformie media to nagłaśniały, Palikot mógł codziennie oglądać się w telewizji i pięknieć we własnych oczach. Poszedł zatem na swoje. I co? Cisza. Owszem, jeśli uszczypnie Kaczyńskiego, gdzieś to zostanie zacytowane. A poza tym – nic.
Palikot próbuje więc się ratować, a to przyłomocze w Kościół, a to w coś innego, ale to wszystko za mało, by dać mu jakieś większe punkty.
Tak oto na przykładzie Palikota możemy poznać kilka prawd dzisiejszej polskiej polityki. Że drużyna wszystkim, a jednostka niczym. Że wprawdzie media to dziś słabizna, ale taki singiel to słabizna jeszcze większa. I że tańczyć tu można, ale tylko tak, jak zagrają.

3. Ludwik Dorn – wezyr czy eunuch?
Ooo… To jest skandalista dekady. Gdy pokłócił się z Jarosławem Kaczyńskim, a ten wywalał go z partii, to ogłosił, że wokół prezesa nie ma już nikogo mądrego, jest tylko stado eunuchów. Ci, którzy zostali, mówili o nim, że jest jak wyleniały wezyr. Ach, jak media tę pyskówkę komentowały! Całymi godzinami. Taka popularność najwyraźniej Dorna rozzuchwaliła, bo ogłosił, że startuje w wyborach prezydenckich. No i co? Pies z kulawą nogą nie zwrócił na to uwagi. Teraz poszła plotka, że uderzył w pokorę i chce wrócić na łono PiS. Ciekawe, czy w charakterze wezyra, czy eunucha? A zresztą, być może to już nieaktualne. Bo Dorn sprawił kolejną sensację. Chodził po Sejmie, oczka mu się świeciły. I nagle dziennikarze zaczęli wołać: „Pan coś powie, panie Dorn! Czuć od pana alkohol! Pan coś chuchnie!”. Cała Polska to widziała. Dorn, machając rękami, przebijał się przez tłum zastępujących mu drogę dziennikarzy, ze wzrokiem mętnym, ale zaciskając usta. Chuchu nie dał. Takie teraz odnosi zwycięstwa.

4. Andrzej Seremet – oberprokurator
Sędzia z Krakowa. Miał zrobić porządek z prokuraturą, przemienić tę korporację w maszynę patrzącą nie na polityków, ale na przepisy prawa, skuteczną i efektywną. Na razie marnie mu to idzie. Wyraźnie usiadł. Zresztą zaczął mało ciekawie, bo wbrew opinii samorządu prokuratorów powołał na najważniejsze stanowiska ludzi Ziobry. No to ma. Teraz w prywatnych rozmowach pojękuje, że nie tak to sobie wyobrażał, że niewiele może. To po co się do tej roboty pchał?
W moim przekonaniu o tym, że w prokuraturze niewiele się zmieniło, świadczą losy dwóch śledztw dotyczących czasów Ziobry. Jedno jest w Łodzi i dotyczy sprawy Blidy, drugie w Zielonej Górze – dotyczy inwigilowania dziennikarzy. Toczą się latami, prokuratorzy wyczyniają tam cuda, żeby nie zobaczyć oczywistych nadużyć, nic ich nie dziwi, ręka rękę tam myje. Śmierdzi wszystko na kilometr. Tylko Seremet udaje, że to perfumy.

5. Kościół – bez głowy
Prof. Karol Modzelewski mówi o polskim Kościele, że nie ma głowy. No faktycznie, głowy Kościół nie ma, za to ma kilka główek. Te główki prowadzą go od porażki do porażki. Podczas wyborów prezydenckich księża agitowali za Kaczyńskim, a był nawet taki, który mówił, że kto zagłosuje za Komorowskim, popełni grzech śmiertelny. Trafi do piekła. I co? Hierarchia tego księdza nie tknęła, a przecież należało mu się – i za agitowanie, i za głupotę. Kościół bronił też krzyża, który harcerz z PiS ustawił na Krakowskim Przedmieściu. Mój Boże, gdy Wojtyła bronił krzyża w Nowej Hucie, to miał ze sobą pół Polski. Teraz pół Polski śmiało się z Warszawy. Poza tym biskupi wypowiadali się, w swym mniemaniu kompetentnie, o aborcji, o in vitro, o związkach homoseksualnych. Nie wypowiadali się jeszcze o stopach procentowych, ale – myślę – na to też przyjdzie pora.

Nadzieje

1. Joanna Kluzik-Rostkowska – twardzielka
Przestała być Joasią, kiedy stanęła na czele sztabu wyborczego Jarosława Kaczyńskiego. I o mały włos, a załatwiłaby mu prezydenturę. W noc powyborczą Kaczyński całował ją po rękach i mówił, że to wszystko to ona. Potem okazało się, że był na prochach, więc nie wiedział, co czyni.
I wyrzucił ją z partii.
Teraz ona opowiada, że nie wiedziała, co robiła, gdy świeciła za Kaczyńskiego oczami.
Historię Kluzik-Rostkowskiej można interpretować w dwojaki sposób. W kategorii czystej polityki – tu jest wszystko proste, bo obowiązuje zasada: kto kogo. Ale też można w kategoriach feministycznych. Oto mamy kobietę, która związała się z niewłaściwym mężczyzną. Harowała dla niego i kłamała. A i tak ją porzucił. Ale ona nie popadła w rozpacz, nie ruszyła w skargi do koleżanek, tylko wzięła się w garść i poszła na swoje. Drżyjcie, wiarołomni mężczyźni!

2. Ryszard Kalisz – nieśledczy
Poprzednie komisje śledcze miały swoją melodię. Napędzały media. Przeciekami, hipotezami. U Kalisza w komisji badającej okoliczności śmierci Barbary Blidy jest odwrotnie. Tak mozolnie sprawę badają, że to media – ogłaszając jakieś wyciągnięte przez dziennikarzy informacje – zmuszają tę komisję do jakichkolwiek działań. Żeby coś sprawdziła, czymś się zajęła. Bo Kalisz nie powie nawet pół słowa za dużo, jakby nie pamiętał, ile gadali w poprzednich komisjach Rokita, Giertych, o Macierewiczu nie wspominając. Chociaż, patrząc na to, jak skończyli, może ma rację…
Ale pora wytłumaczyć, dlaczego umieściłem go w rubryce „Nadzieje”. Otóż dlatego, że mam wielką nadzieję (podobnie jak rok temu, niestety), że komisja pod jego przewodnictwem skończy wreszcie w tym roku pracę i napisze porządny raport. Taki, który wyjaśni wszystkie wątki tej sprawy, posunie ją do przodu. Bo najwyższy na to czas.

3. Agent Tomek – agent
Bohater naszych czasów. Jako agent CBA miał taką pracę, że musiał jeździć luksusowymi samochodami, mieszkać w luksusowych apartamentach i przepuszczać pieniądze w luksusowych lokalach. Na mniej lub bardziej luksusowe kobiety. Bardzo to było niebezpieczne i męczące. Teraz przeszedł na emeryturę, za 4 tys. zł miesięcznie. Żeby jakoś w tej biedzie związać koniec z końcem, zaczął się udzielać w mediach, mają kręcić też film na jego temat. Spodziewam się również jego występów – w „Tańcu z gwiazdami” i innych TVN-owskich produkcjach. Pewnie także wystartuje do parlamentu. Tak oto zastąpił w roli celebryty Kazimierza Marcinkiewicza. I co na to Isabel?

4. Krzysztof Matyjaszczyk – młody prezydent
Został prezydentem Częstochowy, miasta nie największego, więc mógłby ktoś zapytać, dlaczego wymieniam akurat jego, a nie Dutkiewicza, Majchrowskiego, Ferenca, Szczurka czy kilkunastu innych.
Chyląc czoła przed zwycięzcami wyborów samorządowych, pozwolę sobie jednak wspomnieć o Matyjaszczyku. Zanim został prezydentem, potrafił poprzednika odwołać. To on zorganizował referendum, podczas którego mieszkańcy Częstochowy pogonili przykościelnego prezydenta Wronę. Potem długo się zastanawiano, kto może go zastąpić. O Matyjaszczyku mało kto myślał, bo taki młody, ale w końcu padło na niego. I proszę – jaki sukces!
W polskiej polityce biorą udział pokolenia. W III RP mieliśmy pokolenie solidarnościowców, ZSP-owców, teraz głos ma pokolenie NZS. A potem? Pierwsza jaskółka wiosny nie czyni. Ale jeżeli zastanawiamy się nad nową generacją, nad następcami dzisiejszych rządzących, to Matyjaszczyk, człowiek poukładany i skuteczny, może to nadchodzące pokolenie zapowiadać.

5. Marcin Dubieniecki – mąż
Mąż Marty Kaczyńskiej. Co samo w sobie oznacza, że ma wszelkie kwalifikacje do wszystkiego. Tomasz Nałęcz okrzyknął go już PiS-owskim delfinem. Na tej zasadzie, że jeżeli w Korei Północnej władza przechodzi z ojca na syna, to i w PiS musi zostać w rodzinie. Coś w tym jest, bo Dubieniecki w PiS się szarogęsi, wymądrza, wystawia cenzurki. Ach, jak śmiesznie to wygląda, kiedy syn esbeka i niedawny SLD-owiec poucza to całe bogoojczyźniane towarzystwo, a oni nawet nie pisną, pokornie tego wysłuchują. Amen.

Wydanie: 1/2011

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy