Syndrom Gołoty

KUCHNIA POLSKA

Jedyną osobą w Polsce, która absolutnie nie ulega syndromowi Gołoty, jest Marian Krzaklewski: tamtego sekundanci błagali, aby walczył, a on rwie się do bitki.

 

Dziwny przebieg pojedynku bokserskiego Tyson-Gołota część moich znajomych skłonna jest przypisać gwałtownemu skokowi współczynnika inteligencji u polskiego pięściarza. Otóż, ich zda­niem, Gołota nagle pojął, że to, co się dzieje, prowadzi bądź to do okaleczenia go lub pozbawienia życia, bądź też do tego, że będzie musiał pobić człowieka, do którego nie żywi żadnej oso­bistej urazy.

Ciekawe, że pogląd ten usłyszałem od ludzi młodych, a więc lepiej niż starsze pokolenia przy­stosowanych do współczesności. W myśl bowiem tradycyjnej polskiej pedagogiki narodowej Go­łota powinien walczyć do ostatniej kropli krwi i nawet dać się zabić Tysonowi, który obiecał, że odeśle go w plastikowym worku do ojczyzny. Rozwiązanie takie spora część rodaków przyjęłaby zapewne z należytym uznaniem, pogrzeb zawodnika byłby wielką demonstracją patriotyczną, a na jego mogile w dniu Święta Zmarłych przez długie lata płonęłyby setki anonimowych zniczów, jak dzieje się to na grobach wielu innych, dawniejszych i nowszych narodowych straceńców.

Gołota jednak, jak wiemy, w nagłym błysku świadomości odrzucił tę wersję, co nie znaczy, że przyjął w pełni nową, całkowicie pragmatyczną postawę. Jej przykład obejrzałem na triumfalnym ju­bileuszu aktorki pani Niny Andrycz, na który prezydent państwa przysłał wielki kosz kwiatów i od­czytano w jego imieniu napisany zapewne przez kogoś z jego otoczenia najbardziej zadziwiający list, jaki kiedykolwiek jakakolwiek głowa państwa napisała do aktorki (pomijając, oczywiście, kore­spondencję prywatną pomiędzy władcami a aktorkami). Ale zaraz potem na scenę wszedł przed­stawiciel wielkiej firmy przemysłowej, poprzedzony koszem kwiatów trzy razy większym, powiedział kilka słów i obiecał, że sfinansuje następny spektakl artystki. I od razu stało się jasne, kto tu jest najważniejszy zgodnie z duchem nowych czasów.

Otóż gdyby Gołota przyjął ten z kolei etos, nie powinien był wstawać z desek po pierwszym knock-downie, który przeżył w pierwszej rundzie walki, albo też wychodząc do trzeciej rundy, powi­nien był się natychmiast przewrócić pod byle pretekstem i dać się wyli­czyć. Stałby się w ten sposób – niepierwszym przecież i nie ostatnim – bokserem znokautowanym przez Tysona, zachowując jednak swoje miejsce wśród zawodowych pięściarzy wagi ciężkiej i inkasując czek za odbytą walkę, którego wypłata obecnie, po odmowie walki, jest mocno wątpliwa.

Ale, jak widać, jego świadomość zatrzymała się pomiędzy pierwszym a drugim rozwiązaniem, czego efektem stała się nerwowa rejterada, którą jeden z komentatorów określił jako postawę nie­dojrzałą. Obecnie bowiem Gołota, który uciekł z ringu, nie może liczyć na żaden kontrakt bokser­ski, niczym malarz pokojowy, których chwalił się, że odmaluje mieszkanie, wziął zaliczkę, ale potem oświadczył, że nie chce się zachlapać farbą. Jeśli pozostały mu jeszcze jakieś oszczędności, powi­nien co prędzej kupić niewielką farmę w pięknym stanie Montana, zająć się uprawą lub hodowlą i spędzić długie lata życia w błogim spokoju, z ewentualnym mordobiciem jedynie w wymiarze są­siedzkim.

Życzyłbym mu tego z całego serca, a nawet z lekkim odcieniem zazdrości.

Gołota bowiem, cokolwiek by sądzić o jego ostatniej walce, pozostanie dla mnie symbolem pew­nego ogólniejszego syndromu narodowego okresu transformacji, który nazywam tu “syndromem Gołoty”. Jest to syndrom rozdarcia pomiędzy dawnym etosem “do krwi ostatniej”, a współczesnym etosem kupieckim, z których żadnego nie potrafimy realizować do końca.

Przykładem tego, pierwszym z brzegu, może być choćby znowu głośna sprawa rosyjskiego ga­zociągu, dostarczającego gaz do Europy Zachodniej. Wiadomo, że umowa w tej sprawie została już zaklepana pomiędzy rosyjskimi eksporterami a europejskimi importerami i cały problem w tym, którędy ten – korzystny finansowo dla krajów tranzytowych – gazociąg będzie przebiegał: tylko przez Polskę, czy też przez Polskę i Ukrainę? Jest jasne, że Rosjanie nie chcą po drodze Ukraiń­ców, którym nie chcą za to płacić i którzy podobno podkradają im gaz z przebiegających przez ich kraj gazociągów. Ale myśmy obiecali strzec interesów ukraińskich, uważając ich za głównych na­szych sojuszników. I oto, jak widać, stoimy przed dylematem Gołoty: albo być wiernymi do krwi ostatniej Ukraińcom, albo zarobić sporą gotówkę, puszczając gazociąg przez Polskę z pominięciem Ukrainy. Efekt zaś za­pewne będzie też jak u Gołoty, a więc Rosjanie razem z Za­chodem puszczą gazociąg po dnie morza, omijając i nas, i Ukrainę.

Albo inny przykład. Jak doniosła prasa, pani Gronkiewicz-Waltz otrzymała korzystną posadę w Europejskim Banku Od­budowy i Rozwoju, i postanowiła w związku z tym opuścić Narodowy Bank Polski. Pani prezes należy niewątpliwie do tej grupy patriotów polskich, którzy postanowili wprowadzić u nas nowoczesną gospodarkę rynkową i nawet chciała się temu poświęcić do tego stopnia, aby zostać prezydentem. Ale nie do krwi ostatniej. Nie do krwi ostatniej poświęcił się dla wolnej już Polski prof. Skubiszewski, pierwszy nasz minister spraw zagranicznych, albo pani Suchocka – była premier, al­bo Jan Krzysztof Bielecki, także premier, i wszyscy oni wylą­dowali na dobrych posadach za granicą.

Po pierwszej wojnie światowej, kiedy “wybuchła Polska” – jak się wówczas mówiło – do kraju wrócił świetnie urządzony na świecie pianista – Ignacy Paderewski, znakomity szwaj­carski uczony – Gabriel Narutowicz czy ceniony wynalazca – Ignacy Mościcki. Po drugiej wojnie wrócił z Zachodu ekono­mista – Oskar Lange, Czesław Bobrowski czy światowej kla­sy uczony – Michał Kalecki. Hołdowali oni, jak widać, niemod­nemu już etosowi “do krwi ostatniej”. Obecnie jednak trend się odwrócił i odrodzona wolna Ojczyzna służy raczej do te­go, aby z niej odjechać, nie zaś, aby do niej wracać, i do od­jazdu, jak słychać, szykuje się już grono innych, prominent­nych dzisiaj osób.

A co w takim razie z chwalebnymi reformami, które miały być dla tych osób sprawą najważniejszą i godną najwyższych wyrzeczeń?

Myślę, że coś podobnego jak z obietnicami Gołoty, że pobije Tysona.

Jedyną osobą w Polsce, która absolutnie nie ulega syndro­mowi Gołoty, jest Marian Krzaklewski: tamtego sekundanci błagali, aby walczył, ale im uciekł, tego sekundanci błagają, aby zszedł z ringu, a on rwie się do bitki.

KTT

Wydanie: 2000 44/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy