Szczęśliwe Krakowa przypadki

Szczęśliwe Krakowa przypadki

Ocaleniu od wojennych zniszczeń, systematycznej odnowie zabytków i grupie mądrych polityków miasto zawdzięcza dzisiejszą świetność

Niektórym przychodzi to z trudnością, ale przecież muszą przyznać, że Kraków stał się jedyną obok Warszawy międzynarodową metropolią w Polsce. A tym, co się nazywa marką, przewyższa nawet stolicę. Spełnia wszystkie kryteria metropolii w tworzeniu wartości i ich promieniowaniu, sile duchowego przyciągania, dostępności komunikacyjnej, sprawności infrastruktury i usług, a nawet podstawowej harmonii rozwoju. Tylko w czystości powietrza wlecze się w ogonie Europy, ale i tu zapowiada w miarę szybką poprawę.

Ten stan rzeczy, zresztą wcale nie zagwarantowany na zawsze, jest wynikiem różnych czynników i osobliwego powojennego rozwoju, a przy tym okoliczności, które można uznać za szczęśliwe. Tylko fatalny zawijas koryta przepływającej przez Kraków Wisły utrudnia jego naturalne przewietrzanie i zawsze będzie osłabiać walkę z destrukcyjnymi czynnikami cywilizacyjnymi.

Chcę jednak tutaj opowiedzieć o kilku przypadkach szczęśliwych, wciąż niedocenianych przez opinię publiczną, celowo niezauważanych przez media i bezmyślnie albo bezczelnie fałszowanych przez osławioną politykę historyczną. O tych tylko przypadkach, których jako stary krakus, przez 70 lat czynny w życiu publicznym tego miasta (to chyba nawet rekord zupełnie przez autora niezamierzony) i wciąż jeszcze żywy, byłem świadkiem i uczestnikiem.

Szczęściem największym było chyba to, że nie podjęto wobec Krakowa ani w Krakowie decyzji powstańczej w roku 1944, chociaż w tych samych kręgach, które zdecydowały o samobójczym zrywie Warszawy, o tym myślano. Co nie znaczy, że Kraków przeszedł przez wojnę i okupację szczęśliwie – Niemcy wymordowali prawie 30% jego mieszkańców. Ale substancja materialna miasta (poza wysadzonymi przez uciekającego okupanta mostami i wiaduktami) pozostała w zasadzie nienaruszona, a nawet została wzbogacona na potrzeby stolicy Generalnego Gubernatorstwa.

I to ocalenie od zniszczenia przez wojnę jest najważniejszym w konsekwencjach przypadkiem, decydującym o dzisiejszej świetności miasta. Na temat tego ocalenia jako rezultatu znakomitego manewru wojsk marsz. Iwana Koniewa krążyły w Polsce Ludowej i krążą dzisiaj różne mity. O tym, co było najbliższe prawdy, dowiedziałem się od samego marszałka w czasie jego dwu- albo trzydniowej wizyty w Krakowie, w czasie której jako I sekretarz miejskiego komitetu partii i przewodniczący Frontu Jedności Narodu (tak to się nazywało) towarzyszyłem mu niemal bez przerwy. Byłem bowiem akurat tym prominentem, który jako tako mówił po rosyjsku, chociaż nigdy nie byłem w Związku Radzieckim dłużej niż dwa tygodnie, i to na młodzieżowych wczasach w Soczi.

Rozmowa o wyzwalaniu Krakowa zaczęła się od mojego błędu. Przypuszczałem, że Koniew przebywa w Krakowie już trzeci raz – pierwszy w 1945 r., drugi w 1955 r., kiedy został honorowym obywatelem miasta, i wreszcie teraz, w 20-lecie wyzwolenia. A Koniew spokojnie sprostował: „W 1945 r. nie byłem w Krakowie, operacją dowodziłem z okolic Częstochowy, potem poszedłem dalej”. Potwierdził natomiast, że celem strategicznym jego manewru było jak najszybsze, zaskakujące zajęcie Śląska z możliwie najmniejszymi zniszczeniami górnictwa, na którego dostawy liczyła Kwatera Główna wobec zupełnego zrujnowania przemysłu ciężkiego w europejskiej części Związku Radzieckiego. „Ale – opowiadał dalej Koniew – kiedy przedstawiałem plan manewru Stalinowi, ten pokazał na mapie Kraków i powiedział: To stare miasto. Ja tam bywał u Lenina”. Koniew mówił to w sposób zupełnie naturalny, bez żadnych propagandowych zadęć i ozdobników. Choć cały czas, we wszystkich opowiadaniach, przejawiał niemal nabożny stosunek do Stalina, lekceważący do Chruszczowa (świeżo wtedy odwołanego) i nienawiść do Berii, na którego w grudniu 1953 r. wydał wyrok jako przewodniczący sądu wojskowego. (Na moje bezczelne pytanie, czy Beria został uśmiercony po procesie, popatrzył na mnie uważnie i odpowiedział spokojnie: „Młody człowieku, daję słowo, sądziliśmy go żywego i skazali. To był zły i zdemoralizowany człowiek”).

Mogę więc przypuszczać z zupełną niemal pewnością, że Koniew nie dostał od Stalina szczególnego rozkazu ocalenia Krakowa, ale palec wodza wskazujący to miasto na mapie nie oznaczał: „zniszcz je” ani nawet: „potraktuj je obojętnie na drodze do głównego celu operacji”.

Walki wokół Krakowa i bezpośrednio przy zdobywaniu miasta (co trwało dwa dni, trzeba było bowiem przeprawić wojska przez głęboko zamarzniętą, ale bronioną ogniem maszynowym Wisłę) kosztowały życie ok. 1,9 tys. żołnierzy Armii Czerwonej. Straty w ludności cywilnej Krakowa okazały się przy tym bardzo niewielkie, więcej, bo 79, było rozstrzelanych przez Niemców w ostatniej egzekucji, 15 stycznia 1945 r., mieszkańców dzielnicy Dąbie.

Spotkałem się z Koniewem ten jeden raz. Później dane mi było wielokrotnie, długo i po przyjacielsku rozmawiać z jego ukochaną córką Mają, inżynierem mechanikiem i żoną młodego, bardzo tajnego generała od wojsk rakietowych. Maja wykonywała w Moskwie z zapałem i kompetencją zawód wydawcy przekładów polskiej literatury pięknej, w której była zakochana. Ja zaś zrządzeniem różnych wypadków wyrosłem na jej starszego kolegę – wydawcę w Polsce. Pozostawała w najbliższych, wręcz przyjacielskich stosunkach z Kornelem Filipowiczem i Wisławą Szymborską.

To jedyne spotkanie z Iwanem Koniewem zawdzięczam właściwie Lucjanowi Motyce, który pod koniec roku 1964 kończył chwalebnie, po prawie ośmiu latach, swoją krakowską misję I sekretarza komitetu wojewódzkiego partii. Został bowiem kopniakiem w górę mianowany ministrem kultury i sztuki. Ale na wizytę Koniewa do Krakowa przyjechał, ponieważ formalnie partyjne odwołanie nie było jeszcze dokonane. Zdążył więc zdecydować, że to ja będę gospodarzem uroczystości 20-lecia wyzwolenia, choć w KC została już także podjęta decyzja o likwidacji miejskiego komitetu partii (pod skrywanymi zarzutami mojego rewizjonizmu i „odchylenia prointeligenckiego”). W związku z tym przybyły do Krakowa twardogłowy Czesław Domagała, wyznaczony na nowego partyjnego lidera, choć uczestniczył we wspomnianych uroczystościach, to jednak im nie przewodniczył.

Po wielu latach, po upadku Polski Ludowej, w odruchu wielce patriotycznej małoduszności usunięto z Krakowa pomnik marsz. Koniewa (skądinąd wybitny rzeźbiarsko, prosty i godny, dłuta Antoniego Hajdeckiego). Ale przecież znalazło się szczęśliwsze niż w innych miastach rozwiązanie sprawy symbolicznego cmentarza poległych przy wyzwalaniu Krakowa żołnierzy Armii Czerwonej. Nie zbezczeszczono ich pomnika ani mogił, lecz z miejsca fatalnie pierwotnie wybranego (przy samym Barbakanie) przeniesiono w porozumieniu z władzami Rosji i rodzinami poległych do specjalnego kwartału na cmentarzu Rakowickim (zresztą niedaleko kwatery lotników alianckich strąconych nad Krakowem). Za tą rozważną decyzją stał początkujący wówczas wojewoda krakowski, a wkrótce prezydent Krakowa, prof. Jacek Majchrowski. To był wstęp do jego rządów, trwających już prawie 20 lat, rekordowych w historii tego miasta. I co roku 18 stycznia prezydent Majchrowski z niezbyt okazałą grupą obywateli – tych, co jeszcze pamiętają, że zostali tego dnia w roku 1945 wyzwoleni od codziennej śmierci, i tych, którym wiedza o historii to podpowiada – oddają na cmentarzu cześć zmarłym w walce o wolny Kraków. Bo w 50. rocznicę, w 1995 r., pamiętała i rozmawiała o tym już tylko Kuźnica.

Agresja i kłamstwo atakowały nie tylko sferę symboli i pamięci. Demokratycznie wybrana, ale terroryzowana przez oszołomów rada miejska nie przyjęła w końcu nowoczesnego i niezbędnego dla życia miasta planu zagospodarowania przestrzennego, przygotowanego pod koniec lat 80. przez światły zespół Zygmunta Ziobrowskiego. Nie była jednak – do dziś zresztą – w stanie opracować i przyjąć innego. Długoletni stan chaosu wykorzystali różni szemrani przedsiębiorcy, zwłaszcza z branży deweloperskiej, za nic mający ochronę środowiska. Urząd prezydencki może w końcu małymi krokami doprowadzi do pokrycia całego miasta planem „składanym”. Ale przynajmniej w ostatnich latach śmiały i kompetentny dyrektor od miejskiej zieleni konsekwentnie realizuje długofalowy plan odnowienia parków i skwerów.

W ocaleniu Krakowa początek ma także inny szczęśliwy przypadek. Ważnym czynnikiem uroku i atrakcyjności Krakowa jako metropolii jest znakomity stan wielkiej liczby jego zabytków. Bierze się on stąd, że od roku 1985 Polska przeznacza na ich odnowę corocznie ok. 30 mln zł na podstawie wciąż ważnej ustawy przyjętej przez Sejm PRL. Pozwala to odnawiać rocznie ok. 100 spośród kilku tysięcy ważnych zabytków.

Dysponuje tym funduszem i wzbogaca go, wręcz podwaja, Społeczny Komitet Odnowy Zabytków Krakowa powołany przez Ogólnopolski Komitet Frontu Jedności Narodu równe 40 lat temu, w grudniu 1978 r. Mówi się i pisze o tym dziś bardzo mało, nawet w samym Krakowie. Narosło też wokół powołania społecznego komitetu i jego działalności wiele mitów i nieprawd. W tej sprawie mogę dać świadectwo, tym wiarygodniejsze, że byłem przy powstawaniu komitetu odnowy, a nawet przez wiele lat współkierowałem jego inicjatywami i działaniami w tej mierze.

Warto zacząć od przypomnienia, że już w pierwszej połowie XIX w., kiedy w całej Europie nastała narodowa troska o zabytki historii i kultury, również w ubożuchnym Krakowie zaczęto intensywnie myśleć i mniej intensywnie działać. A zabytki, z Wawelem włącznie, były w stanie ruiny. Szczęśliwie jednak wskutek tej właśnie krakowskiej biedy nie wyburzono ich do spodu, aby dać miejsce pod kapitalistyczną świetność i rozwój, które do Krakowa długo nie przychodziły. Zachowały się więc w stanie pozwalającym najczęściej myśleć o ich uratowaniu od zupełnego unicestwienia. W 20-leciu międzywojennym opieką niepodległego państwa otoczono przede wszystkim Wawel, ale miasto w ogóle zaczęło dość szybko się podnosić z galicyjskiej biedy.

W Polsce Ludowej zaś, wbrew temu, co lubi się dziś opowiadać, ogromnie wzrosła odwaga, inicjatywa i kompetencja tej krakowskiej inteligencji, która z wojny i okupacji ocalała, i tej, którą owa przedwojenna wykształciła i uformowała. Bo chociaż mieszczański Kraków nie został pupilem władzy robotniczo-chłopskiej, zbudowano w nim najpotężniejszy w Europie kombinat metalurgiczny, dający miastu szczególną w Polsce pozycję. Drugorzędnym argumentem przy podejmowaniu tej decyzji była chęć proletaryzacji społeczności Krakowa. Nie mówiąc już o nieprawdziwej, ale uparcie powtarzanej tezie, że tak ogromny wysiłek całego kraju był skierowany na ukaranie krakowskiego mieszczaństwa. (Pomysły o wyrzucaniu pieniędzy na karanie, a nawet uszczęśliwianie lokalnej społeczności godne są dzisiaj „dobrej zmiany”). Wśród argumentów przemawiających za budową Nowej Huty były: położenie Krakowa nad Wisłą, która łączyła kombinat ze Śląskiem i zapewniała wodę potrzebną do produkcji, dostatek siły roboczej, a przede wszystkim zaplecze kadrowe, którym tylko Kraków z szybko rozwijającą się Akademią Górniczo-Hutniczą podówczas dysponował. W dodatku, żeby dzisiejszym mitomanom było jeszcze głupiej, wyposażenie huty zamierzano początkowo kupować w Stanach Zjednoczonych, a nie w Związku Radzieckim, skąd (oczywiście obok Śląska) miały płynąć podstawowe surowce.

Kombinat hutniczy, którego budowę „ukarani” przyjęli raczej z entuzjazmem (bo inicjatywa ta przezwyciężała przedwojenną słabość gospodarczą Polski, katastrofalną dla jej wojennych losów), później z mocy arbitralnych decyzji rozbudowywał się w molocha produkującego nie wyjściowe 1,5 mln ton stali rocznie, lecz pięć razy więcej, w dodatku w technologii niszczącej środowisko naturalne. Grozę klęski ekologicznej pogłębiała działalność produkcyjna oddalonej o 10 km od krakowskiego Rynku huty aluminium w Skawinie. Ten wielki zakład zbudowano niemal po kryjomu ze względu na wyjątkowe znaczenie militarne produkcji i eksportu tego strategicznego metalu. Przy okazji Skawina truła okolicę straszliwym dla ludzi fluorem.

Wszystko to doprowadziło w drugiej połowie lat 70. do katastrofalnego wręcz zagrożenia zdrowia mieszkańców Krakowa i stanu jego zabytków. I wtedy znów zbiegły się szczęśliwe dla tego miasta przypadki.

Wybuch wolności związany z kryzysem władzy w sierpniu 1980 r. rozbudził opinię społeczną, która zobowiązała władze partyjne Krakowa (szczególny był nacisk ekologów i Komitetu Odnowy Zabytków) do zdecydowania o czymś w ówczesnym systemie niewyobrażalnym. Zlikwidowano tak ważną dla zbrojeń całego obozu, a najbardziej szkodliwą dla zdrowia krakowian, surowcową produkcję huty aluminium w Skawinie, a Hutę Lenina zmuszono do przynajmniej częściowej zmiany priorytetów i uznania ochrony środowiska i człowieka za zadanie pierwszorzędne.

Niemal równocześnie, a nawet trochę wcześniej, słabnąca władza państwowa okazała się gotowa do uznania, że nie tylko odbudowa zniszczonej stolicy, Warszawy, ale i odnowa zabytkowych wartości starej stolicy, Krakowa, jest narodowym obowiązkiem.

Kraków zaś był już do tego zadania przygotowany. Nie tylko bowiem, pobudzany przez swoje autorytety, takie jak Bolesław Drobner, Karol Estreicher czy Jerzy Szablowski, od razu po wojnie podejmował wysiłki – niewystarczające, ale przecież na miarę możliwości materialnych – ratowania zabytków, np. Wawelu, ołtarza mariackiego, Rynku i siedzib uniwersytetu, ale przede wszystkim kształcił kadry historyków sztuki i konserwatorów zabytków. W 1950 r. utworzono przy akademii sztuk pięknych spory wydział konserwacji zabytków. Zaraz po wojnie stworzono też wojewódzki, a następnie miejski wydział ochrony zabytków i wielką instytucję kierownictwa odbudowy Zamku Królewskiego na Wawelu. Zorganizowano również ogromny, zatrudniający w szczytowym okresie ok. 800 osób, krakowski oddział Pracowni Konserwacji Zabytków zajmujący się nie tylko ich renowacją, lecz także badaniem oraz inwentaryzacją na wielką skalę, przygotowującymi przyszłe możliwości odnowicielskie.

Wtedy właśnie, w roku 1978, skierowano do Krakowa – pozbywając się go z Warszawy, gdzie okazał się jako członek władz centralnych za duży i niewygodny – człowieka, który Krakowa zupełnie nie znał, bo pochodził ze wsi w Kongresówce. Ale wyrósł w Polsce Ludowej na prawdziwego, dobrze wykształconego inteligenta (był przez pewien czas współszefem świetnego wydawnictwa Iskry), a spędzona w akowskim podziemiu wczesna młodość uwrażliwiła go na historię. Nazywał się Kazimierz Barcikowski, a wyznaczony został na I sekretarza krakowskiego komitetu partii.

Barcikowski został namówiony do podjęcia inicjatywy powołania ogólnopolskiego organizmu działającego na rzecz odnowy zabytków Krakowa – sprawy, której nie był w stanie zrealizować ani hamowany przez gospodarsko oszczędnego Gomułkę Lucjan Motyka, ani światły i odważny, ale niecierpiany przez Gierka i Ślązaków Józef Klasa. Motyka i Klasa potrafili za to po zwrotach politycznych Października ‘56 i Grudnia ‘70 prowadzić w Krakowie odważną lokalną politykę liberalnego otwarcia oraz mecenatu nad środowiskami i instytucjami kultury i nauki. Ta polityka pozwoliła rozwijać się takim talentom jak Lem, Mrożek i Szymborska, Wajda, Swinarski i Jarocki, Kantor, Penderecki czy Demarczyk z Piwnicą pod Baranami oraz wielu, wielu innym.

Kiedy podpowiadałem Barcikowskiemu, żeby w odnowę zabytków Krakowa (czyli Polski) zaangażował miłość własną Gierka, ochoczo odbudowującego Zamek Królewski w Warszawie, stwierdził przewidująco: „Gierek na to się nie zgodzi, ma wobec Krakowa i historii swoje kompleksy, ale pewnie wyznaczy Henia”, czyli prof. Henryka Jabłońskiego, przewodniczącego Rady Państwa, wybitnego historyka. Stało się dokładnie tak, jak sobie Barcikowski wykoncypował. Henryk Jabłoński, zarazem przewodniczący Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności Narodu (instytucji fasadowej, ale – jak widać – czasami użytecznej), powołał równie ogólnopolskie ciało pod nazwą Społeczny Komitet Odnowy Zabytków Krakowa i wydał manifest głoszący, że Kraków to polski obowiązek. Formy i treści tego wezwania również dziś byśmy się nie powstydzili.

I zaczęło się. Najpierw powstała instytucja hybrydowa złożona po połowie z państwowych prominentów i z intelektualistów oraz znawców problemów krakowskich zabytków. Ale choć przypadki znowu wydawały się Krakowowi sprzyjać, był to już czas załamania polskiej gospodarki, środki na odnowę zabytków nie zostały urzędowo zagwarantowane, krajowe materiały konserwatorskie nie były najlepszej jakości, a dewiz tragicznie brakowało. Choć krakowscy artyści, Ochman, Rzepiński i inni, zdobywali ich trochę wśród Polonii.

Zaistniały jednak wielkiej wagi argumenty międzynarodowe. W czerwcu 1978 r. centrum Krakowa i dzielnica Kazimierz, a także Kopalnia Soli w Wieliczce, zostały wpisane na pierwszą w dziejach Listę światowego dziedzictwa UNESCO. Był to rezultat kilkuletnich zabiegów i wpływów polskiej dyplomacji inspirowanej w tej sprawie przez Józefa Cyrankiewicza. A w październiku 1978 r. krakowski metropolita Karol Wojtyła został powołany na Stolicę Apostolską, co wzbudziło światowe zainteresowanie Krakowem, zwiększyło jego markę i atrakcyjność. Znaleźli się potem w Krakowie dziennikarze, którzy do dziś twierdzą, że wpis na listę UNESCO i powołanie SKOZK to rezultat wyniesienia Polaka na Tron Piotrowy, choć daty nijak się nie zgadzają. Kiedy bowiem ogłoszono pierwszą listę UNESCO, nawet kard. König nie myślał o przyszłym papieżu Wojtyle, a powołanie SKOZK zostało zdecydowane we wrześniu 1978 r., o czym zaświadcza choćby opublikowany przez Wydawnictwo Literackie książkowy zapis niezwykłej narady w krakowskim komitecie partii.

Najważniejsze okazało się jednak nieco późniejsze systemowe załatwienie sprawy finansowania odnowy zabytków Krakowa specjalną ustawą sejmową z kwietnia 1985 r. o Narodowym Funduszu Rewaloryzacji Zabytków Krakowa. Postanawia ona, że Sejm corocznie wprowadza do budżetu odpowiednią sumę, a o jej rozdysponowaniu decyduje społeczny komitet odnowy działający pod patronatem każdorazowej głowy państwa.

Inicjatywę i treść tej historycznej ustawy Kraków zawdzięcza trzem światłym ludziom, (skądinąd wypróbowanym w patriotyzmie żołnierzom ruchu oporu) – dr. Kazimierzowi Barcikowskiemu, prof. Henrykowi Jabłońskiemu i prof. Kazimierzowi Secomskiemu, którzy sprawę doprowadzili do końca. Żeby było ciekawiej, żaden z nich nie urodził się w Krakowie ani nie był z nim związany przed wojną lub po wojnie.

Mimo wszelkich zmian ustrojowych Narodowy Fundusz Rewaloryzacji Zabytków Krakowa i SKOZK trwają do dzisiaj. Co nie znaczy, że nie zmieniły się sam komitet, sposób, a nawet idea jego działania. Nie obyło się bez wstrząsów. Szczególnie po roku 1989, kiedy wprowadzono poważne i szczęśliwe zmiany programowe. Ale usiłowano także komitet jako twór niesłusznej epoki w ogóle zlikwidować (a wraz z nim gwarancje finansowe całego procesu odnowy). Jednak wszyscy ówcześni prezydenci RP i powoływani przez nich przewodniczący SKOZK zachowali przytomność i odpowiedzialność.

Za to szczególnym osiągnięciem patriotycznych frustratów było pozbawienie sprawców tych szczęśliwych dla miasta przypadków, o których tu piszę, honorowego obywatelstwa. Dotknęło to Koniewa, Cyrankiewicza i Jabłońskiego. A przecież nigdy nie objęło takich honorowych obywateli jak dr Andrzej Ettmayer d’Adelsburg, Henryk Jarosław hr. Clam-Martinic czy Ryszard hr. Belcredi – wiernych sług Habsburgów. Komu dziś cokolwiek mówią ich nazwiska? Ale nikt, nawet za czasów najczarniejszego stalinizmu, z listy honorowych obywateli ich nie wykreślił. Bo tak w dbałych o przyzwoitość społeczeństwach się nie robi.

Szczególną rolę w rozwijaniu działalności Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa odegrał jego długoletni przewodniczący, wybitny historyk sztuki i poeta, wywodzący się z „Tygodnika Powszechnego”, prof. Tadeusz Chrzanowski. Człowiek wielkiej mądrości, godności i odpowiedzialności, a także poczucia względności i humoru. Oraz jego zastępca, niezwykle kompetentny i pracowity, a obdarzony konstruktywną wyobraźnią, historyk sztuki, prof. Bogusław Krasnowolski.

Za 10-letniej prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego ogromnie wzrosły nie tylko nakłady na odnowę krakowskich zabytków, ale i autorytet komitetu oraz jego rola intelektualna w dyskusji nosicieli idei „odnowy dla odnowy” z nowoczesnym myśleniem o historycznym dziedzictwie i jego znaczeniu dla teraźniejszości i przyszłości. Współczesna koncepcja dziedzictwa promowana była szczególnie przez wybitnego uczonego i organizatora, prof. Jacka Purchlę. Na fali zmian ustrojowych doprowadził on do zwołania w Krakowie w maju 1991 r. na wysokim, międzyrządowym szczeblu sympozjum Komitetu Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie poświęconego dziedzictwu kulturalnemu Europy. A stworzone przez Jacka Purchlę w roku 1990 r. Międzynarodowe Centrum Kultury umacnia polską obecność w europejskim i światowym dialogu i współpracy kulturalnej, dbając zwłaszcza o lepsze wykorzystanie dziedzictwa i współczesnego potencjału Krakowa w Europie Środkowej i Wschodniej.

Za prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego, mimo histerycznych wysiłków frustratów, którzy ogłaszali prezydenta persona non grata w Krakowie, a osiągnęli skutek wręcz odwrotny, SKOZK pod przewodnictwem prof. Tadeusza Chrzanowskiego, a potem prof. Franciszka Ziejki (wcześniej długoletniego rektora, dobrego gospodarza Uniwersytetu Jagiellońskiego) wzniósł się na szczyty aktywności. W tym okresie sędziwy prof. Stanisław Juchnowicz, jeden z głównych projektantów Nowej Huty, zaproponował, aby także centrum tej dzielnicy jako ważny przykład nowoczesnej, otwartej na potrzeby społeczne urbanistyki wpisać na listę zabytków. Inicjatywę tę skutecznie podtrzymały prawicowe organizacje jej mieszkańców.

Charakter wręcz symbolu miała inicjatywa Aleksandra Kwaśniewskiego i Jacka Purchli, która spowodowała przekształcenie na kilka tygodni Rynku Głównego w salon rzeźby Igora Mitoraja, niezwykłe w swoim pięknie i śmiałości połączenie przeszłości ze współczesnością, w którą wkracza to magiczne miasto.

Wydaje się wręcz, że funkcjonowanie zespołu prof. Purchli i kilkuletnia już działalność zainicjowanego przez prof. Jerzego Hausnera ruchu intelektualnego, nazwanego Open Eyes Economy, którego celem jest rozwijanie ekonomii wartości oraz jej powiązanie z kulturą, naukami ścisłymi i etyką, daje Krakowowi nowoczesny bodziec rozwojowy. To może być ten szczęśliwy przypadek dla niedalekiej przyszłości, w którą wkracza to magiczne miasto wciąż pod berłem Jacka Majchrowskiego. Tenże w minionych 16 latach pokonywał takich konkurentów jak Jan Maria Rokita, Andrzej Duda, Ryszard Terlecki, którzy po krakowskich klęskach wyborczych robili wielkie i wielce osobliwe kariery w Warszawie.

I jak tu nie mówić o szczęśliwych przypadkach Krakowa, pamiętając także o stosownych jubileuszach.

Fot. Józef Lewicki

Wydanie: 5/2019

Kategorie: Historia

Komentarze

  1. Zbigniew Różycki
    Zbigniew Różycki 3 lutego, 2019, 09:56

    Była w Krakowie czarna sierpniowe niedziela -ss i gestapo z mieszkań wybierali mężczyzn wywozac ich z Plant do obozu w Plaszowie jako zakładników. A powstaniu nie BYŁO realne!

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy