Szczęśliwe Krakowa przypadki

Szczęśliwe Krakowa przypadki

Ocaleniu od wojennych zniszczeń, systematycznej odnowie zabytków i grupie mądrych polityków miasto zawdzięcza dzisiejszą świetność

Niektórym przychodzi to z trudnością, ale przecież muszą przyznać, że Kraków stał się jedyną obok Warszawy międzynarodową metropolią w Polsce. A tym, co się nazywa marką, przewyższa nawet stolicę. Spełnia wszystkie kryteria metropolii w tworzeniu wartości i ich promieniowaniu, sile duchowego przyciągania, dostępności komunikacyjnej, sprawności infrastruktury i usług, a nawet podstawowej harmonii rozwoju. Tylko w czystości powietrza wlecze się w ogonie Europy, ale i tu zapowiada w miarę szybką poprawę.

Ten stan rzeczy, zresztą wcale nie zagwarantowany na zawsze, jest wynikiem różnych czynników i osobliwego powojennego rozwoju, a przy tym okoliczności, które można uznać za szczęśliwe. Tylko fatalny zawijas koryta przepływającej przez Kraków Wisły utrudnia jego naturalne przewietrzanie i zawsze będzie osłabiać walkę z destrukcyjnymi czynnikami cywilizacyjnymi.

Chcę jednak tutaj opowiedzieć o kilku przypadkach szczęśliwych, wciąż niedocenianych przez opinię publiczną, celowo niezauważanych przez media i bezmyślnie albo bezczelnie fałszowanych przez osławioną politykę historyczną. O tych tylko przypadkach, których jako stary krakus, przez 70 lat czynny w życiu publicznym tego miasta (to chyba nawet rekord zupełnie przez autora niezamierzony) i wciąż jeszcze żywy, byłem świadkiem i uczestnikiem.

Szczęściem największym było chyba to, że nie podjęto wobec Krakowa ani w Krakowie decyzji powstańczej w roku 1944, chociaż w tych samych kręgach, które zdecydowały o samobójczym zrywie Warszawy, o tym myślano. Co nie znaczy, że Kraków przeszedł przez wojnę i okupację szczęśliwie – Niemcy wymordowali prawie 30% jego mieszkańców. Ale substancja materialna miasta (poza wysadzonymi przez uciekającego okupanta mostami i wiaduktami) pozostała w zasadzie nienaruszona, a nawet została wzbogacona na potrzeby stolicy Generalnego Gubernatorstwa.

I to ocalenie od zniszczenia przez wojnę jest najważniejszym w konsekwencjach przypadkiem, decydującym o dzisiejszej świetności miasta. Na temat tego ocalenia jako rezultatu znakomitego manewru wojsk marsz. Iwana Koniewa krążyły w Polsce Ludowej i krążą dzisiaj różne mity. O tym, co było najbliższe prawdy, dowiedziałem się od samego marszałka w czasie jego dwu- albo trzydniowej wizyty w Krakowie, w czasie której jako I sekretarz miejskiego komitetu partii i przewodniczący Frontu Jedności Narodu (tak to się nazywało) towarzyszyłem mu niemal bez przerwy. Byłem bowiem akurat tym prominentem, który jako tako mówił po rosyjsku, chociaż nigdy nie byłem w Związku Radzieckim dłużej niż dwa tygodnie, i to na młodzieżowych wczasach w Soczi.

Rozmowa o wyzwalaniu Krakowa zaczęła się od mojego błędu. Przypuszczałem, że Koniew przebywa w Krakowie już trzeci raz – pierwszy w 1945 r., drugi w 1955 r., kiedy został honorowym obywatelem miasta, i wreszcie teraz, w 20-lecie wyzwolenia. A Koniew spokojnie sprostował: „W 1945 r. nie byłem w Krakowie, operacją dowodziłem z okolic Częstochowy, potem poszedłem dalej”. Potwierdził natomiast, że celem strategicznym jego manewru było jak najszybsze, zaskakujące zajęcie Śląska z możliwie najmniejszymi zniszczeniami górnictwa, na którego dostawy liczyła Kwatera Główna wobec zupełnego zrujnowania przemysłu ciężkiego w europejskiej części Związku Radzieckiego. „Ale – opowiadał dalej Koniew – kiedy przedstawiałem plan manewru Stalinowi, ten pokazał na mapie Kraków i powiedział: To stare miasto. Ja tam bywał u Lenina”. Koniew mówił to w sposób zupełnie naturalny, bez żadnych propagandowych zadęć i ozdobników. Choć cały czas, we wszystkich opowiadaniach, przejawiał niemal nabożny stosunek do Stalina, lekceważący do Chruszczowa (świeżo wtedy odwołanego) i nienawiść do Berii, na którego w grudniu 1953 r. wydał wyrok jako przewodniczący sądu wojskowego. (Na moje bezczelne pytanie, czy Beria został uśmiercony po procesie, popatrzył na mnie uważnie i odpowiedział spokojnie: „Młody człowieku, daję słowo, sądziliśmy go żywego i skazali. To był zły i zdemoralizowany człowiek”).

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 5/2019, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Józef Lewicki

Wydanie: 5/2019

Kategorie: Historia

Komentarze

  1. Zbigniew Różycki
    Zbigniew Różycki 3 lutego, 2019, 09:56

    Była w Krakowie czarna sierpniowe niedziela -ss i gestapo z mieszkań wybierali mężczyzn wywozac ich z Plant do obozu w Plaszowie jako zakładników. A powstaniu nie BYŁO realne!

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy