Szpiegowski sobieradek

Szpiegowski sobieradek

Rośnie rynek szpiegowskich usług i sprzętu. Czy „bezpieczeństwo” i „kontrola” stają się przykrywką dla nowej obsesji?

„Zdarzają się sytuacje, kiedy brakuje nam tylko dowodów na winę partnera. Niezbędne jest wówczas świadectwo zdrady zdobyte dyskretnie i fachowo. Nasze urządzenia są stworzone do tego celu”, zachęca na swojej stronie internetowej jeden ze sklepów sprzedających miniaturowe kamery i dyktafony.

„Podejrzewasz, że twój partner cię zdradza? Nerwowo sprawdza telefon? Przychodzi później z pracy? – pyta producent testów na obecność nasienia. – Nie wiesz, gdzie znika i z kim się zdaje Twoje dziecko? Mimo młodego wieku ma chłopaka/dziewczynę?”.

„Aż 25% Polek i 50% Polaków zdradza swoich partnerów. (…) Wiemy, jak delikatnym tematem jest niewierność” – to już agencja oferująca usługi tzw. testerów wierności. „Nasza kadra posiada wysokie umiejętności psychologiczne, aktorskie oraz wdzięk i urok osobisty. Doświadczenie zdobywali w kraju i za granicą w strukturach służb specjalnych”, zapewnia.

Jeśli wierzyć internetowi, rośnie rynek specjalistycznych usług szpiegowskich. Jego zakres nie ogranicza się już do śledzenia przez prywatnych detektywów wybranej osoby i robienia jej zdjęć z ukrycia – specjalistycznym sprzętem coraz częściej posługują się indywidualni użytkownicy.

Możliwości kontrolowania bliskich obejmują zarówno testy na obecność różnych substancji, miniaturowy sprzęt nagrywający i oprogramowania do śledzenia aktywności internetowej, jak i wynajęcie wyszkolonych prowokatorów sprawdzających podatność partnera na pokusy. Nieufni klienci mają coraz większy wybór specjalistycznych sklepów z artykułami szpiegowskimi oraz usług detektywów i osób prywatnych anonsujących się jako testerzy lub testerki wierności.

W opisach niemal każdego szpiegowskiego artykułu powtarzają się jak refren: bezpieczeństwo, pewność i dyskrecja. Pytanie, jak rosnąca popularność sprawdzania bliźnich świadczy o społeczeństwie.

Podejrzliwość motorem rynku

– Temat pojawił się w Polsce w roku 2008 i od tamtej pory staje się coraz popularniejszy – twierdzi Natalia Templin z biura detektywistycznego Kweres w Warszawie, mającego w ofercie m.in. usługi testerów wierności. – Dostajemy kilkaset zgłoszeń w ciągu roku. Ludzie czasem dzwonią w środku nocy, w emocjach, bo znaleźli coś na telefonie albo Facebooku. Częściej zgłaszają się mężczyźni chcący sprawdzić potencjalną stałą partnerkę z obawy o swoje finanse i czystość jej intencji.

– Wszyscy nasi testerzy są licencjonowanymi detektywami po dodatkowym półrocznym szkoleniu w tym kierunku. Przed rozpoczęciem pracy przygotowujemy wraz z klientem profil psychologiczny figuranta i diagnozę jego potrzeb, później przystępujemy do działania. Od nawiązania kontaktu do zakończenia zadania upływa zwykle od kilku do kilkunastu tygodni – wyjaśnia współzałożycielka biura.

Według Natalii Templin liczba podobnych agencji jest nie do oszacowania, bo poza wyszkolonymi specjalistami od potencjalnej zdrady pełno jest ludzi ogłaszających się w internecie jako testerzy lub testerki.

Jak podaje Natalia Templin, usługa sprawdzenia partnera lub partnerki kosztuje od 5 tys. zł wzwyż. Ci, których nie stać na wynajęcie zawodowego prowokatora, mogą skorzystać z bogatej oferty sprzętów znanych niegdyś wyłącznie z seriali kryminalnych i filmów z Jamesem Bondem: długopisów z wbudowanym dyktafonem, pendrive’ów, okularów z ukrytą kamerą, budzików nagrywających dźwięk i obraz w wysokiej jakości, GPS montowanych w samochodzie, by rejestrować trasę przejazdu, a nawet oprogramowania rejestrującego wystukiwane na klawiaturze hasła i wiadomości. Ceny poszczególnych gadżetów wahają się od 100 do kilkuset złotych.

„Przychodzą do nas ludzie z prośbą o montaż urządzeń we wskazanym przez siebie przedmiocie. Poza kilkoma nieznacznymi ograniczeniami nie ma przeszkód, aby umieścić mikrokamerę w ubraniach, zabawkach, meblach, sprzęcie RTV czy AGD – mówi „Gazecie Wrocławskiej” Paweł Wujcikowski, właściciel sieci sklepów Spy Shop. – Pomysłowość Polaków nie zna granic – ostatnio zamontowaliśmy podsłuch w siodle do jazdy konnej”.

– Zgłaszają się do nas klienci chcący zdobyć dowód na zdradę partnera i rodzice pragnący sprawdzić, co się dzieje z ich dzieckiem, kiedy zostaje z nim opiekunka. Zdarzają się również pracodawcy, niepewni, co robią na komputerze ich pracownicy w godzinach pracy. Niektórzy używają zdobytych dowodów w sądzie, zarówno w sprawach rozwodowych, jak i o opiekę nad dzieckiem – wyjaśnia Mateusz Budziak ze sklepu Gospy.

Choć teoretycznie nagrywanie kogokolwiek poza włas­nym domem bez jego zgody jest zabronione, niektóre dane pokazują, że Polacy nagrywają się coraz częściej. Z danych sieci sklepów Spy Shop wynika, że zainteresowanie sprzętem szpiegowskim w pierwszym kwartale 2016 r. wzrosło aż o 350% w porównaniu z podobnym okresem w roku 2015. „Na forach internetowych można znaleźć nawet wpisy osób, które na wszelki wypadek nagrywają wszystko, np. w pracy cały czas noszą włączony dyktafon”, podaje z kolei „Gazeta Wyborcza”.

Niezależnie jednak od tego, jaki cel przyświeca kontrolującym swoich bliskich i partnerów, ta nieufność jest żyzną glebą dla rozrastającego się rynku. – Nie potrafimy stwierdzić, czy rosnący popyt na podobne usługi rzeczywiście świadczy o generalnej społecznej zmianie – uważa psycholog społeczny dr Konrad Bocian z Uniwersytetu SWPS w Sopocie. – Możemy mieć do czynienia z działaniami marketingowymi, których celem jest kreowanie i zaspokajanie potrzeb. W tym przypadku potrzebami są bezpieczeństwo i poczucie kontroli.

Dzieci pod nadzorem

O ile kontrola partnerskiej wierności wciąż jest tematem wstydliwym, o tyle troska o dzieci wydaje się bardziej uzasadniona. Dlatego szpiegowskie sprzęty i testy cieszą się dużym powodzeniem wśród rodziców dzieci w każdym wieku. Dla zatroskanych o bezpieczeństwo potomka wyjeżdżającego na pierwsze kolonie – zegarek z wbudowaną kamerą, telefonem lub GPS. Dla rodziców nastolatka – testy na narkotyki i obecność nasienia albo sprzęt monitorujący aktywność w internecie. Dla chcących sprawdzić jakość opieki – obrotowa kamera ukryta w budziku lub czujniku dymu.

– Kilka razy zawiedliśmy się na różnych nianiach, dlatego tym razem kupiliśmy do domu kamerę – przyznaje 28-letnia Matylda, matka dwóch dziewczynek, rocznej i trzyletniej.

Agnieszka, mama siedmioletniego Jasia: – Moje dziecko ma specjalny zegarek z dyktafonem. Może też z niego zadzwonić do mnie w dowolnym momencie. W ten sposób dokładnie wiem, co się dzieje w szkole. Daje mi to większy spokój.

Coraz powszechniejszy staje się monitoring w żłobkach i przedszkolach. „Jesteśmy placówką, która posiada system kamer zainstalowanych w salach. Zapewniamy rodzicom wewnętrzny spokój poprzez sprawdzenie, jak Wasza pociecha czuje się w żłobku lub przedszkolu. Życzymy miłego oglądania”, czytamy na stronie jednego z prywatnych klubów malucha.

Dr Konrad Bocian: – Doniesienia o przemocy seksualnej i zaniedbaniach wobec dzieci dobrze współgrają z usługami i produktami mającymi zapewniać „bezpieczeństwo”. Zresztą często staje się ono uzasadnieniem dla rodziców wyposażających kilkuletnie dzieci w najnowszego smartfona. Ciekawe, że tego typu sprzęty wcale przecież nie zwiększają kontroli nad tym, co się dzieje. Jeśli wiadomo, gdzie jest dziecko – a zwykle wiadomo – to za jego bezpieczeństwo odpowiada inna osoba.

Przykład z góry

Trudno nie odnieść wrażenia, że rosnąca popularność wzajemnego podsłuchiwania się i podglądania pokrywa się w jakiejś mierze z ujawnianymi z rosnącą częstotliwością „aferami”, których wspólnym mianownikiem jest nagrywanie rozmów wysoko postawionych polityków i urzędników państwowych. Zaczęło się od słynnej rozmowy nad ośmiorniczkami w restauracji Sowa i Przyjaciele w 2013 r. Najnowszą sprawą jest afera KNF, czyli nagranie przez bankiera Leszka Czarneckiego, prezesa Getin Noble Banku, rozmowy z byłym już prezesem Komisji Nadzoru Finansowego Markiem Ch.

Już pierwsza z tych „afer” wywołała natychmiastową odpowiedź rynku sprzętu szpiegowskiego i podsłuchów – poza gadżetami do rejestracji rozmów pojawiły się akcesoria uniemożliwiające takie podstępy, tzw. generatory szumu zagłuszające nagrania i sprzęt do wykrywania podsłuchów. „Ktoś cię może podsłuchiwać. Sprawdzimy to profesjonalnym sprzętem. Z nami afera podsłuchowa, jak w restauracji Sowa i Przyjaciele, Ci nie grozi”, reklamuje swój towar spółka Morena, specjalizująca się w unieszkodliwianiu szpiegowskich zabiegów.

„Mam tu takie szumidła. Może to nic nie daje, ale… lepiej włączyć – mówił z kolei Marek Ch. na nagraniu Leszka Czarneckiego. – Byli tu jacyś komandosi, powiedzieli, że jest tyle sygnałów tych elektromagnetycznych w okolicach tego miejsca – bo tam jest telewizja – że mówią, że rekomendują włączenie tego, ale nie gwarantują, jaki jest rezultat”.

Można odnieść wrażenie, że „afery taśmowe” nie tylko motywują producentów sprzętu detektywistycznego do swoistego wyścigu na coraz trudniej wykrywalne urządzenia podsłuchowe i coraz skuteczniejsze ich zagłuszacze, ale również pokazują szerszym masom dostępność tego rodzaju rozwiązań.

Choć rosnąca oferta usług nie musi świadczyć o obsesyjnej podejrzliwości, pojawia się pytanie o granice takich praktyk i prywatność nagrywanych osób. Według polskiego prawa dozwolone jest nagrywanie rozmów, w których się uczestniczy, ale podsłuchiwać nie wolno. – Rejestracja rozmowy, w której bierze się udział, jest dozwolona, bo dotyczy informacji, do których i tak ma się dostęp – wyjaśnia prawniczka Kamila Ferenc z Uniwersytetu Warszawskiego. – Inaczej jest w sytuacji podsłuchiwania. Zabrania go par. 3 art. 267 Kodeksu karnego. Wyjątkiem są uprawnienia organów ścigania w ramach działań operacyjnych.

Kamila Ferenc podkreśla jednak, że nawet „legalne” nagrywanie wiąże się z ryzykiem oskarżenia o naruszenie dóbr osobistych, jeśli zapis zostanie użyty. – Aczkolwiek nie wróżyłabym powodzenia w ewentualnej sprawie o naruszenie dóbr w przypadku afery KNF. Czarnecki nagrywał, kiedy byli sami, mógł chcieć się zabezpieczyć. Jeśli się nagrywa w celu ochrony własnych praw albo w celach dowodowych w przypadku przestępstwa, to jest OK. Co innego, gdyby rozmawiali o romansach.

Prawniczka zwraca uwagę, że inaczej ma się sprawa z podsłuchiwaniem partnera czy pracowników. – O dopuszczeniu dowodu w postępowaniu sądowym decyduje sąd. Teoretycznie istnieje doktryna mówiąca o niewykorzystywaniu dowodów z „zatrutego drzewa”, czyli z nielegalnego źródła. Z drugiej strony art. 168a mówi, że w większości przypadków dowodu nie można uznać za niedopuszczalny wyłącznie na tej podstawie, że został uzyskany z naruszeniem przepisów lub za pomocą czynu zabronionego. A co do nagrywania w „legalnych ramach”, większym problemem bywa udowodnienie, że przedstawione nagranie jest prawdziwe, tj. nie zostało wygenerowane komputerowo.

Wydaje się, że problemem związanym z powszechnością stosowania nagrań i podsłuchów przez indywidualnych użytkowników jest częste mylenie niezbędnej pewności z paranoiczną potrzebą kontroli.

„Miałam taki minidyktafon w lampce, dałam za niego 500 zł – pisze na temat sprzętów szpiegowskich użytkowniczka forum Gazeta.pl. – Kupiłam, żeby skorzystać raz, bo miałam pewne podejrzenia co do jego koleżanki z pracy. Wszystko było OK i na chwilę się uspokoiłam, ale potem musiałam sprawdzać co jakiś czas. No i tak sprawdzałam, że w końcu on się zorientował i była niezła afera. Nie polecam”.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 50/2018

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy