Sztuka przekrętu

Sztuka przekrętu

Prywatne fundacje i galerie bogacą się na publicznych pieniądzach, bo weszły w dobry układ

Monika Małkowska – absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie (Pracownia Grafiki Warsztatowej). Wystawiała obrazy i rysunki, aranżowała wystawy, projektowała ubrania, pisała o modzie. Obserwatorka zmieniającej się rzeczywistości i obyczajów. Pisze do prasy codziennej i miesięczników branżowych. Stale współpracuje z radiem i telewizją. Wykłada na uczelniach. Na warszawskiej ASP w 2011 r. uzyskała tytuł doktora za pracę „Niech sczezną krytycy!”.

Z pani ust wyjątkowo często padają negatywne określenia pod adresem konkretnych uczestników naszego rynku sztuki. Mówi pani o imperium, monopolu, a nawet mafii i korupcji. Czy podtrzymuje pani tę opinię?
– Potwierdzam. Można oczywiście używać łagodniejszych słów, jak kartel czy klika w odniesieniu do grupy uprzywilejowanych kierowników instytucji państwowych i prywatnych galerii oraz kuratorów i artystów. Ten układ, mimo zmian na scenie politycznej, nadal świetnie sobie radzi.

Doczekała się pani równie ostrej reakcji. Padło określenie neofaszystka. Prasa tzw. głównego nurtu, „Gazeta Wyborcza”, „Tygodnik Powszechny”, „Polityka”, „Newsweek”, opisała pani działania jako szkodliwe. Że niby przez panią zagrożony był 25-letni dorobek polskich instytucji sztuki. Przeprosili za mijanie się z faktami?
– Ależ skąd. Nikt nie przeprosił. Tylko dyrektorka radiowej Dwójki zadzwoniła z przeprosinami, że uczestnicy dyskusji w studiu bezceremonialnie natarli na mnie.

O co poszło?
– O pieniądze. W sumie mafia i tak je dostała, ale z lekkim opóźnieniem. Układ jednak wpadł w popłoch i na łamach prasy pojawiły się wyjątkowo wredne i kłamliwe słowa na mój temat. Chodziło o to, że na początku zeszłego roku, zaraz po wygranej PiS, zaproszono mnie do komisji, która miała przyznać pieniądze z budżetu dla czterech priorytetowych muzeów sztuki nowoczesnej: Muzeum Sztuki Nowoczesnej (MSN), Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Współczesnego we Wrocławiu i Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie, czyli MOCAK. Pieniądze – 7 mln zł – w skali światowej niewielkie, bo pozwalają na zakup jednej lub dwóch cennych prac, ale dla polskich instytucji ogromne. Wystarczy porównać: tutaj cztery muzea i 7 mln, a dla pozostałych 125 muzeów tylko trochę ponad 3 mln zł. Chcieliśmy w ramach tej komisji wprowadzić jakiś porządek w rozdzielaniu tak dużych pieniędzy i zmienić regulamin, aby nie kupować dzieł współczesnych w pakietach, lecz konkretne obiekty. Postulowaliśmy zaproszenie do komisji konserwatorów sztuki, którzy przestrzegliby przed kupowaniem prac w złym stanie, rozpadających się, nietrwałych czy trudnych do konserwacji.

A konkretnie co miało być kupowane?
– Widzieliśmy, że komisja ma tylko przyklepać już zaplanowane zakupy, a nie decydować za dyrekcje muzeów. Teoretycznie każda placówka ma swoją specyfikę, ale okazało się, że powtarzają się niektóre nazwiska artystów i ich prace, np. Zbigniew Libera i jego „Obrzędy intymne”. Byliśmy pierwszą komisją, która oprócz spisu zakupów mogła obejrzeć zdjęcia proponowanych prac. Jednak prace wideo można było obejrzeć tylko na stopklatkach, co jest absurdem. Mimo wszystko nie odrzuciliśmy sugerowanych zakupów, lecz postulowaliśmy pewne zmiany w zasadach kupowania. W sumie wypłata dotacji trochę się przeciągnęła, co wywołało burzę.

Układ się broni

Posypały się wyzwiska?
– W komisji było kilka osób, ale najwięcej oberwałam ja, jako osoba medialna, która od pewnego czasu pisze o patologiach. W artykułach pojawiały się kłamstwa, że np. kolaborujemy z PiS, że pieniądze zostały zabrane i przekazane na Świątynię Opatrzności albo inne cele. Wszystko to była nieprawda, bo nikt pieniędzy nie odebrał. Po kilku miesiącach została powołana kolejna komisja pod przewodnictwem Waldemara Baraniewskiego. Ona już rozdzieliła te 7 mln. Tego zespołu nikt nie oskarżył o kolaborację z PiS. Jest cicho.

Ale przecież ta jedna sprawa nie przesądziła o tym, że ma pani na pieńku ze środowiskiem muzealników. Mówi pani otwarcie o jego patologiach. Gdzieś wyczytałem, że znalazła pani „przekręt założycielski” obecnego układu życia artystycznego.
– Określenie „przekręt założycielski” nie pochodzi ode mnie, a odnosi się w głównej mierze do Fundacji Galerii Foksal – nie mylić z Galerią Foksal. Rzecz w tym, że zakupy dla czołowych państwowych instytucji sztuki współczesnej przechodzą przez prywatne fundacje i galerie. One bogacą się na publicznych pieniądzach, bo weszły w dobry układ. Składają wnioski o dotacje i zwykle wygrywają. Samo wypełnienie wniosku jest dużą sztuką, a jego przeforsowanie jeszcze większą. Ponoć niektórzy urzędnicy proponują procent. Płyną pieniądze na programy i pomysły, ale często nie dochodzi do ich realizacji. Nie mam żadnych twardych dowodów ani dokumentów, które by potwierdzały tezę o przekrętach i wyłudzeniach. Niech się tym zajmą odpowiednie struktury państwa. Jest jednak wysoce niestosowne, że generalnie artyści żyją na granicy biedy, wiele galerii sztuki plajtuje, bo nie daje rady utrzymać się na rynku, ale istnieje grupka wypasionych, która żeruje na państwie. Proszę zobaczyć, jakim budynkiem dysponuje Fundacja Galerii Foksal, która mieści się przy ul. Górskiego i zajmuje się obrotem dziełami sztuki, dużo sprzedaje i kupuje. Wystarczy porównać jej siedzibę z prawdziwą Galerią Foksal, mającą przy końcu ulicy Foksal tylko dwie niewielkie salki wystawowe. Fundacja, która przechwyciła dobrą markę, nie ma nic wspólnego z galerią.

Decydenci we władzach tego nie widzą?
– Nie za bardzo. Grono znawców sztuki jest wąskie i hermetyczne, a układ ma to do siebie, że ustalił hierarchię wartości. Artyści, nawet wybitni, którzy się nie załapali do sieci powiązań galerii i muzeów, muszą walczyć o byt na własną rękę. Pomoc, dotacje i granty, pierwszeństwo w zakupach, wyjazdy na zagraniczne festiwale i opiekę kuratorską mają wciąż ci sami, których pozycja na rynku jest niekiedy sztucznie wywindowana. Oczywiście każda ich prezentacja w kraju czy za granicą to „wielki sukces”, ale realnie pozycja polskiej sztuki współczesnej dramatycznie spadła.

Król jest nagi

Przestaliśmy się liczyć w świecie? Przecież nie zawsze tak było.
– Był moment, gdy Polska stała się modna. Po 1989 r. nastał prawdziwy bum na naszą sztukę – Kozyra, Althamer, Libera, Żmijewski i inni byli bardzo atrakcyjni dla Zachodu. Z kolei do nas przyjeżdżali wybitni artyści zagraniczni. Teraz nasi twórcy rzadziej się pojawiają w świecie, a do Polski już dawno nie przybył nikt naprawdę wybitny.

Był np. Maurizio Cattelan.
– Tak. Pięć lat temu. Jeżdżę na różne prezentacje – do Berlina, Rzymu, Paryża. O polskich artystach cicho, na Biennale Sztuki w Wenecji już dawno nie mieliśmy nic istotnego do pokazania. Król jest nagi. Ale opinię o naszym potencjale artystycznym kształtują przekupni kuratorzy. Oni są w stanie wmówić wszystko słabo przygotowanym decydentom i równie niekompetentnej publiczności. Jest układ szefów ważnych instytucji, galerzystów i kuratorów, którzy ustalają między sobą, co dobre, a co złe. To merytokracja. Bycie w układzie wystarcza, nie walczy się już o pozycję polskiej sztuki na rynku ani o frekwencję w muzeach. Są etaty i szczodre dotacje państwowe. A jeśli nawet pojawiają się działania promocyjne, są robione źle, nieskutecznie. Gdy organizuje się targi za granicą, te prywatne struktury korzystają z pomocy finansowej państwa, bo udział w takich imprezach sporo kosztuje, ale nie dbają o rzetelną reprezentację polskiej kultury, lecz troszczą się o własny biznes.

Proszę podać przykłady artystycznych absurdów i sztucznie nadmuchanych wielkości.
– To trudna sprawa, bo dotyczy czasem nawet bardzo utalentowanych osób. Na przykład szanowana przeze mnie Katarzyna Kozyra, która zrobiła parę genialnych rzeczy, jak „Święto wiosny”, zaczyna się bawić w reporterkę w projekcie quasi-reporterskim „Szukając Jezusa” o syndromie Wielkiego Tygodnia – chodzi po Jerozolimie i rzuca pytanie: Are you Jesus? albo udaje socjologa i rozdaje ankieterom formularze, by zbierali odpowiedzi w projekcie „Marne szanse na awanse”. Artur Żmijewski podeptał granice przyzwoitości, skłaniając za pieniądze biednego starca, który przeżył Auschwitz, aby „odnowił” sobie zacierający się tatuaż – numer więźnia obozu koncentracyjnego. Podobnie Zbigniew Libera postąpił nieetycznie, rejestrując w pracy wideo „Obrzędy intymne” ostatnie chwile swojej głuchoniemej i niewidomej babci. Ktoś inny nakręcił film z własnego – fikcyjnego! – pochówku.

Sugeruje pani, że to nie jest już sztuka, że nie ma żadnej wartości artystycznej. A przecież w obecnej dobie sztuką może być praktycznie wszystko, czym zajmie się twórca.
– Taki pogląd to ślepy zaułek. Trzeba edukować rodaków, aby nie dali się wziąć na zwietrzałe hasła dawnych przedstawicieli awangardy. Nie można brać dosłownie cytatu z Josepha Beuysa, że każdy jest artystą, ani naśladować Marcela Duchampa, który uwznioślił gotowe produkty, czyli ready-made, jako dzieła sztuki. Sam Duchamp zresztą ostrzegał, że to jest pomysł na krótką metę. Nasz odbiorca jest słabo wyedukowany i daje sobie wmówić, że ma do czynienia z wielką sztuką. Niestety, brak wiedzy dosięga również ludzi odpowiedzialnych za sprawy merytoryczne i finansowe w resorcie kultury.

Dlaczego „dobra zmiana” w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie zmiotła starego układu? Napisała pani na Facebooku, że w MKiDN rządzi konserwa.
– Moim zdaniem wystraszyli się. Mieli dość buczenia, krzyków i tupania. Zaakceptowali stary układ. Zresztą specjalistą od plastyki zrobiono w resorcie absolwenta teatrologii, który się nie orientuje w układach w tej dziedzinie. A środowisko zaczęło krzyczeć na zapas. Za jednym zamachem przywalono ministrowi Piotrowi Glińskiemu i mnie. A może ja zbierałam cięgi za Glińskiego, choć tak naprawdę widziałam szefa resortu i wicepremiera dwa razy w życiu. A jakiś czas temu jeszcze ktoś rozpuścił plotkę, że szykują mnie na szefa warszawskiej Zachęty.

Patrz i myśl

Jest pani jedną z najbardziej rozpoznawalnych krytyczek sztuki, ma odpowiednie wykształcenie i świetny warsztat medialny. Czy to właśnie media nie powinny edukować i sprawić, żeby w tym temacie każdy mógł się orientować i samemu oddzielać ziarno od plew?
– Robię, co mogę. Prowadzę w radiu audycje o sztuce, czasem występuję w TVP Kultura, sporo piszę, ale to wszystko za mało. Zresztą część moich zajęć straciłam w wyniku nagonki. Społeczne zainteresowanie sztuką jest nikłe. Jest trudno, bo historyczne uwarunkowania sprawiły, że u nas bardziej liczyło się słowo niż obraz. Od 25 lat chodzę po różnych wystawach i często jestem sama w wielkiej sali. Kiedyś było pod tym względem znacznie lepiej. Teraz są dwa momenty, gdy jest więcej publiczności – wernisaż i darmowe dni, np. Noc Muzeów. Oczywiście są wystawy przyciągające tłumy. Malarstwo Boznańskiej, Gierymskiego, sztuka imperium otomańskiego itd. Młodzież trochę bardziej interesuje się sztuką współczesną – ma więcej czasu, no i chce być trendy.

Czy dwa głośne filmy o naszych wybitnych współczesnych malarzach, o Beksińskim i o Strzemińskim, mogłyby masowemu odbiorcy trochę przybliżyć kwestie sztuki współczesnej?
– Film „Ostatnia rodzina” chyba nieźle nakreślił osobowość Zdzisława Beksińskiego. Film Andrzeja Wajdy o Strzemińskim nie podobał mi się. Wielki Mistrz Kina chyba już dał się wyręczać innym ludziom z ekipy.

Co nam zostaje?
– Tropić patologie i promować wybitne indywidualności w sztuce. Nadal uparcie tym będę się zajmować. Trzeba uświadamiać ludziom, że sztuka współczesna to nie absurd i wygłup, że opowiada, tak jak i przed wiekami, o naszym życiu, choć nierzadko w inny sposób.

Wydanie: 6/2017

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy