Szwajcaria się zamyka

Szwajcaria się zamyka

W referendum większość Szwajcarów zagłosowała za ograniczeniem imigracji

Szwajcarzy przestraszyli Europę. W referendum niewielką większością głosów opowiedzieli się za ograniczeniem imigracji. Kanclerz RFN Angela Merkel ostrzegła, że może to oznaczać problemy. Paryż zapowiedział przeanalizowanie swoich relacji ze Szwajcarią.
Ale w zamożnym kraju, dumnym ze swojej demokracji bezpośredniej, to lud jest suwerenem. Władze w Bernie mają trzy lata na przygotowanie przepisów wykonawczych i zrealizowanie decyzji obywateli.
Referendum odbyło się 9 lutego z inicjatywy konserwatywno-populistycznej Szwajcarskiej Partii Ludowej (SVP). Prawicowi agitatorzy straszyli widmem przeludnienia i alarmowali, że skutkiem masowej imigracji są „zwiększające się bezrobocie, przepełnione pociągi, zapchane ulice, wzrastające czynsze i ceny gruntów, utrata wartościowych obszarów poprzez zabudowę terenów krajobrazowych, nacisk na płace, przestępczość cudzoziemców”.

Zagraniczni fachowcy i eksperci

Do odrzucenia propozycji SVP namawiali rządzący, związki zawodowe i przedsiębiorcy. Ekonomiści podkreślali, że tylko dzięki imigracji gospodarka osiąga tak znakomite wyniki i roczny wzrost w wysokości 1,6% (w Niemczech 1,3%). W Szwajcarii licznie osiedlają się zagraniczni eksperci i fachowcy. Dwie trzecie stale mieszkających tu obcokrajowców pochodzi z krajów UE. Ponad połowa ma dyplom ukończenia szkoły wyższej. Przewodniczący Szwajcarskiej Konferencji Rektorów Uniwersyteckich Antonio Loprieno zwracał uwagę na znamienny fakt: „Dwie trzecie wykładowców naszych szkół wyższych pochodzi z zagranicy. Bez nich ten kraj byłby przeciętny”. Martin Eichler, główny ekonomista Instytutu Badań Gospodarczych BAK Basel Economics, powiedział: „To, że od 2002 r. gospodarka szwajcarska w porównaniu z europejską rozwija się szybciej i przeszła przez lata kryzysu lepiej od innych krajów przemysłowych, w ogromnym stopniu jest wynikiem imigracji”.
Przez lata panowała opinia, że w zamożnej Szwajcarii żadne referendum nie może się zakończyć sukcesem bez zgody wpływowych kół gospodarczych. Tym razem niespodziewanie stało się inaczej. Za ograniczeniem imigracji opowiedziało się 50,3% głosujących. Ta większość wynosi zaledwie 30 tys., ale to zawsze większość.
Zgodnie z decyzją obywateli liczbę obcokrajowców, którzy w przyszłości będą mogli się osiedlać w Szwajcarii, określą władze kraju. Przypuszcza się, że będzie ona nieco wyższa niż 80 tys. i obejmie wszystkich cudzoziemców, łącznie z uchodźcami i starającymi się o azyl. Obecnie co roku w Szwajcarii osiedla się prawie 125 tys. obcokrajowców, ale ponieważ wielu wyjeżdża, roczny przyrost ludności na skutek imigracji wynosi właśnie 80 tys. Na mocy referendum przedsiębiorcy mają dawać pracę najpierw obywatelom Szwajcarii, a dopiero po nich cudzoziemcom. W konstytucji znajdzie się zapis, że imigracja powinna służyć interesom narodowym.
Wynik referendum wywołał sprzeciw wielu polityków UE. Najzłośliwiej zareagował wiceprzewodniczący niemieckiej socjaldemokracji Ralf Stegner, który na Twitterze napisał: „Szwajcarzy błaznują. Duchowa izolacja może łatwo doprowadzić do ogłupienia”.
Prawo obywateli do swobodnego przemieszczania się, wolność wyboru miejsca zamieszkania to przecież fundamentalna zasada integracji europejskiej. W 1992 r. Szwajcarzy sprzeciwili się w referendum wejściu do UE. Później jednak władze Szwajcarii zawarły z Unią 120 układów dwustronnych, w tym traktat o swobodnym przepływie osób. Na skutek tych układów kraj stał się częścią europejskiego rynku, aczkolwiek politycznie do UE nie należy. Obecnie rozjątrzeni wynikiem referendum politycy europejscy sugerują konieczność renegocjacji czy zamrożenia niektórych traktatów. Szef niemieckiej dyplomacji Frank-Walter Steinmeier stwierdził, że poprzez referendum Szwajcarzy zaszkodzili sobie samym, i dodał: „Szwajcaria powinna wiedzieć, że samo wybieranie rodzynek w relacjach z Unią Europejską nie może być trwałą strategią”.
Podnoszą się jednak głosy, że Szwajcarzy nie są większymi ksenofobami niż reszta Europejczyków. Po prostu dzięki instytucjom demokracji bezpośredniej mogą wyrażać opinie i sprawować władzę, na co rządzący w innych krajach UE nie pozwalają swoim społeczeństwom. Szwajcarzy mają też poważne powody do obaw o kraj i tożsamość. Kiedy na początku XXI w. Szwajcaria stopniowo wprowadzała w życie traktat o swobodnym przepływie osób, spodziewano się 10 tys. imigrantów rocznie. Jak wiadomo, jest ich 80 tys. W ośmiomilionowym państwie prawie co czwarty mieszkaniec jest obcokrajowcem. Udział cudzoziemców w populacji jest najwyższy w Europie i wynosi 23,4%. A byłby jeszcze wyższy, gdyby władze szwajcarskie nie przyznawały hojnie obywatelstwa – otrzymuje je co roku 40 tys. osób. Dla porównania w Niemczech przybysze z zagranicy stanowią tylko 9% mieszkańców.

Zalew obcych?

Wielu Szwajcarów niepokoi się o przyszłość swojej tradycji i kultury. Starsi żalą się, że w szpitalach i domach opieki pracuje tylu cudzoziemców, że „miejscowi” wstydzą się mówić swoim dialektem. Najwięcej głosów za ograniczeniem imigracji, aż 63%, oddano w konserwatywnym, rolniczym kantonie Appenzell Innerrhoden, w którym obcokrajowców jest najmniej, a wśród 16 tys. mieszkańców zarejestrowano tylko 127 bezrobotnych.
Za ograniczeniem imigracji opowiedział się nie tylko elektorat SVP, wynoszący 25%, lecz także liczni przedstawiciele klasy średniej, których na skutek wzrostu cen nieruchomości nie stać na mieszkania. Aby odwrócić klęskę w referendum, rząd zapowiedział program budowy nowych tanich mieszkań, było już jednak za późno. Nieustannemu napływowi nowych ludzi do niewielkiego przecież kraju przeciwni są Zieloni. Inicjatywa ekologów i działaczy politycznego centrum Ecopop zamierza doprowadzić do następnego referendum – „na rzecz utrzymania jakości życia”. Ekolodzy odżegnują się od rasizmu i ksenofobii, uważają jednak, że liczba mieszkańców Szwajcarii nie może na skutek imigracji wzrastać bardziej niż o 0,2% rocznie, a to oznacza zaledwie 16 tys. imigrantów. Obrońcy środowiska argumentują, że jeśli nie ograniczy się przyrostu ludności, kraj zostanie całkowicie zabudowany jak Singapur czy Hongkong. Wzrost gospodarczy to nie wszystko. Liczy się także jakość życia.
Lewicowi krytycy modelu nieustannego wzrostu gospodarczego, tacy jak szwajcarski socjaldemokrata Rudolf Strahm, również przyjęli wynik głosowania życzliwie. Strahm uważa zasadę swobodnego przepływu osób za neoliberalną i oznaczającą pogardę dla człowieka: „Na europejskim rynku wewnętrznym pracobiorcy są przesuwani w zależności od potrzeb z miejsca na miejsce jak samochody z towarami”.
Wynik referendum wywołał lekki niepokój wśród obcokrajowców mieszkających w Szwajcarii. Holender John Wubbe, przewodniczący zrzeszenia ok. 5 tys. cudzoziemców, grozi strajkiem ostrzegawczym, który pokaże Szwajcarom, jak bardzo są zależni od zagranicznych specjalistów i ekspertów. „Gdy wszyscy wstrzymamy pracę na godzinę, ten kraj stanie”, zapowiada.

Eurosceptycy zacierają ręce

Politycy europejscy zastanawiają się, jak zareagować na „niesłuszny” rezultat głosowania. Zbyt surowa odpowiedź nie wchodzi w rachubę. W maju odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego. Ukaranie Szwajcarii tylko rozszerzy elektorat partii eurosceptycznych, które i tak rosną w siłę. Wynik szwajcarskiego referendum ucieszył natomiast ugrupowania ksenofobiczne, takie jak francuski Front Narodowy. Sondaże dają Frontowi aż 23-25% głosów w eurowyborach. Szefowa Frontu Narodowego Marine Le Pen nazwała referendum „zwycięstwem narodu w walce przeciw elitom i technostrukturze Unii Europejskiej”. Nie sprzeciwił się jej były premier Francji François Fillon z prawicowej partii UMP, który stwierdził: „Od wielu miesięcy domagam się wprowadzenia kwot dla imigrantów we Francji i w Europie”.
W Parlamencie Europejskim Front Narodowy zamierza zawrzeć sojusz z Partią Wolności holenderskiego populisty Geerta Wildersa, który ostrzega przed islamizacją Niderlandów.
Do tego aliansu planuje dołączyć belgijska partia ksenofobów i nacjonalistów flamandzkich Vlaams Belang. Jej przywódca Gerolf Annemans ciska gromy na „imigracyjną maszynerię Unii Europejskiej” i wyraża szacunek dla decyzji Szwajcarów.
Wiadomości ze Szwajcarii z najwyższym zadowoleniem przyjęła też eurosceptyczna partia Alternatywa dla Niemiec (AfD). Ugrupowanie to nie weszło do parlamentu RFN, ale niewiele mu zabrakło do przekroczenia progu wyborczego. Za to w eurowyborach sondaże dają AfD nawet 7% głosów. Nie można wykluczyć, że po wyborach partie eurosceptyczne i ksenofobiczne podwoją liczbę mandatów w europarlamencie.

Wydanie: 9/2014

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy