Tag "kultura"
Promocja emocji
Byłem ostatnio na kilku festiwalach, kulturalnych oczywiście i o kulturze. Jednym z tematów pierwszego była dyskusja o „przestrzeniach pasji”, jedno z haseł drugiego głosiło, że „kultura to emocje”. Jak to się mówi, „wpisuje się to” w tendencje uszlachetniania raczej tego, co nami kieruje, niż tego, czym kierujemy my. Pasje dobrze mieć, właściwie to obowiązek. Pewien młody człowiek przypisywał sobie sześć pasji, przy czym zapomniał, czego dotyczyła szósta. A emocje to wspaniała sprawa, wiemy to choćby z reklamy. I co je pobudza, to dobre.
Sam sobie niechętnie przypisywałbym jakieś pasje, choć bywam o to posądzany i indagowany. Wystarczą mi zainteresowania, mogą być w końcu głębokie. I tak potrafią one ograniczyć ogląd świata. Ale pasje? Pasja jest z łacińskiego passio, pierwotnie ‘cierpienie’, wiemy to
Powroty Odyseusza
Wejście do kin najnowszej megaprodukcji Christophera Nolana „Odyseja” niesie jakieś zaskakujące ożywienie komentarzy, odnowienie i kontynuację dawnych sporów. Monumentalne dzieło europejskiej kultury sfilmowane w XXI-wiecznej technologii IMAX staje się nowym impulsem kulturowej fascynacji, źródłem wielkich debat i rodzinnych rozmów. Każdemu dziełu można by życzyć podobnej recepcji.
Liczący kilka tysięcy lat epos starogrecki, powstały jako dzieło recytowane, najprawdopodobniej autorstwa kogoś nazywanego Homerem, który był i skromny, i niepiśmienny, jest – szczególnie w naszej dobie – zarówno dziełem znanym, jak i nieczytanym. Komentowany i tłumaczony na nowo przez setki lat utwór jest (w kontekście europejskim) jednym z filarów kultury – ale raczej jednak jej zabytkiem niż żywym pretekstem do rozmowy. Historia recepcji filmu Nolana pokazuje jednak, jak nowy język sztuki potrafi wskrzesić dzieło dzisiaj niemal nieodbieralne dla większości w swojej tradycyjnej formie (pismo, tekst) i dać mu nowe życie. Również dzięki powrotowi do jego lektury i lektury innych książek opisujących historię Odysa.
W Polsce ukazała się właśnie solidna i obszerna (ponad 500 stron) monografia prof. Marka Węcowskiego „Homer na nasze czasy”. Trudno sobie wyobrazić lepszy moment na pojawienie się takiego tytułu w księgarniach. Książka zasłużenie cieszy się sporym zainteresowaniem.
I oby tak dalej.
Wracając do wersji filmowej: wielość głosów, w tym krytycznych, pokazuje niekiedy zaskakujące oblicza dzisiejszego odbioru dzieła (zarówno filmu, jak i tekstu). Jedną z najszerzej dyskutowanych decyzji obsadowych było powierzenie roli Heleny czarnoskórej aktorce Lupicie Nyong’o czy roli Ateny – Zendayi, najmłodszej laureatce nagrody Emmy. Dla mnie ta dyskusja to oczywiście próba rasistowskiego zawłaszczenia starożytnej historii przez europejską wersję „białego człowieka”. Nolan tymczasem przywraca homerycki
Francuski work-life balance zagrożony
Czy więcej dni wolnych oznacza dziś nad Sekwaną luksus?
Korespondencja z Francji
Czy Francuzi pracują za mało? Dla obozu Emmanuela Macrona odpowiedź wydaje się oczywista, jednak związki zawodowe oraz opozycja mają inne zdanie na ten temat. Debata o czasie pracy oraz o dniach wolnych stała się jednym z najważniejszych sporów o przyszłość francuskiego modelu społecznego.
1 maja jest we Francji ważnym świętem. Odwołuje się nie tylko do najważniejszych zdobyczy francuskiego socjalizmu, ale jest też ciekawym zjawiskiem obyczajowym – w trakcie święta obdarowuje się bliskich i znajomych konwaliami. To symboliczny wyraz sympatii oraz życzliwości, który wpisuje się w wiosenny klimat tego święta. Spór o Święto Pracy we Francji coraz mniej dotyczy jednak samej jego symboliki, a coraz bardziej realnych fundamentów gospodarki.
Francuski system – oparty na 35-godzinnym tygodniu pracy, dużej liczbie dni wolnych czy takich udogodnieniach jak prawo do bycia offline, rozbudowana ochrona przed zwolnieniem czy wynagradzanie nadgodzin – coraz częściej zderza się z presją globalnych gigantów gospodarczych, którzy w odpowiedzi na te systemowe gratyfikacje przenoszą swoje ośrodki np. do Polski. W tej sytuacji spór o kalendarz świąt okazuje się tylko pretekstem do zadania ważniejszych pytań: czy państwo dobrobytu w XXI w. da się pogodzić z globalnym dyktatem gospodarki liberalnej, czy może Francja będzie zmuszona zrewidować swoje społeczne priorytety?
Metro, robota, lulu
Francja uchodzi za jeden z krajów o najzdrowszej kulturze pracy. Czy jednak na pewno tak jest? Zwyczaje pracownicze dobrze ilustruje dewiza „Métro, boulot, dodo”, co w dosłownym tłumaczeniu znaczy „metro, robota, lulu”. Francuzi wstają zazwyczaj późno, idą do pracy na 9.00-9.30, spożywają długi, dwugodzinny obiad o godz. 12.00, a potem pracują często nawet do 20.30-21.00. Cały rytm dnia podyktowany jest pracą. Nie ma czasu na życie rodzinne, dzieci również spędzają cały dzień w szkole – od 9.00 do 17.00 albo 18.00 – czas ten wydłuża jeszcze przerwa obiadowa. Urlop macierzyński trwa standardowo nieco ponad trzy miesiące. Wszystko po to, aby raz w roku pozwolić sobie na wakacje nad morzem lub na wyspach któregoś z departamentów zamorskich. Według francuskiego prawa pracy każdemu przysługuje pięć tygodni urlopu.
Problem w tym, że wszystko jest regulowane, lecz nic nie jest gwarantowane. Praca we francuskich firmach charakteryzuje się specyficznym połączeniem tradycyjnych struktur hierarchicznych z rozbudowanym systemem ochrony pracowników.
Mimo rosnącej popularności partycypacyjnych modeli zarządzania (w których pracownicy są w większym stopniu włączani w podejmowanie decyzji), wiele przedsiębiorstw nadal funkcjonuje w wyraźnie pionowej struktury, w której decyzje podejmowane są głównie przez kadrę kierowniczą, a kontrola nad pracownikami jest duża. Wielu pracowników pochodzących z innych krajów zwraca również uwagę na kwestię prezenteizmu, czyli obecności w biurze i przestrzegania nieformalnych norm, niekiedy ważniejszych niż sama wydajność.
Charakterystyczne dla francuskiej kultury pracy są także często organizowane spotkania,
Weto Nawrockiego uderza w 2 mln Polaków
Państwo nie jest od wychowywania ludzi
Dr hab. Sebastian Gajewski – podsekretarz stanu w ministerstwie pracy, rodziny i polityki społecznej. doktor habilitowany nauk prawnych, profesor uczelni, radca prawny. Przygotował kilkadziesiąt projektów ustaw zgłaszanych w IX kadencji Sejmu RP przez klub parlamentarny Lewicy, m.in. ustawę wprowadzającą rentę wdowią, zmiany w zasiłku pogrzebowym czy projekt ułatwiający nabywanie emerytury minimalnej przez pracujących na śmieciówkach. Wchodzi w skład władz krajowych Nowej Lewicy.
Zaskoczyło pana weto prezydenta Nawrockiego do ustawy o statusie osoby najbliższej?
– Należało się tego weta spodziewać. Wskazywały na to wypowiedzi współpracowników prezydenta, a także postawa jego kancelarii w trakcie prac nad projektem ustawy. Reprezentujący prezydenta RP minister Paweł Szefernaker i minister Barbara Socha wzięli udział w posiedzeniu komisji na etapie sejmowym, ale nie przedstawili konkretnych propozycji, nie byli zainteresowani podjęciem realnego dialogu. W Senacie przedstawiciele prezydenta nawet się nie pojawili, a przecież to najlepsze miejsce do poprawiania ustaw. Więc tak, spodziewaliśmy się tego weta.
W kampanii wyborczej Karol Nawrocki zapowiadał, że ustawę podpisze.
– Owszem, w trakcie kampanii wyborczej deklarował, że jest zainteresowany przyjęciem ustawy o statusie osoby najbliższej. Ponadto w październiku 2025 r. byłem z dużą częścią rządu w Pałacu Prezydenckim, przy okazji posiedzenia Rady Dialogu Społecznego. Tam prezydent z własnej inicjatywy – bo dyskusja dotyczyła bezpieczeństwa energetycznego Polski, zatem spraw odległych od kwestii związanych ze statusem osoby najbliższej – zadeklarował, że jest zainteresowany podpisaniem, wsparciem takiej ustawy. Przyjmowałem tę deklarację jako dobrą monetę.
Jako zachętę do kompromisu?
– Powstał projekt ustawy o statusie osoby najbliższej, bardzo łagodny, uwzględniający różne wrażliwości. W naszej ocenie był to projekt dający to minimum, na które, jak sądziliśmy, zgodzą się i nasi przyjaciele z koalicji, z Polskiego Stronnictwa Ludowego, jak i może zgodzić się pan prezydent. Nie jest tajemnicą, że ten projekt był przedmiotem wspólnej pracy z jednej strony Lewicy, a z drugiej PSL.
PSL reprezentowała Urszula Pasławska. Mówiła, że chodziła do Kancelarii Prezydenta i tam wszystko ustalała.
– Urszula Pasławska była bardzo zaangażowana w pracę nad ustawą o statusie osoby najbliższej. Usiłowała przekonać Pałac Prezydencki, ażeby tę ustawę prezydent podpisał. To się nie udało.
Prawie 2 mln obywateli RP zostało z niczym.
– Realnie ok. 2 mln Polek i Polaków żyje w związkach nieformalnych,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Czy bezpłatna plaża stanie się wkrótce luksusem?
Kilkaset osób w milczeniu wspina się stromą drogą prowadzącą przez wzgórza Parku Narodowego Arrábida. Nie niosą transparentów z hasłami wymierzonych w rząd czy deweloperów. Nie protestują przeciwko budowie autostrady, kopalni czy elektrowni. Mijają sosny, wapienne skały i zatoki, które od pokoleń są częścią krajobrazu południowej Portugalii. Wiedzą, że jeśli przegrają, miejsce to już nigdy nie będzie takie samo.
Na pierwszy rzut oka wygląda to jak lokalny spór o fragment ziemi. W rzeczywistości jest symbolem konfliktu, który rozlewa się po całej Europie. Coraz częściej mieszkańcy wychodzą na ulice nie po to, by walczyć o wyższe płace czy niższe podatki, lecz o prawo do korzystania z przestrzeni, która przez dziesięciolecia wydawała się wspólna.
Stawką jest plaża. Ta sama, na której uczyli się pływać jako dzieci, na którą przychodzili z rodzicami i spędzali letnie popołudnia. Dziś obawiają się, że to miejsce wkrótce stanie się częścią luksusowej inwestycji, a dostęp do niego przestanie być oczywisty.
To nie jest wyłącznie portugalska historia. Podobne protesty wybuchają od Atlantyku po Morze Egejskie. W Grecji mieszkańcy walczą z ekspansją prywatnych leżaków, w Turcji protestują przeciw komercjalizacji wybrzeża, w Hiszpanii sprzeciwiają się zabudowie linii brzegowej, a we Włoszech od lat trwa spór o to, czy plaże są jeszcze dobrem wspólnym, czy jedynie dochodowym biznesem.
Coraz częściej przedmiotem konfliktu nie jest samo morze. Chodzi o prawo, by w ogóle móc do niego dojść.
Ręce precz od Arrábidy!
Setki mieszkańców aglomeracji Setúbal protestowały 19 lipca przeciwko temu, co określają jako próbę prywatyzacji fragmentu wybrzeża Parku Narodowego Arrábida. Demonstracja odbyła się zaledwie kilka tygodni po tym, jak Portugalska Agencja Ochrony Środowiska (APA) przed sezonem letnim zapewniała, że „w Portugalii nie ma czegoś takiego jak prywatna plaża”. Jednak zdaniem protestujących rzeczywistość wygląda inaczej.
Marsz zorganizowany przez ruch obywatelski Deslarrrguem a Arrábida! (Ręce precz od Arrábidy!) zgromadził mieszkańców, ekologów oraz polityków różnych ugrupowań. Ich sprzeciw to odpowiedź na działania spółki Palácio da Comenda – właścicieli posiadłości Herdade da Comenda, która domaga się uznania, że tereny graniczące z ujściem rzeki Sado – wraz z plażami Rasca, Comenda, Rainha, Maria Esguelha i Albarquel – powinny zostać uznane za własność prywatną, a nie część publicznej domeny morskiej.
Spór nie dotyczy wyłącznie plaż. Mieszkańcy protestują przeciw stawianiu ogrodzeń, zamykaniu tradycyjnych dróg prowadzących nad morze oraz próbom przejęcia drogi miejskiej nr 1056. „Protestujemy przeciw zamknięciu dostępu publicznego, budowie ogrodzeń i zamiarowi właścicieli Herdade da Comenda,
Misja konsula Herra
Mały konsulat w Opolu łączy działania lokalnych władz i mniejszości niemieckiej
Peter Herr – kierownik Konsulatu Republiki Federalnej Niemiec w Opolu (2022-2026). Wcześniej zastępca konsula generalnego i kierownik administracji w Konsulacie Generalnym Niemiec w Doniecku, dyplomata w zespole Ambasady Niemiec w Mińsku, placówek w Krakowie, Wilnie, Rydze, Izmirze.
W Opolu znajduje się najmniejszy niemiecki konsulat w Polsce. Ale to tu w trakcie zakończonej właśnie misji konsula Petera Herra na dobre zaistniała nowoczesna kultura niemiecka, miały miejsce polsko-niemieckie wydarzenia miejskie uwspółcześniające wizerunek Niemiec i mniejszości niemieckiej. Opolskie stało się też centrum obchodów 35. rocznicy podpisania Traktatu między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 17 czerwca 1991 r.
Spotykamy się w 35. rocznicę podpisania traktatu o dobrym sąsiedztwie. Gratuluję uroczystości, podczas której dobrze brzmieli nawet politycy, a Marlena Dietrich „rozmawiała” na scenie z Czesławem Niemenem swoją wersją piosenki „Czy mnie jeszcze pamiętasz?”, do której kupiła prawa autorskie. W jakim punkcie są nasze relacje?
– Nasze państwa, dwaj bezpośredni sąsiedzi, mają dziś silną potrzebę wzmocnienia architektury bezpieczeństwa oraz rozszerzenia współpracy gospodarczej. Wynika to z wydarzeń rozgrywających się poza granicami Niemiec i Polski. Obecnie musimy przeznaczyć niebagatelne środki na zapewnienie zdolności obronnych i bezpieczeństwa obywateli oraz dalsze istnienie naszych państw. Oznacza to również konieczność strategicznego dostosowania kierunku działań gospodarczych, tak aby ten proces się rozwijał.
Jaką rolę widzi pan teraz dla mniejszości niemieckiej, obecnej także w lokalnych władzach województwa opolskiego?
– Dostrzegam zbieżność celów i potrzeb Polaków oraz Niemców, co utwierdza mnie w przekonaniu, że jesteśmy partnerami idealnymi – czy to w kontekście obronności, gospodarki, czy kultury. Mniejszość niemiecka jest podmiotem wyjątkowo pasującym do roli budowniczego mostów między obydwoma społeczeństwami obywatelskimi. Poświęciłem wiele czasu, by zachęcać jej członków do realizacji tego celu, staraliśmy się ich pozyskać do uczestnictwa w tym procesie – skorzystać na tym mogą wszystkie zaangażowane strony. Nasze społeczeństwa lepiej się poznają i nawiązują współpracę. Zrealizowaliśmy wiele wspólnych projektów – także tutaj, w Opolu.
Brzmi to nieco idealistycznie, bo polska większość jest daleka od realnego kontaktu z niemiecką mniejszością i odwrotnie. Trudno takie relacje nawiązać – myślę o tych częściach Polski, gdzie więcej jest obaw niż doświadczenia ze współmieszkania, bycia sąsiadem.
– Moim celem była reforma i modernizacja projektów dla mniejszości. Odnieśliśmy w tym zakresie kilka sukcesów. Wspólnie – mam na myśli moją współpracownicę, „przewodniczkę” i tłumaczkę, panią Sandrę Cierniak – opracowaliśmy kilka podejść projektowych, które okazały się bardzo skuteczne. Zorganizowaliśmy np. razem festiwal uliczny w Opolu, którego wcześniej nie było. Podjęliśmy współpracę ze Stowarzyszeniem Pro Liberis Silesiae z Raszowej, związanym z dwujęzyczną szkołą Montessori, które wykonuje świetną pracę z młodzieżą, a to jest dla mnie priorytetem, bo to młodzi napędzają świat. Opracowaliśmy projekt współpracy z miastem Opole, udało nam się nawiązać dobre kontakty z opolskim magistratem – prezydent Arkadiusz Wiśniewski był w tej kwestii bardzo otwarty i pomocny. Zrobił to dla swojego miasta i jego mieszkańców – Polaków, Niemców, dla wszystkich. Pozostaję pod ogromnym wrażeniem tych działań.
Jakie wydarzenia były owocem tej współpracy?
– Zorganizowaliśmy np. na rynku w Opolu święto piwa dla Niemców, Polaków i Czechów – czegoś takiego też nie było, Opole organizowało takie wydarzenie wcześniej jedynie z Czechami. Zacieśniliśmy więzi z partnerskim miastem Ingolstadt – tamtejsi artyści i przedstawiciele kultury uznali nasz festyn uliczny za fantastyczne doświadczenie. Zobaczycie państwo niebawem – mnie już tu nie będzie – widowiskowy tradycyjny Schäfflertanz,
Chłodne smaki południa
Letnie zupy – orzeźwiają i sycą
W środku lata w jednym z popularniejszych w Polsce hipermarketów znajdziemy prawie 300 różnych owoców i warzyw. Niewykluczone, że jesienią, kiedy rodzimi rolnicy zbiorą kolejne dobra, liczba ta jeszcze się zwiększy.
Przed laty nie kupowaliśmy tego, co nam akurat było potrzebne, ale to, co „rzucili”. Na przykład latem od święta pojawiała się importowana z bratniej Bułgarii papryka. Ale mało kto wiedział, co i jak zrobić z tego egzotycznego wówczas warzywa. Dziś nasza wiedza o warzywnym sezonowym bogactwie jest nieporównywalnie większa niż kilkadziesiąt lat temu.
Ten, kto latem odwiedza naszych południowych sąsiadów, zauważy, że w tamtejszych sklepach wybór owoców, a warzyw w szczególności, jest uboższy niż u nas. Tak jest nawet na Węgrzech, gdzie klimat pozwala na uprawę większej ilości owoców i warzyw. Tamtejsza letnia kuchnia – z niewielkimi wyjątkami – pozostaje głucha na światowe trendy nakazujące ograniczyć ciężkie, mięsne potrawy na rzecz kuchni lekkiej, z przewagą warzyw sezonowych.
Od kilkunastu już lat Polacy przygotowują letnie sałatki z wykorzystaniem niemal całego sklepowego dobra. Powstały i wciąż powstają liczne bary sałatkowe. Ale i w naszej domowej kuchni sałatki warzywne zajmują coraz ważniejsze miejsce. Sałata grecka np. do naszego menu zawitała na trwałe. Warzywa (sezonowe i nie tylko), zazwyczaj w formie wymyślnych surówek, towarzyszą większości naszych potraw.
W gorące dni, których w roku mamy coraz więcej, problemem pozostają zupy. Gotowanie rosołu czy innych polskich zup wymaga stosunkowo długiego czasu. A co za tym idzie – dodatkowego nagrzewania mieszkań pozbawionych najczęściej klimatyzacji. Trudno wszak wyobrazić sobie, by popularne flaczki czy krupnik spożywać na zimno.
Na południu Europy z tym problemem poradzono sobie już dawno. I to nie dlatego, że większość mieszkań chłodzi klimatyzator. Tam także chętnie je się flaczki (np. w Turcji), ale one przypisane są raczej do jadłospisu zimowego. Sezonowość potraw na Półwyspie Iberyjskim czy Bałkańskim to jeden z ważniejszych wyróżników tamtejszej kuchni. To cecha, której w obliczu coraz dłuższych fal upałów warto poświęcić więcej miejsca.
Bułgarska recepta na upał
Chłodnik z botwinki jest smaczną i pełną witamin zupą. Ale w jej przypadku nie obejdzie się bez gotowania i dodatkowego ogrzewania i tak już zbyt ciepłych mieszkań. A gotowanie posiekanych buraczków i dodatków zajmie nam niewiele mniej czasu niż ugotowanie pomidorówki.
W Bułgarii i sąsiedniej Macedonii nie mają problemu z wyborem królowej letnich zup. Od wieków kulinarną palmę pierwszeństwa dzierży tam tarator. To chłodnik, w wersji klasycznej na bazie kwaśnego mleka, mniej lub bardziej rozcieńczonego wodą (skala zależy od preferencji).
Bułgarskie kwaśne mleko (kiseło mljako) jest wyjątkowe. Powstaje z mleka,
Przepustka do Mensy
Czy certyfikat wysokiej inteligencji oznacza lepsze życie?
Kolejka do sali konferencyjnej w Hotelu Novotel na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich w Warszawie ustawia się przed godz. 9 rano, 20 minut przed początkiem testu. Kolejne sesje – a na niedzielę przewidziano aż osiem takich wydarzeń dla grup po 25 zarejestrowanych osób – rozpoczynają się podobnie. Kandydat lub kandydatka okazuje dowód tożsamości, podpisuje na liście przydział miejsca i zgodę RODO, by wejść na salę, gdzie otrzyma zestaw zadań, głównie rysunkowych. Pozwolą one zmierzyć sprawność umysłową, zdolność szybkiego kojarzenia, znajdowania związków między figurami geometrycznymi, ciągami liczb itd.
Test na iloraz inteligencji przeprowadzają wykształceni psychologowie. Po godzinie prace są zbierane i idą do oceny. Pracy jest sporo. Jedna z oceniających zapewnia, że upora się z testami w ciągu pięciu dni, drugiej może to zająć dwa tygodnie, a nawet więcej.
Uczestnicy testów otrzymają wynik mejlowo, podobnie jak rejestrowali się na stronie Stowarzyszenia Mensa Polska, co wiązało się jeszcze z wpłatą 100 zł. Jeśli zaliczą test, czyli osiągną wynik co najmniej 130 pkt uprawniający do dołączenia do grupy górnych 2% populacji, czyli członków stowarzyszenia Mensa, otrzymają certyfikat wysokiego IQ. Jeśli zdobędą mniej punktów, mogą powtórzyć test w kolejnej sesji. W Warszawie odbędzie się ona 20 września 2026 r. Prawie każdego miesiąca Mensa organizuje sesje testowe w różnych miastach.
Wysoka punktacja to inteligencja, którą popularnie określa się mianem geniusza, natomiast przeciętny wynik oscyluje ok. 100. Ponad 68% populacji mieści się w granicach od 85 do 115 pkt. Wynik poniżej 70 kwalifikowany jest jako niemal niepełnosprawność intelektualna. Jednak sama punktacja w niewielkim stopniu determinuje rangę czy też sprawność życiową danej osoby, bo „geniusze” z najwyższą punktacją wcale nie muszą się wyróżniać w społeczeństwie.
Taka prawda o wysokim IQ może nawet zniechęcać do wstępowania do Mensy, w której za legitymację członkowską trzeba zapłacić i jeszcze co roku uiszczać 150 zł składki. Ale bywają wyjątki. Piosenkarka Doda, czyli Dorota Rabczewska, chwaliła się swego czasu,
Ostatni taki mundial
Futbol idzie w stronę pozasportowej rozrywki dla bogatych
Postawmy sprawę jasno – piłka nożna nigdy nie była sportem niewinnym. Już w latach 30. XX w., złotym okresie włoskiego futbolu, tamtejsza reprezentacja była jedną z ulubionych zabawek reżimu faszystowskiego i ważnym elementem jego propagandy. W 1938 r. Włosi grali nawet w czarnych koszulkach, a przed meczami wykonywali rzymski salut w kierunku trybun. Ich trener Vittorio Pozzo utrzymywał bardzo dobre relacje z faszystowskimi dygnitarzami, co później, w typowy sposób tłumaczono jako chęć obrony jego zawodników przed turbulencjami politycznymi.
Z kolei pół wieku później, w czasie argentyńskiego mundialu w 1978 r., świat patrzył, jak trofeum drużynie gospodarzy wręczał krwawy dyktator Jorge Videla, odpowiedzialny za stworzenie brutalnego systemu tortur i represji. Niektóre mundialowe spotkania odbywały się tak blisko więzień, że przetrzymywani w nich opozycjoniści mogli w celach słyszeć wiwatujących kibiców. A żeby mistrzostwa przebiegły po myśli organizatorów, prawdopodobnie wywierano presję na arbitrów.
Żeby wejść do finału, Argentyna musiała pokonać Peru stosunkiem co najmniej czterech goli – w przeciwnym razie kwalifikowała się do niego Brazylia. Brazylijczycy bezskutecznie prosili organizatorów o jednoczesne rozpoczęcie ich spotkania i meczu gospodarzy. W dodatku Videla odwiedził sędziego i Peruwiańczyków w szatni przed pierwszym gwizdkiem. Argentyna wygrała 6:0, znalazła się w finale i triumfowała w rozgrywkach.
Komercjalizacja bez granic
Na tym tle afera wokół Folarina Baloguna, napastnika reprezentacji USA, którego czerwona kartka została anulowana po osobistej interwencji Donalda Trumpa, wygląda na niewinną przysługę bez konsekwencji. Balogun to wszak piłkarz niezły, ale żaden z niego fenomen,








