Tag "partie polityczne"

Powrót na stronę główną
Kraj

Długa lista rozłamów Kaczyńskiego

Nigdy nie miał skrupułów, by rozbijać inne partie

Nigdy wcześniej nie było w Polsce tak długowiecznego lidera partyjnego jak Jarosław Kaczyński. Ćwierć wieku Prawa i Sprawiedliwości, a wcześniej cała dekada Porozumienia Centrum nie były jednak czasem niekwestionowanego przywództwa prezesa tych ugrupowań. Przeciwnie – historia PC i PiS toczyła się w rytm kolejnych rozłamów dokonywanych przez tyleż ambitnych, co zbyt samodzielnych polityków, dla których nigdy nie było miejsca w formacji Kaczyńskiego. Jednocześnie warto pamiętać, że sam Kaczyński nigdy nie miał skrupułów, by inspirować rozłamy w innych ugrupowaniach, jeśli tylko mógł z tego odnieść doraźne korzyści.

Wymiana kadr

Wszak utworzenie w maju 1990 r. Porozumienia Centrum nie było niczym innym, jak pierwszym rozłamem w wielkim obozie Solidarności, którego polityczną reprezentację od wiosny 1989 r. stanowił ruch komitetów obywatelskich. Jarosław Kaczyński dokonał tego rozłamu, nie kryjąc, że jego celem jest „przyśpieszenie”, które miało polegać na szybkiej wymianie kadr państwowych z PRL-owskich na solidarnościowe. W jego opinii nie robił tego wystarczająco szybko rząd Tadeusza Mazowieckiego, dlatego Kaczyński oskarżył premiera o prowadzenie polityki „grubej kreski” i zaczął go publicznie atakować. Wykorzystał przy tym prezydenckie ambicje Lecha Wałęsy, organizując PC jako koalicję różnorodnych środowisk wspierających lidera Solidarności w drodze do Belwederu. Stąd też początkowo w PC znalazły się małe ugrupowania chadeckie, ludowe, a nawet Kongres Liberalno-Demokratyczny, czyli partia Donalda Tuska i jego kolegów.

Dopiero zwycięstwo wyborcze Wałęsy w grudniu 1990 r. pozwoliło Kaczyńskiemu przekształcić PC w jednolitą partię. Na jej prezesa został wybrany na pierwszym kongresie, który odbył się w marcu 1991 r. Nie było tam już wtedy ani gdańskich liberałów, ani solidarnościowych ludowców, ani chadeków spod znaku mecenasa Władysława Siły-Nowickiego, a Jarosław Kaczyński był jedyną rozpoznawalną postacią w nowej partii. Wybrano go większością 368 głosów, podczas gdy jedyny kontrkandydat otrzymał zaledwie 40 (był nim zupełnie zapomniany później Janusz Andruszkiewicz).

Trudno temu się dziwić: lider PC był już wtedy szefem Kancelarii Prezydenta, zatem jego ugrupowanie uchodziło za „wałęsowską partię władzy”, do której lgnęło wielu karierowiczów, w tym dawnych działaczy PZPR, ZSL, SD czy PAX – mimo że PC głosiło hasło dekomunizacji. Mało kto wtedy zdawał sobie sprawę, że relacje między Kaczyńskim a Wałęsą są coraz gorsze i tylko dzięki wejściu do Sejmu jesienią 1991 r. (wcześniej byli senatorami) braciom Kaczyńskim udało się uniknąć spektakularnego wyrzucenia z Belwederu.

W tych pierwszych całkowicie demokratycznych wyborach parlamentarnych wystawiono kilkadziesiąt list, a wśród nich Porozumienie Obywatelskie Centrum – sojusz PC z częścią działaczy komitetów obywatelskich oraz niewielką grupą ludowców pod wodzą Romana Bartoszczego, noszącą patetyczną nazwę Polskie Forum Ludowo-Chrześcijańskie „Ojcowizna”.

Pierwotnym planem Kaczyńskiego był wspólny start wyborczy z odrodzonym PSL, którego solidarnościowy ludowiec Bartoszcze był pierwszym prezesem, jednak plany te pokrzyżowała większość dawnych działaczy ZSL. W czerwcu 1991 r. doprowadzili oni do odwołania prezesa (nowym został młody Waldemar Pawlak) i samodzielnego startu w wyborach, Bartoszcze zaś dokonał rozłamu, który jednak w niczym nie zagroził PSL.

Na listę POC w 1991 r. padło prawie milion głosów (8,71%) – dało to Kaczyńskiemu 44-osobowy klub w Sejmie. On sam miał wówczas zaledwie 42 lata, co w elitach postsolidarnościowych stawiało go na niezbyt wysokiej pozycji. Dlatego musiał wykreować na premiera kogoś starszego i z większym autorytetem – znanego adwokata Jana Olszewskiego.

Rozłam dotkliwy, ale niejedyny

Nowy gabinet przetrwał zaledwie pół roku, skutecznie konfliktując się z większością ugrupowań i z prezydentem Wałęsą, lecz z punktu widzenia Kaczyńskiego najgorsze było to, że premier zupełnie nie liczył się z jego przywództwem. Toteż nie było wielką niespodzianką, że niedługo po upadku rządu

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Pytanie Tygodnia

Młodzieżówki partyjne – kuźnie kadr czy fabryki karierowiczów?

Dr Krzysztof Janik,
politolog, były minister MSWiA oraz były szef SLD

Są wiernym odbiciem ducha partii. Jeśli partia ma ideę, młodzieżówka też jest ideowa; jeśli chce tylko władzy – młodzieżówka staje się maszynką do robienia kariery. Kiedyś na lewicy mieliśmy świetne środowiska młodzieżowe, z których wyrośli Zandberg, Nowacka czy Sylwia Pusz; dobrze było też w Unii Wolności. To była szkoła przygotowania do polityki. Sam uczyłem się współdziałania za młodu – w harcerstwie, ZMW i ZSMP. Niestety, przez ostatnie 20 lat partie zatraciły tożsamość. Dziś młodzi idą tam nie po to, by więcej rozumieć, ale żeby ustawić się w życiu i wybrać ten specyficzny, czasem śmieszny zawód polityka. Zapominamy, że bycia w kolektywie uczy się za młodu, potem jest za późno. Kto tego nie potrafi, w polityce będzie ułomny, zostanie co najwyżej administratorem.

 

Piotr Szumlewicz,
dziennikarz i związkowiec

Młodzieżówki to niestety w większości fabryki karierowiczów w najgorszym znaczeniu tego słowa. Zamiast uczyć się i rozwijać zawodowo, młodzi ludzie całe życie podporządkowują karierze politycznej. Od liceum są cyniczni, konformistyczni, bezwzględni. Nie wiedzą, czym jest krytyczne myślenie, i nie mają doświadczenia na rynku pracy. Ich cel to noszenie teczek posłom i zdobycie miejsca na listach. To droga dysfunkcjonalna dla partii i dla nich samych. Zamiast ekspertów czy wizjonerów mamy ludzi, którzy nic nie wiedzą o świecie, są

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Pytania o rolę mediów

Karierowicze i lizusy zawsze są do usług

Piszcie tak dalej, to zobaczycie PiS u władzy… Mamy coraz więcej tego typu mejli, telefonów. Są reakcją na materiały, które krytykują różnych ministrów czy urzędników z poręki obecnej władzy. To bardzo ciekawe zjawisko. I warto mu się przyjrzeć.

Słuszni i czujni

Zacznijmy od tych, którzy próbują nas przestrzec przed niewłaściwym pisaniem. Ewidentnie traktują oni dziennikarzy jak żołnierzy walczących na politycznym froncie. Tak postrzegają politykę – nie jako debatę publiczną, nie jako poprawianie Polski, tylko jako bijatykę: my kontra oni. I nawet – są na ten temat badania – nie wymagają od dziennikarzy rzetelnego przedstawienia rzeczywistości. Niech kłamią – ważne, żeby w słusznej sprawie.

Tym czytelnikom mogę jedynie odpowiedzieć, że mamy inny pogląd na politykę i rolę mediów. Oczywiście my też wiemy, że powrót PiS do władzy nie byłby dobrym rozwiązaniem dla Polski, ale walka z PiS to nie zadanie dla dziennikarzy. Z PiS niech walczy rządząca koalicja, i – podpowiadam – najskuteczniej będzie to robić wtedy, kiedy będzie dobrze rządziła.

A dziennikarze? Naszym zadaniem jest pisać tak, jak świat postrzegamy. Czy z tego powodu PiS wróci do władzy? Nie wiem. Wiem za to, że gdy zacznę pisać tak, jak życzą sobie obrońcy obecnej koalicji, PiS do władzy wróci na pewno.

Dlaczego tak się stanie? Z prostego powodu – jest grupa czytelników, wyborców, którzy chcą wyjść poza mierność obecnej debaty. Którym nie odpowiadają tzw. przekazy dnia. Oni nikomu w ciemno nie oddają swojego głosu. Szukają dobrych pytań i dobrych odpowiedzi. Tylko porządne dziennikarstwo może do nich dotrzeć. No i muszą zobaczyć, że rządzący wyciągają wnioski ze swoich błędów. Ale żeby ci mogli wnioski wyciągnąć, muszą najpierw błędy zobaczyć. A tylko niezależne media mogą je wskazać, te „swoje” tym się nie zajmują…

Po co nam media?

Zadaniem mediów jest patrzeć na rzeczywistość i pokazywać ją tak, jak wygląda. Tylko takie media mają rację bytu. To jest też nasza cywilizacyjna norma.

Gdy PiS było u władzy, podjęło próbę zbudowania „swoich” mediów i wypchnięcia tych liberalnych i lewicowych na całkowity margines. Ta operacja częściowo się udała. Głównie za sprawą milionów, które pompowano w „swoje” media. I niestety za sprawą dziennikarzy tych mediów, którzy taki model funkcjonowania kupili. Chwalili PiS, krytykowali opozycję – z obserwatorów rzeczywistości, analityków, tych, którzy stawiają ciekawe pytania, przekształcili się w agresywnych politruków.

Straszne byłoby, gdyby strona liberalna i lewicowa weszła w ten schemat działania. Nastąpiłoby wtedy domknięcie systemu. Zbudowalibyśmy system, w którym nie ma debaty publicznej, jest tylko wzajemne opluwanie. A czytelnicy nie są partnerami, z którymi się rozmawia, lecz widzami tej bijatyki. Zamiast auli mamy MMA. Zamiast ważkich argumentów – „zaorywanie”.

Dlatego tak ważne jest, by media

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Olek Miszalski padł

Gra o tron Krakowa rozegra się w trójkącie KO-PiS-Gibała

W referendum za odwołaniem Aleksandra Miszalskiego, prezydenta Krakowa, głosowało 171 tys. obywateli i to wystarczyło do jego odwołania w mieście liczącym 810 tys. mieszkańców. W 2024 r. Aleksander Miszalski zwyciężył przy niskiej frekwencji, uzyskując 133 tys. głosów i pokonując kontrkandydata, Łukasz Gibałę, 5434 głosami. Gibała, wieczny kandydat na prezydenta Krakowa, siostrzeniec Jarosława Gowina, przegrał wybory po raz trzeci, zadając kłam powiedzeniu, że do trzech razy sztuka. To jemu przypisuje się sprawczość i główne finansowanie komitetu organizacyjnego referendum w sprawie odwołania prezydenta miasta. I on chciałby być głównym beneficjentem referendalnego sukcesu.

Rada miasta ocalała, choć niewiele brakowało, by podzieliła los prezydenta. W wyborach do rady miasta Koalicja Obywatelska, mająca na pokładzie kandydatów Lewicy, zdobyła 118 641 głosów. Na pozostałe komitety, z których część nie uzyskała mandatów, głosowały 177 133 osoby. Taki wynik dał Koalicji bezpieczną większość w radzie miasta.

Pierwszy rzut oka mógłby sugerować, że przeciwnicy prezydenta po prostu zmobilizowali swoich wyborców. Oznacza to również, że nawet gdyby prezydent przekonał do udziału w referendum wszystkich swoich zwolenników, efekt byłby taki sam. Porażka po części wynikała ze słabego mandatu wyborczego prezydenta i słabnącej pozycji PO/KO w Krakowie. Warto przypomnieć, że po upokarzających klęskach w kolejnych wyborach na prezydenta miasta PO w 2018 r. przyłączyła się do Jacka Majchrowskiego, tworząc wspólny z jego kandydatami komitet wyborczy.

W wyborach w 2024 r., po długo odkładanym zakończeniu rządów Jacka Majchrowskiego, KO nie przeprowadzała procesu prawyborów kandydata. Aleksander Miszalski, pełniący funkcję przewodniczącego partii w Małopolsce (od 2017 r.), sam się ogłosił kandydatem. Co prawda, musiał czekać prawie trzy miesiące na zatwierdzenie swojej kandydatury przez Donalda Tuska, ale nominację uzyskał i wybory, choć w niezbyt imponującym stylu, wygrał.

Jak się okazało, rządził w sumie tak, jak zgłosił się do wyborów. Samodzielnie.

Rządy rozpoczął od konfliktu ze swoim koalicjantem, Lewicą. Wbrew postanowieniom umowy koalicyjnej powołał wiceprezydentów bez konsultacji z koalicjantem, a jednego, a właściwie jedną – wbrew niemu. O tym, skąd w Krakowie na funkcji zastępczyni prezydenta znalazła się urzędniczka z Sopotu, współpracowniczka Jacka Karnowskiego, huczało od wiosny do wiosny, a nawet do jesieni. W efekcie radni Lewicy formalnie wyszli z klubu radnych i koalicji rządzącej. Faktycznie współpraca trwała, choć była raz bardziej, raz mniej szorstka.

Zrozumiałe więc, że w poniedziałek, tuż po ogłoszeniu wyników referendum, Włodzimierz Czarzasty ogłosił, że Aleksander Miszalski nie był w koalicji z Lewicą. Marszałek Sejmu i szef Lewicy zostawił odwołanego prezydenta samego ze swoją porażką. Można, a nawet trzeba się zastanawiać, co oprócz bardzo

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Sejmie, zrób coś!

Szanować Hołownię? Jego sprzeciw wobec politycznego duopolu wzbudził kiedyś tyleż entuzjazmu, co wątpliwości, bo czyż trzeba było zmiękczać w ten sposób walkę demokratów? W dodatku Hołownia zaprzeczył sam sobie: będąc częścią Koalicji 15 Października, sam musiał stać się stroną tegoż duopolu. Usiłował zaznaczać swą odrębność, lecz to było raz groźne, raz groteskowe, a zawsze czynione wbrew koalicji.

I przecież to właśnie Hołownia pogrzebał szanse demokratów w wyborach prezydenckich. Jako „ten trzeci” wcisnął się między Rafała Trzaskowskiego i Karola Nawrockiego, a w uczyniony przez niego wyłom weszli inni, również z tego samego demokratycznego obozu. Za późno było apelować o jedność przed drugą turą: Hołownia stał się faktycznym ojcem chrzestnym prezydentury Nawrockiego. Dopiero więc dziś widać: jemu nie chodziło o duopol – chodziło o siebie. Z tonącego okrętu kapitan schodzi ostatni – Hołownia zszedł pierwszy, a okręt zostawił i udał się na poszukiwanie nowej przygody. Zostawił też ludzi, którzy mu zaufali. Dla Polski demokratycznej okazał się szkodnikiem, dla swych wyborców – oszustem.

Szanować Hołownię? Mimo wszystko można by było. Wszak nie tylko odnowił Sejm, ale podjął co najmniej jedną sprawę o znaczeniu fundamentalnym. Gdy bowiem rzecznik praw obywatelskich Marcin Wiącek uznał w styczniu tego roku, że tryb ewentualnego wyjścia Polski z Unii Europejskiej jest niezgodny z konstytucją, to właśnie Hołownia wziął ten problem na barki. Rzeczywiście, byłoby nielogiczne, gdyby decyzja narodu, wyrażona swego czasu w referendum, mogła być unieważniona przez ustawę sejmową uchwaloną zwykłą, może i przypadkową, większością głosów. Donald Tusk jeszcze za rządów PiS przestrzegał przed scenariuszem wyjścia Polski z UE znienacka, na nocnym posiedzeniu Sejmu, co potwierdzone by zostało natychmiastowym podpisem prezydenta Dudy

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Co Kaczyński zrobił Andrzejowi Lepperowi?

Chciał go wyeliminować z życia politycznego

– Według mnie Lepper został zamordowany. Ale został zamordowany przez ludzi ze swoich środowisk, dlatego że chciał powiedzieć prawdę o tym, jak to było przy końcu naszej władzy, przejść na drugą stronę – mówił niedawno w Kwidzynie Jarosław Kaczyński. – Ja Leppera znałem dosyć dobrze – dodawał – i mogę powiedzieć, że jeżeli on był skłonny do popełnienia samobójstwa, to jestem skoczkiem wzwyż.

Rozdrapywanie ran, a Kaczyński jest w tym arcymistrzem, spotkało się z odpowiedzią. – Kaczyński głupoty gada. Już powinien odejść na emeryturę, a nie takie farmazony wygadywać – zripostował syn Andrzeja Leppera, Tomasz. – Przecież to jego ludzie, Wąsik i Kamiński, zostali skazani prawomocnymi wyrokami sądu w aferze gruntowej.

W sprawie zabrał też głos Radosław Sikorski. „Jarosław Kaczyński teraz twierdzi, że wicepremier Andrzej Lepper został zamordowany. W pewnym sensie się zgadzam. Do politycznego i finansowego zniszczenia go i późniejszego samobójstwa przyczynili się dranie, którzy sfingowali aferę gruntową, za co zostali skazani”, napisał na platformie X, wskazując na Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika. „Kaczyński zrobił ich ponownie ministrami, aby znowu mogli niszczyć ludziom życie, tym razem przy pomocy Pegasusa. Dwukrotnie ułaskawił ich pisowski prezydent, a dziś są pisowskimi europosłami. Hańba kanaliom i ich patronom”.

Oto bolesne rany polskiej polityki, nasza pamięć znów ma je przed oczami. I pytania, które się nasuwają: po co Kaczyński te rany rozdrapuje? Czego chce?

Andrzej Lepper zmarł 5 sierpnia 2011 r. Prokuratura szybko uznała, że popełnił samobójstwo. Śledczy nie stwierdzili, aby ktokolwiek nakłaniał go bądź udzielał mu pomocy w targnięciu się na własne życie. Jego pokój był zamknięty od środka. Na sznurze nie znaleziono śladów DNA innych osób. Nie jego ciele nie było zadrapań ani śladów walki, a w jego organizmie nie stwierdzono substancji odurzających. Przyjęto, że odebrał sobie życie, bo uznał, że jako polityk jest skończony, nigdy też nie zdoła spłacić długów, którymi był obciążony.

Ale wciąż żyje teoria, że Lepper został zamordowany. Sławomir Izdebski, jego bliski współpracownik, mówił mediom: „Andrzej nigdy nie otwierał okna, nie znosił bałaganu, był pedantem. Nagle w dniu jego śmierci okna są otwarte, wszędzie jest syf i brud. To jest niemożliwe! Rusztowanie obecne w dniu śmierci było postawione pod oknem Leppera. Nie miało to sensu, ponieważ remont był zakończony. W momencie jego śmierci wyłączony został monitoring, wydano komunikat, że nie było prądu, ale prąd był! Działała lodówka, programy na komputerze. Dlaczego sejf został otwarty?”.

Biuro było zamknięte od wewnątrz, ale ewentualny zabójca mógł wejść i wyjść oknem, po rusztowaniu. Dodajmy, że w biurze znaleziono ślady obuwia dwóch osób. Nie wiadomo, kim te osoby były i skąd się wzięły ślady.

Wiele też mówi się o dokumentach, które miał Lepper, a które zniknęły. Izdebski: „Andrzej Lepper miał wiele informacji, które wstrząsnęłyby wymiarem sprawiedliwości, miał ujawnić szokujące dokumenty Jarosławowi Kaczyńskiemu. Te dokumenty zostały skradzione. Następnie jego prawnik, który posiadał kopie, również został zamordowany”.

O jakie dokumenty mogło chodzić? Mówiono, że dotyczyły polsko-rosyjskich negocjacji gazowych.

Prokuratura dość łatwo poradziła sobie z tymi teoriami.

Legenda o negocjacjach gazowych narodziła się w kręgach „Gazety Polskiej”, to jej naczelnemu Tomaszowi Sakiewiczowi Lepper miał rzekomo o tym mówić w wywiadzie udzielonym mniej więcej rok przed swoją śmiercią. Prokuratura przesłuchała nagranie – nic z niego nie wynikało.

Otwarte okno?

Mówił o tym w Sejmie, podczas posiedzenia

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Kościół, prawica, władza

Polityczny klerykalizm prawicy i prawicowe zaangażowanie kleru trzymają się mocno

„Wygrał Karol Nawrocki. Jest to nauczka dla Platformy Obywatelskiej, że w katolickiej Polsce nie wystawia się kandydata, który zwalcza krzyż, popiera aborcję i LGBT”. W ten sposób skomentował ostatnie wybory prezydenckie prof. Maciej Giertych, sędziwy już działacz narodowo-katolicki, prywatnie ojciec posła Romana Giertycha.

O tym, czy Polska jest rzeczywiście katolicka, można by długo dyskutować. Jesteśmy bowiem krajem, który bije rekordy – własne i europejskie – pod względem wzrostu liczby rozwodów, a spadku liczby nowych małżeństw oraz dzietności, jak również powszechnego tolerowania kłamstwa i złodziejstwa w życiu publicznym, co zapewne oznacza, że w prywatnym także. Stan moralny polskiego społeczeństwa i jego elit wygląda więc raczej na porażkę Kościoła katolickiego. Z samą religijnością, nawet tą „na pokaz”, też jest coraz gorzej, o czym świadczą nawet kościelne dane dotyczące uczestnictwa wiernych w niedzielnych mszach i młodzieży w szkolnych lekcjach religii. Na kryzys Kościoła wskazuje poza tym dramatyczny spadek liczby powołań, co zmusza kolejne diecezje do zamykania seminariów duchownych.

Jednak dla większości duchowieństwa, a zwłaszcza dla hierarchii kościelnej, liczy się co innego – wpływ na państwo i jego władze. „Katolicka Polska” to Polska rządzona przez ludzi, którzy gwarantują nienaruszalność interesów materialnych oraz nietykalność prawną samego kleru, a w niektórych kwestiach m.in. (takich jak wspomniane przez prof. Giertycha aborcja i LGBT) zapewniają utrzymanie konserwatywnego status quo. Tacy ludzie są i zawsze byli we wszystkich obozach politycznych, może poza lewicą, choć znaczenie tej ostatniej jest dziś marginalne, więc jej postulaty mało kto traktuje poważnie.

Prof. Maciej Giertych jednak trafnie zdiagnozował główną przyczynę drugiej już wyborczej porażki Rafała Trzaskowskiego. Kandydatura prezydenta Warszawy zmobilizowała bowiem całą „katolicką Polskę” w stopniu niespotykanym przy wszelkich innych wyborach. Perspektywa, że prezydentem RP może zostać „tęczowy Rafał”, uczestniczący w Paradach Równości i zakazujący wieszania symboli religijnych w stołecznych urzędach, podziałała na miliony Polaków jak płachta na byka. Tu już nie chodziło o sukces czy porażkę rządu Donalda Tuska. To był symboliczny bój o wszystko: czy głową państwa zostanie „lewak”, czy jednak „Polak katolik”, choćby nawet z szemraną przeszłością i bez żadnego doświadczenia politycznego. Roznoszący się po prawicowym internecie slogan „byle nie Trzaskowski” stał się kluczowym hasłem tej kampanii, czego nie rozumieli (i być może do dziś nie rozumieją) członkowie sztabu wyborczego i inni politycy KO, zdumieni skalą mobilizacji wyborców Nawrockiego.

Tęczowy lewak

A przecież to nie Nawrocki wygrał te wybory swoimi talentami, ale Trzaskowski przegrał je swoją czarną legendą. Nawrocki skorzystał tylko z okazji, jaką był pojedynek z kandydatem uchodzącym za tęczowego lewaka. Identyczną okazję wykorzystał pięć lat wcześniej Andrzej Duda, zapewniając sobie reelekcję dzięki wygranej z tym samym reprezentantem Platformy, przeciw któremu zmobilizowała się cała „katolicka Polska”. Czy można było się spodziewać, że w 2025 r. będzie inaczej?

O tę mobilizację milionów wyborców w kluczowych dla Polski momentach decyzji wyborczych zawsze dbają biskupi i proboszczowie. Jesteśmy bowiem chyba ostatnim krajem w Europie (a może i na świecie?), w którym hierarchowie Kościoła nie mają skrupułów przed uprawianiem z ambon nie tylko politycznej, ale wprost partyjnej propagandy. O tym jednak przynajmniej dowiadujemy się z mediów. Natomiast nikt nie jest w stanie policzyć i ocenić zaangażowania duchowieństwa parafialnego i zakonnego – ludzi, którzy mają codzienny kontakt z wiernymi. Wystarczy udać się przed wyborami na niedzielną mszę do przeciętnego kościoła na polskiej wsi lub w małym mieście, by zrozumieć, skąd się biorą sukcesy tak miernych postaci jak Duda czy Nawrocki oraz popierającej ich partii.

Polski kler bowiem jednoznacznie postawił na prawicę i tak jest od początku III RP. Po trwającej niemal pół wieku, wymuszonej, lecz jakże opłacalnej dla Kościoła „kolaboracji” z władzami Polski Ludowej, w czerwcowych wyborach 1989 r. duchowieństwo zmieniło polityczny front, gremialnie angażując się w kampanię Komitetu Obywatelskiego Solidarność, którego kandydaci z braku własnych struktur terenowych zwykle korzystali z możliwości organizacyjnych parafii. Już wtedy zresztą dały o sobie znać prawicowe preferencje niektórych hierarchów, o czym świadczył przypadek znanego działacza KOR i PPS Jana Józefa Lipskiego, którego senacką kandydaturę w okręgu radomskim próbował utrącić tamtejszy biskup Edward Materski.

W pierwszych całkowicie wolnych wyborach parlamentarnych jesienią 1991 r. zaangażowanie Kościoła było jeszcze większe. Po rozpadzie obozu solidarnościowego biskupi i proboszczowie aktywnie poparli rodzące się masowo ugrupowania prawicowe, zwłaszcza

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Szymon, coś ty narobił?

Hołownia ma dość polityki. Ale to dopiero początek kłopotów

Informację o wycofaniu się z krajowej polityki Szymon Hołownia opatrzył słowami: „Po całym tym szambie, przez które przeszedłem, radość daje myśl, że mógłbym znów znaleźć się tam, gdzie można znów skupić się na języku, który znam z mojego »poprzedniego« życia, a który rozumie każdy człowiek, niezależnie od poglądów, wyznania, języka czy koloru skóry: języka chleba, opatrunku, przytulenia, nadziei”.

Tak oto marszałek Sejmu i szef koalicyjnej partii Polska 2050, liczącej 30 posłów, ogłosił, że w styczniu 2026 r., podczas kongresu partii, nie będzie się ubiegał o stanowisko jej przewodniczącego. Zapowiedział, że zamierza kandydować na stanowisko wysokiego komisarza ONZ ds. uchodźców. A niezależnie od tego, czy wywalczy stanowisko w ONZ, czy nie (szanse ma nieduże), kończy przygodę z polityką. Bo to szambo.

I teraz pozostają pytania: czy kończy bezpowrotnie? Czy Polska 2050 po jego odejściu ma szansę na polityczne życie, czy jej rozpad jest nieunikniony? Co to oznacza dla obecnej koalicji i dla jej przyszłości? Czego możemy się spodziewać?

Projekt dobrze skrojony

„Szymon chciał być prezydentem. I w zasadzie tylko to go interesowało” – to opinia osoby z jego bliskiego otoczenia. Gdy więc przegrał wybory w 2020 r., zamierzał zakończyć przygodę z polityką. Ale okazało się, że nie jest to łatwe. Zbyt wiele w jego start zostało zainwestowane – zbyt wielu ludzi zaangażowało się w projekt, który Hołownia firmował swoim nazwiskiem, by mógł się wycofać. Stowarzyszenie przekształcono zatem w partię.

Partia była nietypowa, bo jej formalny lider nie miał ani chęci, ani głowy do kierowania nią. Ugrupowaniem zarządzała więc trójka: Michał Kobosko, Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz i Jacek Cichocki. Sporo ich łączy.

Jacek Cichocki, socjolog, to były dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich, potem m.in. sekretarz Kolegium ds. Służb Specjalnych oraz minister spraw wewnętrznych w rządzie Donalda Tuska i szef kancelarii premiera w rządzie Ewy Kopacz. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz też skończyła socjologię. Też pracowała w Ośrodku Studiów Wschodnich. Stamtąd przeszła do MSZ na stanowisko podsekretarza stanu, a w 2014 r. wyjechała do Moskwy, gdzie była ambasadorem. Kobosko najpierw pracował w mediach, był m.in. redaktorem naczelnym „Newsweeka” i „Wprost”, a w latach 2013-2019 dyrektorem warszawskiego biura amerykańskiego think tanku Atlantic Council.

To byli administratorzy projektu, którego twarzą został Szymon Hołownia – mówca, showman, celebryta, manifestujący przywiązanie do wiary katolickiej, szef Religia.tv. Pomysł był udany – Hołownia szybko zdobył poparcie sporej części Polaków.

Już po wyborach z 2020 r., gdy zdecydowano się inicjatywę podtrzymywać, rozpatrywana była inna droga – połączenie sił Hołowni, Trzaskowskiego i Kosiniaka-Kamysza. Trzech młodych, energicznych, jak niegdyś Olechowski, Płażyński i Tusk. Nawiązań do Platformy Obywatelskiej, jej korzeni, jest zatem sporo. PO zbudowała się przecież na zwłokach słabnącej Unii Wolności. W roku 2020 słabła Platforma… Ale w 2022 r. do Polski wrócił Donald Tusk. I wszystko się zmieniło.

Gdy powstaje nowy ruch, zbiegają się pod jego sztandary różni ludzie, reprezentujący różne środowiska. Mogą być atutem, ale mogą też być kłopotem. Gdy więc w Sejmie poprzedniej kadencji do Hołowni zaczęli się zgłaszać posłowie lewicy, Michał Kobosko uprzejmie im dziękował, tłumacząc, że nie chce, aby nowe ugrupowanie przechyliło się zbytnio w lewo, że zależy mu również na osobach z prawej strony sceny. I tak to zostało skonstruowane – w poprzednim Sejmie powstało koło ugrupowania Polska 2050, którego przewodniczącą została Hanna

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Powtórka z rozrywki

Byli działacze partyjni o wybujałym ego założyli partię, obiecując Polakom nowe otwarcie i jakość w polityce

„My, stojący tutaj, wyobraźmy sobie nową, lepszą Polskę. Polskę, która się rozwija bez podziałów, bez dzielenia na lepsze i gorsze strony, skupiającą ludzi, którym chce się chcieć, którzy mają doświadczenie, mają wiedzę i chcą tę Polskę zmieniać na lepsze” – tak senator Wadim Tyszkiewicz zaprezentował Nową Polskę – nowy byt na polskiej scenie politycznej.

Nawijanie makaronu na uszy

Według zapowiedzi Nowa Polska ma być ugrupowaniem konserwatywno-liberalnym, zerwać z systemem wodzowskim i opierać się na „wybitnych” samorządowcach i przedsiębiorcach. Senator Tyszkiewicz mówił, że taka partia rozsądku jest potrzebna, gdyż formacje obecnie funkcjonujące nie są w stanie się porozumieć nawet w najważniejszych sprawach i dlatego w ostatnich latach instytucje państwa „zostały zniszczone albo osłabione”. „W tej sytuacji potrzebna jest Nowa Polska, czyli partia ludzi odpowiedzialnych, odważnych, którzy odważą się podejmować reformy państwa”, zapewniał.

Już gdzieś słyszałem tę śpiewkę. To samo mówili Paweł Kukiz, Ryszard Petru i Szymon Hołownia, gdy zakładali swoje partie, a jak to się skończyło – dobrze wiemy. Taką gadkę dr Mirosław Oczkoś, specjalista ds. wizerunku i marketingu politycznego, nazywa nawijaniem makaronu na uszy. Poza tym szacowny senator opowiada bzdury. Niemożliwe jest funkcjonowanie partii bez lidera i centrum zarządczego. Taki byt rozpadnie się przy pierwszej okazji, np. podczas negocjowania warunków koalicji rządowej lub w czasie kryzysu. Nieprawdą jest też, że instytucje państwowe w ostatnich latach zostały osłabione lub zniszczone, bo partie nie mogły się porozumieć. Stało się tak dlatego, że PiS miało taką wizję państwa i nawet protesty społeczne ani groźby instytucji międzynarodowych nie powstrzymały Jarosława Kaczyńskiego przed demolką wymiaru sprawiedliwości. Poza tym nawet ostry spór i różne wizje funkcjonowania państwa nie są niczym nagannym.

Starzy znajomi

Prezesem Nowej Polski został senator Zygmunt Frankiewicz, 70-latek, były wieloletni prezydent Gliwic. Frankiewicz w polityce funkcjonuje od 35 lat. Związany był z Kongresem Liberalno-Demokratycznym, potem z Unią Wolności, a w 2001 r. został jednym z założycieli Platformy Obywatelskiej na Śląsku. W 2007 r. odszedł z Platformy, bo chciał organizować na własną rękę konferencję programową, na której mieli być obecni politycy i działacze skonfliktowani z Donaldem Tuskiem. Uznano to za przejaw nielojalności i wstęp do rozłamu w partii.

Senator Wadim Tyszkiewicz, długoletni prezydent Nowej Soli, też sroce spod ogona nie wypadł. Nie tylko współtworzył Nowoczesną Ryszarda Petru, ale również był członkiem jej 10-osobowego zarządu. „Nie mogłem dalej stać z boku, sumienie nie pozwalało. Także ze strachu, boję się, że stracimy wszystko, co się udało w Polsce osiągnąć w ostatnich latach. Zaprzepaścimy rozwój. A osiągnęliśmy dużo, Polska dziś, a ta sprzed 10 lat, to dwa różne światy”, mówił w 2016 r., choć przygodę z Nowoczesną szybko zakończył. W 2019 r. prezydent Nowej Soli został po raz pierwszy senatorem (startował z własnego komitetu wyborczego). „Podjąłem decyzję, że czas powalczyć o lepszą Nową Sól, lepsze Lubuskie i lepszą Polskę na innej, ogólnopolskiej płaszczyźnie. Mam świadomość obecnej sytuacji politycznej i ryzyka, jakiego się podejmuję. Dla mnie parlament to żaden awans, to trudne wyzwanie, którego finał jest wielką niewiadomą. Dla mnie strefa komfortu jest dzisiaj tutaj, w Nowej Soli, na co pracowałem 17 lat”, prawił samorządowiec.

Twarzą Nowej Polski ma być prezydent Szczecina Piotr Krzystek, dawny działacz Platformy Obywatelskiej. Z partii odszedł w 2010 r. w wyniku konfliktu. Lokalni działacze wytykali mu zawiązywanie nieformalnych sojuszy i to, że nie potrafił współpracować. „Przez moment uwierzyłem Piotrowi Krzystkowi, że chce grać z nami w jednej drużynie, ale się pomyliłem”, mówił Stanisław Gawłowski, szef zachodniopomorskiej PO.

Pod rękę z PiS

Wyjątkowo barwną postacią wśród założycieli Nowej Polski jest prezydent Opola Arkadiusz Wiśniewski, były radny tego miasta z ramienia PO. Z partią pożegnał się, gdy współtowarzysze zarzucili mu próby rozbicia klubu w radzie miasta. W 2014 r. polityczny banita został nieoczekiwanie prezydentem Opola. Nieoczekiwanie, bo na tym stołku wszyscy widzieli Patryka Jakiego. Jednak ten ku zdumieniu mieszkańców poparł Wiśniewskiego, deklarując: „Nie ukrywam, że wiele lat przygotowywałem się do startu w tych wyborach, nawet zdobycie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Media Wywiady

Zabija nas logika polaryzacji

Nie ma w Polsce mediów publicznych. Za PiS były media partyjne, a teraz są rządowe

Jacek Żakowski – (ur. w 1957 r.) kierownik Katedry Dziennikarstwa Uniwersytetu Civitas, wieloletni komentator „Polityki” i „Gazety Wyborczej”, szef Ambasady Concilium Civitas i redaktor jej „Almanachu”, autor piątkowych „Poranków Radia Tok FM”, a wcześniej kilkunastu formatów radiowych i telewizyjnych. Wydał kilkanaście książek, ostatnio rozmowy „Wirus 2020”. Dziennikarz Roku 1997, laureat m.in. Superwiktora, dwóch Wiktorów, nagrody PEN Clubu, Nagrody im. Eugeniusza Kwiatkowskiego, Neonu Festiwalu Malta. Członek Towarzystwa Dziennikarskiego.

Co widzisz, oglądając telewizję w obecnych czasach?
– Straszne pytanie…

– Widzę sporo fajnych kolegów – kompetentnych, zdolnych, inteligentnych – uwięzionych w polaryzacyjnym podziale. To oznacza jakieś ograniczenia zewnętrzne i wewnętrzne oraz poczucie obowiązku, przed którym zawsze przestrzegaliśmy – także siebie samych – żeby przysłużyć się dobrej sprawie.

Warto się przysłużyć dobrej sprawie.
– W moim odczuciu, gdy się jest dziennikarzem, warto przysłużyć się raczej odbiorcom: słuchaczom, widzom, czytelnikom, niż jakiejkolwiek sprawie. A w dzisiejszych czasach sprawa jest zdecydowanie górą! Kolega redaktor parę lat temu zapytał mnie, czy się nie boję, że zaszkodzę.

Po pisowsku zapytał.
– Szczerze, ale nie po pisowsku. Po stronie pisowskiej to podejście jest oczywiste, prostackie. To są wulgarne kłamstwa. Kłamiemy w dobrej sprawie – to według nich rozgrzesza. Po naszej stronie jest inaczej. Tu jest raczej zasada: nie szkodzimy dobrej sprawie. My nie musimy kłamać.

Daliśmy się wmanewrować jako środowisko w grę, że albo oni, albo my?
– Krótki horyzont zwyciężył z długim horyzontem. Świadomość wojny światów, którą mamy wygrać w tym sezonie. Co sprawia, że przegrywamy ją strategicznie.

Z drugiej strony, gdy Jacek Kurski wziął telewizję, kilkaset osób wyrzucił na bruk. Wiele z nich nie miało za co żyć. W takiej sytuacji cóż po strategii?
– To było straszne. Ale pamiętasz, jak ogłosiłem apel, żeby ci z nas, którzy mają jeszcze pracę, oddali po 10% zarobków na pomoc tym potrzebującym? Nie było wielu chętnych. To też pokazuje ograniczenia empatii czy zaangażowania.

Tak było.
– Były setki kolegów, często wybitnych albo przynajmniej sprawnych zawodowo, którzy zostali skrzywdzeni przez pisowską władzę w sposób brutalny. Złamane kariery! Stracone talenty. Przecież wiele osób nie wróciło już do zawodu. To jedno. A drugie – upadła wiara, że ten zawód dobrze wykonywany może dawać nie tylko poczucie satysfakcji, ale też bezpieczne źródło utrzymania. Dziś nie ma takiego poczucia, więc trudniej przyciągać talenty.

Weszli w walonkach do salonu

To dlaczego się nie udało? PiS nagle dla jednych stało się katem, a dla drugich Bogiem, bo dało im pieniądze i stanowiska?
– Zapytaj, dlaczego teraz się nie udało. Dlaczego z PiS się nie udało – to jasne, oni chcieli robić rewolucję. Uważam, że to był wyjątkowo prymitywny i głupi sposób robienia rewolucji. Takiej rewolucji nikomu nie potrzeba. Ale ubrali się w te buty rewolucjonistów, którzy zbawią świat.

A przynajmniej Polskę.
– Teraz już świat! Z Trumpem wszystko zbawiają. I jak większość rewolucjonistów chcieli mieć pełnię władzy. Także nad umysłami. To się nie udaje, co wiemy z historii. Chcieli też wziąć rewanż, zemścić się na nas. Mówili o nas: salon, beneficjenci, różne takie epitety. Chcieli wejść do tego salonu w walonkach i nanieść gnoju. To im się udało. Zgnoili coś, co, owszem, było kiepskie, ale było jakimś zaczynem. Mieliśmy jednak jakiś system medialny, który trzymał się kupy.

Miał wady, ale był do naprawienia.
– Można było go poprawiać, uszlachetniać. A oni to wszystko zdewastowali. Potem, jak stracili władzę, po naszej stronie górę wzięła żądza rewanżu. Nie wizja czy idea budowania. Chodziło bardziej o to, żeby przestali kłamać i miotać pomówienia, niż o to, żeby zbudować coś fajnego. Wiem, że to trudne! Nie mam złudzeń, że cokolwiek łatwo można odbudować po rządach dzikich populistów. W każdej dziedzinie jest trudno. Patrząc wstecz, to samo było przecież z populizmem neoliberalnym. Że jak się zniszczy zasób kulturowy, gdziekolwiek…

…to niewiele zostaje.
– W służbie zdrowia lekarze mniej myślą o pacjentach, a więcej o wycenach. W nauce ludzie mniej myślą o poszerzaniu wiedzy, a więcej o zdobywaniu punktów. Jak się zniszczy zasób kulturowy, trzeba długich lat, żeby go odbudować. To spotkało media. Pisowcy zdewastowali tkankę kulturową, coś, co było etosem służby – my, dziennikarze, służymy naszym odbiorcom. Nie reklamodawcom, właścicielom, szefom ani nie partii politycznej, tylko odbiorcom. To najpierw zostało nadgryzione przez neoliberalizm. Że ekonomia, pieniądze, z czegoś ta redakcja musi żyć. Z czegoś ci płacimy te twoje honoraria – ciągle było słychać. A potem przyszła ta straszna polaryzacja.

I jej logika.
– Najpierw trzeba odsunąć PiS! To było po naszej stronie. A po ich stronie wołano

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.