Olek Miszalski padł

Olek Miszalski padł

Fot. Beata Zawrzel/REPORTER

Gra o tron Krakowa rozegra się w trójkącie KO-PiS-Gibała

W referendum za odwołaniem Aleksandra Miszalskiego, prezydenta Krakowa, głosowało 171 tys. obywateli i to wystarczyło do jego odwołania w mieście liczącym 810 tys. mieszkańców. W 2024 r. Aleksander Miszalski zwyciężył przy niskiej frekwencji, uzyskując 133 tys. głosów i pokonując kontrkandydata, Łukasz Gibałę, 5434 głosami. Gibała, wieczny kandydat na prezydenta Krakowa, siostrzeniec Jarosława Gowina, przegrał wybory po raz trzeci, zadając kłam powiedzeniu, że do trzech razy sztuka. To jemu przypisuje się sprawczość i główne finansowanie komitetu organizacyjnego referendum w sprawie odwołania prezydenta miasta. I on chciałby być głównym beneficjentem referendalnego sukcesu.

Rada miasta ocalała, choć niewiele brakowało, by podzieliła los prezydenta. W wyborach do rady miasta Koalicja Obywatelska, mająca na pokładzie kandydatów Lewicy, zdobyła 118 641 głosów. Na pozostałe komitety, z których część nie uzyskała mandatów, głosowały 177 133 osoby. Taki wynik dał Koalicji bezpieczną większość w radzie miasta.

Pierwszy rzut oka mógłby sugerować, że przeciwnicy prezydenta po prostu zmobilizowali swoich wyborców. Oznacza to również, że nawet gdyby prezydent przekonał do udziału w referendum wszystkich swoich zwolenników, efekt byłby taki sam. Porażka po części wynikała ze słabego mandatu wyborczego prezydenta i słabnącej pozycji PO/KO w Krakowie. Warto przypomnieć, że po upokarzających klęskach w kolejnych wyborach na prezydenta miasta PO w 2018 r. przyłączyła się do Jacka Majchrowskiego, tworząc wspólny z jego kandydatami komitet wyborczy.

W wyborach w 2024 r., po długo odkładanym zakończeniu rządów Jacka Majchrowskiego, KO nie przeprowadzała procesu prawyborów kandydata. Aleksander Miszalski, pełniący funkcję przewodniczącego partii w Małopolsce (od 2017 r.), sam się ogłosił kandydatem. Co prawda, musiał czekać prawie trzy miesiące na zatwierdzenie swojej kandydatury przez Donalda Tuska, ale nominację uzyskał i wybory, choć w niezbyt imponującym stylu, wygrał.

Jak się okazało, rządził w sumie tak, jak zgłosił się do wyborów. Samodzielnie.

Rządy rozpoczął od konfliktu ze swoim koalicjantem, Lewicą. Wbrew postanowieniom umowy koalicyjnej powołał wiceprezydentów bez konsultacji z koalicjantem, a jednego, a właściwie jedną – wbrew niemu. O tym, skąd w Krakowie na funkcji zastępczyni prezydenta znalazła się urzędniczka z Sopotu, współpracowniczka Jacka Karnowskiego, huczało od wiosny do wiosny, a nawet do jesieni. W efekcie radni Lewicy formalnie wyszli z klubu radnych i koalicji rządzącej. Faktycznie współpraca trwała, choć była raz bardziej, raz mniej szorstka.

Zrozumiałe więc, że w poniedziałek, tuż po ogłoszeniu wyników referendum, Włodzimierz Czarzasty ogłosił, że Aleksander Miszalski nie był w koalicji z Lewicą. Marszałek Sejmu i szef Lewicy zostawił odwołanego prezydenta samego ze swoją porażką. Można, a nawet trzeba się zastanawiać, co oprócz bardzo

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2026, 23/2026

Kategorie: Kraj