Test z testowania

Test z testowania

Mało testów – mało chorych. I wszystko pięknie nam gra!

Na początek ciekawostka z mojego ulubionego świata liczb. Serwis Our World in Data zebrał dane podsumowujące liczbę testów na koronawirusa wykonanych w poszczególnych krajach. Ranking zdecydowanie wygrywa Islandia. Stan na 20 marca: 26,8 tys. testów na 1 mln mieszkańców. Dalej mamy Norwegię (ponad 8 tys.), Słowenię (ponad 4,7 tys.) i Włochy (niemal 3,5 tys.). Wysoko są też Malta, Niemcy czy Estonia. Polska zajmuje na tej liście trzecie miejsce od końca. Stan na ten sam dzień – 344,5 testu na 1 mln osób.

Czy to źle? Po pierwsze, wysoki wynik Włoch nie zaowocował bezpieczeństwem obywateli. Może lepiej, zamiast biegać na testy, siedzieć w domu i czekać na koniec zarazy? Po drugie, jak wskazuje epidemiolożka dr Magdalena Kozela, takie porównywanie nie jest zasadne. Dlaczego? Dane pokazują stan na konkretny dzień, w którym każdy badany kraj był na innym etapie epidemii. Wirus w państwach Europy Zachodniej pojawił się wcześniej, więc zrobiono tam znacznie więcej testów.

Po trzecie – przebadanie całej populacji, choć pozwoliłoby uzyskać w końcu rzetelne dane na temat śmiertelności choroby, na razie pozostaje poza zasięgiem jakiegokolwiek systemu ochrony zdrowia. Podawany w mediach przykład Korei Południowej, która dzięki masowym testom dobrze sobie poradziła z epidemią, też nie jest dowodem na to, że wysoki współczynnik osób przetestowanych stanowi gwarancję sukcesu w walce z epidemią. Dlaczego? Ponieważ powszechność testowania, jak przypuszcza ekspertka, to tylko jeden z kilku czynników wpływających na sytuację. Kraje dalekowschodnie nie tylko masowo testują, ale również po epidemii SARS i MERS wypracowały skuteczne procedury postępowania w takich sytuacjach. Testy są tylko jednym z ogniw ich systemu.

Sanepid nie zadzwonił

Panuje przekonanie, że za granicą mają szybkie testy, a my nie. To nieprawda. Jak informuje Łukasz Urban z firmy diagnostycznej Biomaxima, testy przesiewowe, znacznie tańsze, wykonywane zwykle na podstawie próbki krwi, które rzeczywiście umożliwiają uzyskanie wyniku w ok. 10 minut, kupują w Polsce liczne placówki medyczne.

Jednak testy te potwierdzają jedynie – lub wykluczają – obecność przeciwciał koronawirusa. Jeżeli więc ktoś wcześniej chorował na COVID-19, ale w jego organizmie wirus już nie jest obecny, w teście przesiewowym i tak będzie miał wynik pozytywny (tzw. wynik fałszywie dodatni). Z drugiej strony, jeśli ktoś już został zakażony, ale jego organizm jeszcze nie zdążył wyprodukować przeciwciał – testy mogą dać wynik fałszywie ujemny. Dlatego takie testy nie mogą być brane pod uwagę w statystykach, ale są przydatne do wstępnej diagnostyki.

Z kolei testy genetyczne (RT-PCR), rekomendowane przez WHO i GIS, są wykonywane na podstawie wymazu z górnych dróg oddechowych i potwierdzają aktualne zakażenie koronawirusem. Wykonanie takiego testu trwa około trzech godzin – oczywiście nie licząc czasu transportu próbek do specjalistycznego laboratorium.

Czy więc rzeczywiście potrzebujemy więcej testów PCR? Rząd twierdzi, że nie. Zewsząd jednak płyną sygnały, że ludzie chcą wiedzieć, czy są chorzy. I mają ku temu różne powody.

Pierwsza grupa to osoby bez objawów, które zgłosiły do sanepidu swój kontakt z chorym lub powrót z zagranicy i teraz żalą się, że nie mają możliwości zrobienia testu ani nawet nie uzyskały informacji, co mają robić. Jedyna w tej sytuacji rozsądna odpowiedź dla nich brzmi: siedźcie w domu na dobrowolnej kwarantannie, sprawdzajcie zalecenia GIS, cieszcie się dobrym samopoczuciem i nie liczcie na to, że sanepid przyśle ekipę specjalną. System, co jest problemem nie tylko w Polsce, nie jest w stanie odezwać się do wszystkich, nie ma też zasobów na masowe testowanie. Służby zajmują się – i słusznie – przede wszystkim tymi, którzy są chorzy.

Grupa druga to osoby, które czują się na tyle źle, że wymagają pomocy medycznej i badania osłuchowego. Zdrowy rozsądek podpowiada, że nie powinny zgłaszać się do zwykłej przychodni, ponieważ tam mogą pozarażać innych lub złapać koronawirusa, jeśli jeszcze go nie mają. Według zaleceń, jeśli podejrzewamy u siebie COVID-19, po pomoc powinniśmy zgłaszać się do sanepidu, nie do zwykłych POZ. Jednak do wielu jego oddziałów nie sposób się dodzwonić, a na mejle nikt nie odpowiada, nawet jeśli chorzy zgłaszają trwające od wielu dni dolegliwości. Jeśli już komuś udaje się porozmawiać, dostaje poradę, aby izolował się w domu i w razie zagrożenia życia wzywał karetkę. I tu ujawnia się poważny problem systemowy.

Kamila: – Mój bratanek miał kontakt ze znajomymi, którzy wrócili ze Szwajcarii; spotkali się jeszcze przed zamknięciem granic. Tydzień po spotkaniu on, jego żona i dwoje małych dzieci mieli kaszel, podwyższoną temperaturę, nudności, osłabienie, brak smaku i węchu. Przechorowali cały tydzień, najgorzej znosił to ich 10-miesięczny synek. Nikt nie udzielił im żadnej pomocy, mimo że obdzwaniali teleporady i sanepid. Jedyna opcja: karetka i do szpitala zakaźnego. Dziś czują się już lepiej – po 10 dniach od pierwszych objawów. Lekarze z teleporad sugerowali, że dla małego powinna być wizyta domowa, ale bez wykonanego testu nikt nie chciał przyjechać.

Paulina: – Moja znajoma pół dnia dzwoniła, żeby ktoś przyjechał, dostała duszności. Sanepid wysłać transportu nie mógł, lekarz nie oddzwaniał, nie dało się dodzwonić do przychodni. Kazali jej jechać do szpitala na własną rękę, a koleżanka kilku kroków nie mogła zrobić! W końcu ktoś się zlitował i wysłał zwykłą karetkę. Jest w szpitalu, wciąż czeka na wyniki testu.

Wreszcie trzecia grupa to personel medyczny. – „Lekarzom też się odmawia testów – pisze ktoś w sieci. – I nie dość, że się odmawia, to jeszcze zmusza się ich do przyjścia do pracy. Wiem to od lekarza z mojej rodziny, który miał kontakt z chorym na koronawirusa. Ta osoba sama się odizolowała, ale musiała wrócić do pracy po niecałym tygodniu. Tłumaczyli się, że mają za mało testów”.

W podobnych sytuacjach jedyną możliwością uzyskania pomocy pozostaje wizyta w szpitalu zakaźnym. Jednak dla tych, którzy nie mieli kontaktu z osobami, u których potwierdzono zakażenie koronawirusem, to rozwiązanie niezbyt rozsądne. Jeśli bowiem mają grypę albo zwykłe zapalenie oskrzeli lub płuc, to jadąc do zakaźnego, narażają się na kontakt z wirusem. W przepełnionych poczekalniach nie ma szans na izolację, a bawełniane maseczki nie gwarantują bezpieczeństwa, jakkolwiek warto o nich pamiętać, bo przynajmniej w mechaniczny sposób utrudniają rozsiewanie patogenów.

Tydzień czekania na wynik

Z punktu widzenia chorych system jest więc niewydolny. Jasne jest bowiem, że nie zapewnia on dostatecznej liczby tzw. koronabusów, czyli mobilnych ekip z sanepidu, wykonujących testy przy zachowaniu domowej izolacji osób potencjalnie zakażonych koronawirusem.

Jak wygląda sytuacja w szpitalach? W zakaźnych testy oczywiście są stale przeprowadzane, ale tam występują inne problemy, choć również wynikające prawdopodobnie z małej liczby zakupionych testów. Piszę: prawdopodobnie, ponieważ ani Ministerstwo Zdrowia, ani sanepid oczywiście tego nie przyzna – a szpitale nie mogą tego wiedzieć.

Paweł Natkowski, dyrektor Mazowieckiego Szpitala Specjalistycznego w Ostrołęce: – Trudno mi się odnieść do tego, ponieważ nie mamy do tych testów dostępu. Gdy zgłasza się do nas pacjent z objawami, pobieramy materiał. Jest on następnie wysyłany do akredytowanych przez ministerstwo instytucji, które wykonują badania – ostatnio dołączyło do nich np. Centrum Zdrowia Dziecka. Wyniki badań przysyłane są do nas w różnym tempie. Zdarza się, że przychodzą w ciągu 24 godzin, ale bywa i tak, że czekamy ponad cztery dni. Szpitale zwykle nie prowadzą tych badań we własnym zakresie – robią to instytucje wyznaczone przez ministerstwo.

Pytam, czy oczekiwanie na wyniki jest dużym utrudnieniem. – Dla nas istotne jest, by z uwagi na pacjentów testy były wykonywane jak najszybciej – mówi dyrektor szpitala. – Nawet z tymi, których wynik byłby negatywny, do czasu poznania go musimy postępować tak, jakby byli zakażeni. Mamy np. pacjenta, który trafił do nas w środę w ubiegłym tygodniu i jest obciążony innymi chorobami współistniejącymi. Do dziś – a mamy poniedziałek – nie otrzymaliśmy jego wyniku. Do tego pacjenta personel musi wchodzić nie rzadziej niż co półtorej-dwie godziny, ponieważ cierpi on na choroby zagrażające życiu. I zazwyczaj muszą to być co najmniej dwie osoby. Zgodnie z przepisami przy każdym wejściu do pacjenta personel musi być w pełni przebrany. Łatwo policzyć, jak szybko zużywamy wtedy kombinezony, maski czy rękawiczki.

Dlaczego szpital nie może wykonywać testów na miejscu, skoro ma laboratorium diagnostyczne? – Ponieważ nie posiadamy urządzeń do tego rodzaju testów PCR i nie wiemy, jaka byłaby ich dostępność – wyjaśnia dyrektor placówki. – O ile zakup urządzenia nie jest dużym problemem – kosztuje ok. 200 tys. zł i już procedujemy jego sprowadzenie z zagranicy – o tyle przeszkodę stanowi brak możliwości zakupu testów. Ministerstwo ma w tym zakresie wyłączność, więc trudno powiedzieć, kiedy i czy w ogóle będziemy je mieli. Tymczasem, moim zdaniem, diagnostyka koronawirusa powinna być bardzo szeroka, a badania – choćby przesiewowe – wykonywane w o wiele większym zakresie niż obecnie. Na ten temat mogłyby też coś powiedzieć prywatne ośrodki, które chciałyby robić testy, ale nie mają do nich dostępu.

Dlaczego zatem ministerstwo nie daje zgody na to, by więcej ośrodków wykonywało badania? – To pytanie do ministerstwa. Słyszałem kilka tygodni temu wypowiedzi pana ministra na temat tego, ile testów zostało zakupionych. Nic więcej już potem na ten temat nie słyszeliśmy, więc można domniemywać, że cały czas mamy tyle samo testów, ile wtedy zakupiono.

Dyrektor szpitala przyznaje również, że szpital „jedzie już na oparach”, jeśli chodzi o środki ochrony osobistej, których zużycie zwiększa się przez długie oczekiwanie na wyniki pacjentów. – My nie czekaliśmy na jakiekolwiek wsparcie od ministerstwa – dodaje Paweł Natkowski. – Sami podjęliśmy działania w celu zakupu sprzętu ochronnego, który właśnie jedzie do nas z zagranicy. Jest znacznie droższy niż do tej pory, ale nie mamy wyjścia.

Oto, co mówi pracownik innego szpitala, wskazanego jako zakaźny w innym województwie: – U nas nie ma problemu z oczekiwaniem na rezultat testu – czekamy około doby, ale wynika to zapewne z tego, że mamy tylko oddział zakaźny i są na nim głównie pacjenci chorzy na inne choroby zakaźne. Nie wiadomo, co będzie dalej, bo te liczby rosną. Natomiast uważam, że testów powinno się robić więcej, choćby osobom w trakcie kwarantanny. Widzę, że sanepid niechętnie je wykonuje. Nie wiem dlaczego, bo przecież zgłaszają się z pomocą kolejne laboratoria mające pracownię genetyki. Zauważyłem selekcjonowanie pacjentów, natomiast uważam, że jeśli ktoś ma objawy, ma prawo wiedzieć, czy nie został zakażony koronawirusem, nawet jeśli siedzi w domu. To ważne dla bezpieczeństwa publicznego, bo ci ludzie wrócą kiedyś do społeczeństwa i powinni wiedzieć, czy przeszli zakażenie, czy nie.

Tu nasuwa się pytanie, czy będzie więcej testów i czy więcej ośrodków będzie mogło je wykonywać. Główny inspektor sanitarny nie odpowiada na mejl, telefon rzecznika prasowego milczy.

Ale gdzie indziej (tu też słyszę zastrzeżenie, aby absolutnie nie pisać, z kim i gdzie rozmawiałam) słyszę coś takiego: – To nie testy są problemem, ale ludzie, którzy przychodzą i po prostu chcą sobie je zrobić, choć nie mają żadnych objawów choroby. Wielu z nich bada się tylko po to, by się dowiedzieć, czy mogą iść do pracy. Żądają też zaświadczeń o wyniku, których wydać nie możemy. Jeśli pojawiają się opóźnienia, to właśnie przez to.

Pytam, ile czekają na wyniki testów. Pan przyznaje, że mniej więcej tydzień. Wyobraźmy sobie tydzień leżenia w szpitalu z poważnymi objawami choroby i bez wiedzy, czy to wirus, który we Włoszech zabija kilkaset osób dziennie, czy zwykłe zapalenie płuc.

Zmarnowany potencjał uczelni

25 marca pojawiła się informacja, że wykonywanie testów rozpoczyna sieć komercyjnych laboratoriów Diagnostyka. „Badania są wykonywane wyłącznie dla klientów instytucjonalnych i podmiotów medycznych”, czytamy w komunikacie na stronie firmy.

Niewątpliwie zaangażowanie prywatnych podmiotów jest słusznym krokiem, ale pozostaje pytanie, dlaczego nie wykorzystać lepiej zasobów, które mają podmioty państwowe. W wywiadzie dla Polskatimes.pl dr Grażyna Cholewińska, konsultant wojewódzki w dziedzinie chorób zakaźnych, mówi tak: „Za mało mamy w Polsce specjalistycznych laboratoriów diagnostyki molekularnej. Największe w Polsce laboratorium w Wojewódzkim Szpitalu Zakaźnym w Warszawie na dobę może wykonać 100-120 testów. Więcej nie da rady, bo jest trzech diagnostów laboratoryjnych, jedno urządzenie do testowania, a cykl technologiczny trwa kilka godzin”.

To kolejny dowód zapaści polskiego systemu ochrony zdrowia. Od lat mówi się przecież o niedoinwestowaniu diagnostyki laboratoryjnej w publicznych placówkach. Byliśmy też świadkami protestów niedocenianych i słabo wynagradzanych pracowników tej grupy zawodowej.

Ale czy rzeczywiście nic nie da się zrobić? – Urządzenie do wykonania testów PCR kosztuje 80-100 tys. zł (kwota różni się nieco od podawanej przez dyrektora szpitala w Ostrołęce, ale może to wynikać z klasy urządzenia – przyp. aut.) i nawet nie trzeba by ich kupować, bo dla nas to jedno z podstawowych urządzeń. Na pewno są na każdej uczelni, która ma kierunki biologiczne i jednostki zajmujące się genetyką – zwraca uwagę pracownik naukowy Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. – U nas na uczelni, według moich informacji, są cztery tego typu urządzenia: na wydziale biologii i hodowli zwierząt oraz na weterynarii. Ich przeskalowanie do użytku medycznego jest proste. Przeciwnicy ich wykorzystywania argumentują, że problemem na uczelniach byłaby izolacja materiałów zakaźnych. Ale w momencie, gdy te próbki są wyizolowane, materiał jest bezpieczny i może je analizować dowolne laboratorium.

Czy gdyby założyć, że problemem rzeczywiście jest lokalizacja urządzeń, dałoby się je wypożyczyć szpitalom, które mają laboratoria diagnostyczne, ale nie mają maszyn? – Tak, to przecież sprzęt zakupiony za państwowe pieniądze – wyjaśnia pracownik uczelni. – Taki aparat jest ze dwa razy większy od kuchenki mikrofalowej, a w tej chwili uczelnie są zamknięte i urządzenia stoją nieużywane. Tymczasem dopiero w ostatnich dniach podjęto próby inwentaryzacji sprzętu, sprawdzenia, gdzie ile go jest. To można było zrobić trzy tygodnie temu. Niewykorzystanie go to dowód, że rządzącym brakuje koncepcji działania. Nie zdają sobie sprawy z potencjału zasobów, którymi zarządzają.

Co jednak z personelem do obsługi urządzeń? Tu mogliby pomóc choćby studenci kierunków medycznych, którzy zgłaszają się jako wolontariusze. Dlaczego rząd nie chce wykorzystać ich potencjału?

Nie brakuje też głosów, że testów jest wystarczająco dużo i tak naprawdę potrzebne są one jedynie w celach statystycznych. To jednak nieprawda. Pamiętajmy chociażby o dramacie rodziców małych pacjentów Wojewódzkiego Szpitala Dziecięcego w Bydgoszczy, którym zakazano przebywania na oddziałach ze swoimi dziećmi. Trudno nie zadać sobie pytania, dlaczego szpital nie może tych osób wysłać na badanie na obecność koronawirusa. Odpowiedź jest prosta: procedury. Szpitale zakaźne, gdzie wykonuje się testy, nie wydają bowiem żadnych zaświadczeń pacjentom, którzy im się poddali. A personel szpitala dziecięcego nie może przecież wierzyć nikomu na słowo. Jednak w bydgoskim szpitalu jest zakład diagnostyki laboratoryjnej i gdyby mógł wykonywać testy na miejscu, problem byłby do rozwiązania.

Fot. Jakub Walasek/REPORTER

Wydanie: 14/2020

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy