Testament Kurosawy

Testament Kurosawy

LIBERUM VETO

Przez nasze ekrany przemknął prawie niezauważony film o enigmatycznym tytule “Ame agaru”, zrealizowany w koprodukcji francusko-japońskiej na podstawie ostatniego scenariusza, jaki przed śmiercią napisał Akira Kurosawa. Nawiasem mówiąc, nie rozumiem, dlaczego u nas nie przetłumaczono francuskiego tytułu “Apres la pluie”, co znaczy “Po deszczu”, kojarzy się z francuskim porzekadłem “Po słocie nastaje pogoda” i znakomicie oddaje nastrój filmu.
“Ame agaru” to dzieło, które obejrzałam z satysfakcją, jakiej dawno już nie zaznałam w kinie ani za sprawą importowanego, ani też rodzimego repertuaru. Oto jeden z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejszy reżyser XX wieku

niejako w testamencie pozostawił

nam przepiękną baśń, która z pozoru wydaje się wręcz naiwna. Ale na taką naiwność może sobie pozwolić tylko stary mędrzec, a zarazem mistrz świadomy swego kunsztu.
Sądząc z frekwencji, w moim ulubionym kinie “Kultura” (nomen omen) niewielu warszawiaków, a zapewne także niewielu Czytelników “Przeglądu” widziało ten film, więc postaram się go streścić, z góry przepraszając, że moje słowa będą nieadekwatne do obrazów, które podziwiałam.
Głównym bohaterem “Amu agaru” jest mistrz szermierki, “ronin”, to znaczy samuraj “bez przydziału”, który wraz z żoną wędruje w poszukiwaniu pracodawcy. W trakcie swych peregrynacji spotykają wielu biedaków; samuraj, chcąc przyjść im z pomocą – sprzeniewierza się kodeksowi honorowemu i walczy dla pieniędzy, czego do czasu nie aprobuje żona, skądinąd szczerze mu oddana.
Akcja rozpoczyna się w momencie, gdy samuraj z żoną przebywają w wiejskim zajeździe, którego nie mogą opuścić, bo wskutek długotrwałej ulewy pobliska rzeka tak wezbrała, że nie sposób się przez nią przeprawić. Podczas tego przymusowego postoju samuraj funduje okolicznym biedakom biesiadę, a ponadto, zażegnując bójkę – zwraca na siebie uwagę miejscowego księcia. Ten – wbrew swoim doradcom, którym słusznie wymyśla od “zakutych łbów” – chce zatrudnić świetnego szermierza i uroczego człowieka, ale ciż doradcy w ostatniej chwili uciekają się do skutecznego argumentu, donosząc, że

mistrz walczył dla pieniędzy.

W tej sytuacji żona mistrza staje zdecydowanie po jego stronie, mówiąc, że ważna jest INTENCJA, dla której szermierz złamał zasady… Nastała już pogoda i małżonkowie mogą wyruszyć w dalszą drogę. Ale oto książę, któremu z kolei jego żona przemówiła do serca i do rozumu – postanawia jednak zatrudnić mistrza i sam, osobiście, puszcza się w pogoń za wędrowcami. Czy ich doścignie? Czy dojdą do porozumienia? Film kończy się znakiem zapytania wpisanym w słoneczny krajobraz, jakże piękny.
“Ame agaru” wyróżnia się urodą plastyczną i zawiera przesłanie równie proste, jak przekonujące (przynajmniej dla mnie…): prawdziwym bohaterem, który może zmienić oblicze świata – jest człowiek odważny, sprawny i DOBRY, takimi też doradcami i współpracownikami powinni otaczać się władcy.
Tak się złożyło, że film ten obejrzałam tuż po opublikowaniu przez “Przegląd” listy “wpływowych”, to jest osób, które mają istotny wpływ na losy państwa i społeczeństwa.
Ku memu zdziwieniu na tej liście zabrakło trojga ludzi, którym, jak sądzę, należałoby się poczesne miejsce: Janiny Ochojskiej, Marka Kotańskiego i księdza Arkadiusza Nowaka. A przecież oni to swoim działaniem na rzecz różnego rodzaju “pariasów”, narkomanów, chorych na AIDS, bezdomnych, ofiar wojen bądź kataklizmów – dają konkretne dowody dobroci, tym samym stanowiąc cennych sojuszników władzy i przykład dla reszty społeczeństwa.
Przy tej okazji zastanawiałam się, czy w swoim długim życiu spotkałam wiele osób naprawdę dobrych (niewiele…) i czym właściwie jest dobroć. A jest to chyba współczucie z cierpiącymi i związane z tym bezinteresowne działania, za którymi nie kryje się ani żądza dominacji, ani też

dążenie do swoistej autoreklamy,

zdarzające się u pewnego typu filantropów, zwłaszcza medialnych. Na Zachodzie nie od dziś się o tym dyskutuje: jak dalece akcje medialne odwołują się raczej do próżności niż do uczuć ofiarodawców? Nagłośnione działania mogą dawać rezultaty ze wszech miar pozytywne, ale z punktu widzenia etycznego liczą się przede wszystkim intencje… Także i o tym przypomniał wielki mistrz kina, którego “testament” powinni by obejrzeć nie tylko reżyserzy, a zwłaszcza młodzi kandydaci na reżyserów, ale także ludzie władzy.
Walka o władzę, choćby toczona z najrzetelniejszych pobudek (gdy chodzi o słuszną sprawę, a nie tylko o “stołki” i “konfitury”) może wytrawiać uczucia, tym bardziej więc “decydenci” i kandydaci na takowych powinniby mieć doradców i współpracowników naprawdę uczulonych na cudzą niedolę. Na takich sprzymierzeńcach szczególnie powinno by zależeć ludziom lewicy, bo przecież najistotniejszym wyróżnikiem lewicowości jest niekłamana wrażliwość społeczna, a to tylko jedno z imion DOBROCI…

Wydanie: 9/2001

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy