To nic, to tylko komuniści

To nic, to tylko komuniści

Hitler był katolikiem, nie ateistą jak utrzymują niektórzy. Otrzymał katolicki chrzest i nigdy nie był ekskomunikowany. Za to komuniści – co do jednego, na całym świecie.
Pat Condell

53 lata temu rozpoczęło się ludobójstwo, o którym dziś demoliberalny mainstream światowy, a polski – w szczególności, dyskretnie milczy. A to była największa tego typu zbrodnia dokonana przez władze państwowe w II połowie XX wieku po śmierci Józefa Stalina i „rewolucji kulturalnej” Mao Zedonga. Nie Rwanda i rejony środkowej Afryki (rzezie Hutu i Tutsich mordujących się wzajemnie w początku lat 90.), nie tereny byłej Jugosławii, ale Indonezja pod rządami niezawodnego sojusznika Zachodu (a przede wszystkim USA), gen. Hadżiego Muhammada Suharto, może w tej materii konkurować z Kampuczą Pol Pota i Ieng Sary’ego.

30 września 1965 r. – czyli 53 lata temu – grupa wojskowych z podpułkownikiem Untungiem bin Syamsurim na czele powołała organizację G30S (skrót od Gerakan 30 September, czyli Ruch 30 Września). O świcie następnego dnia dwutysięczny oddział wojsk indonezyjskich opanował Lapangan Merdeka, główny plac w stolicy, wraz ze znajdującą się na jego terenie rozgłośnią radia RRI. Z odbiorników w całym kraju popłynął komunikat, że została właśnie powołana Rada Rewolucyjna i przejmuje władzę w kraju oraz roztacza ochronę nad prezydentem, przeciwko któremu prawicowi generałowie we współpracy z „obcą agenturą” knują spisek. Według przywódców G30S Rada Generałów planowała przeprowadzić zamach stanu 5 października i odsunąć prezydenta Sukarno od władzy. Jednocześnie sześciu wysokich rangą generałów zostało uprowadzonych, wywiezionych do jednego z budynków usytuowanych w pobliżu bazy sił powietrznych na obrzeżach Dżakarty. Zanim zostali zamordowani, byli rzekomo brutalnie torturowani i okaleczeni. Rzekomo, bo dziś uważa się powszechnie, że informacje o okrucieństwie sprawców były raczej wymysłem szerzonej później propagandy, a w uprowadzeniu maczała ręce CIA. Przywódcy G30S nie przewidzieli, że jeszcze tego samego dnia na czele armii stanie dotychczas trzymający się na uboczu gen. Hadżi Muhammad Suharto. Wieczorem tego dnia ogłosił, że przejmuje dowodzenie nad armią, zniszczy kontrrewolucjonistów i ochroni prezydenta. W tym samym dniu wiadomość o wydarzeniach w Dżakarcie dotarła do Białego Domu. Jankesi zacierali ręce, choć mieli wątpliwości: wielu z nich uważało, że armia zadowoli się jedynie wymierzeniem sprawiedliwości mordercom generałów, co może doprowadzić do umocnienia władzy Sukarno. Ale Edward Peck, zastępca Sekretarza Stanu USA, wpadł na genialny pomysł (który zrealizowano): gdyby marksiści spróbowali przeprowadzić zamach stanu, wojsko nie miałoby wyjścia. Pewnie w tym celu porwano i zamordowano wymienionych 6 generałów, aby osiągnąć bardziej piorunujące efekt. Bo chodziło o całkowite usunięcie Sukarno i eliminację Komunistycznej Partii Indonezji (PKI), największej liczebnie – poza Chinami – w Azji. Suharto doskonale odczytał intencje swoich mocodawców i wykonał zalecenia nad wyraz skutecznie, czym zasłużył sobie na wieloletnią admirację, poparcie i olbrzymie dotacje z Waszyngtonu. Mimo brutalności, korupcji, łamania wszelkich norm obowiązujących nie tylko w cywilizowanym świecie, bo nawet jak na juntę wojskową rządzącą w ówczesnym tzw. Trzecim Świecie reżim Suharto był wyjątkowo okrutny, bestialski i krwawy.

Wedle różnorodnych statystyk – nikt tak naprawdę po dziś dzień nie wie, ile ofiar pociągnęła za sobą owa akcja realizowana w latach 1965-67 (dogorywała jeszcze potem przez kilka następnych lat) – zamordowano od 600 tys. do 2 mln ludzi. W tych statystykach nie mieszczą się osoby zmarłe czy zamęczone w obozach odosobnienia, które powstały dla usunięcia z przestrzeni publicznej jednostek niewygodnych dla reżimu wojskowego Suharto. Do dziś znajduje się masowe groby w ustronnych miejscach na tysiącach wysp należących do Indonezji (szczególnie chodzi tu o górzyste tereny pokryte tropikalnymi lasami na Sumatrze oraz w interiorze olbrzymiego – trzecia wyspa na świecie, ponad 750 tys. km2. – Borneo). Ten czas okrywa mimo upływu dekad zmowa milczenia, zarówno ze strony katów i aktywnych uczestników mordów, jak i ofiar oraz ich rodzin. Także światowy mainstream niechętnie wspomina o tych dramatycznych wydarzeniach.

Pod koniec października 1965 r. PKI i organizacje pozostające z nią w jakichkolwiek sojuszach zostały zdelegalizowane, a armia w odezwie do narodu wezwała, by Indonezyjczycy spełnili swój obywatelski obowiązek i donieśli na wszystkich znajomych, członków rodziny i współpracowników o lewicowych odchyleniach. Los komunistów i – jak się miało lada moment okazać – wielu inteligentów, chińskich imigrantów i członków związków zawodowych, został przesądzony. Z precyzji, z jaką przeprowadzane były ataki, można było wyraźnie wywnioskować, że celem nie było pojmanie (komunistów), ale ich wymordowanie – zauważa Dahlia Gratia Setiyawan, doktorantka Uniwersytetu w Kalifornii, na stronie magazynu on-line „Inside Indonesia”.

* * *

Indonezja to państwo praktycznie obce dla Polski i Polaków. A to bardzo ważny, o rosnącym znaczeniu w świecie, kraj: najludniejsze państwo muzułmańskie na ziemi (ponad 270 mln ludzi – szacunek), członek G20, o prężnej gospodarce (w neoliberalnym, czyli powszechnie aprobowanym w zachodnim świecie stylu). Polski tradycjonalistyczny, europocentryczny (a de facto – skrajnie zachodniocentryczny) sposób patrzenia na świat i ludzi z admiracją tzw. cywilizacji chrześcijańskiej (czyli „białego człowieka” i na dodatek macho) nie dostrzega zmian, jakie na świecie w wyniku globalizacji zachodzą w kosmicznym tempie. Cóż to my, potomkowie Sarmatów i naród wybrany (niczym Izraelici), kraj który wydał Jana Pawła II, obalił „komunizm” i mur berliński oraz wydał na świat takich gigantów polityki jak bliźniacy, bracia Kaczyńscy, będzie się zajmował jakimiś tam „prymitywnymi ludami”. Na dodatek niechrześcijanami i, jak się ich u nas popularnie zwie, „żółtkami” (choć ludy zamieszkujące Archipelag Sundajski należą do różnych ras i grup językowych, niekoniecznie zaliczanych do tzw. rasy żółtej).

Po okresie holenderskiej kolonizacji i okupacji japońskiej w czasie II wojny światowej, w wyniku silnie pobudzonego w tym czasie ruchu na rzecz dekolonizacji i odzyskania niepodległości, po walkach z kolonizatorami holenderskimi Indonezja staje się wolnym, suwerennym krajem. Na czele staje wspomniany wcześniej, obalony ponad 50 lat temu, bohater i charyzmatyczny przywódca ruchu narodowowyzwoleńczego (jakich w ówczesnym świecie postkolonialnym było sporo), Ahmed Sukarno. Zapowiada budowę socjalizmu, oczywiście w azjatyckiej, indonezyjskiej wersji. Jest też aktywnym uczestnikiem tzw. Ruchu Państw Niezaangażowanych, pozostającego na pozycjach antyimperialistycznych, popierających dekolonizację świata i zdystansowanie się tak wobec dominacji USA, jak i wobec propozycji niesionych przez obóz ZSRR.

* * *

Film dokumentalny pt. „Scena zbrodni” (ang. „The Act of Killing”, indonez. „Jagal”, czyli rzeźnik) Joshui Oppenheimera, produkcji duńsko-brytyjsko-norweskiej (a jednym z producentów był Werner Herzog, znakomitość kina światowego), opowiada o tej masakrze w sposób beznamiętny, chłodny, jakby z oddali. Bo i upłynęło już ponad pół wieku od tej masakry i autentycznego – wedle wszystkich znaków na ziemi i na niebie – ludobójstwa. „Scena zbrodni” została nagrodzona m.in. Europejską Nagrodą Filmową w 2013 r. za najlepszy film dokumentalny, Nagrodą BAFTA oraz była nominowaną do Oscara w kategorii najlepszy film dokumentalny. W Polsce obraz jest praktycznie nieznany.

Autorzy prezentują jak machina prawicowego przewrotu, inspirowanego przez Amerykanów, ogarnia cały olbrzymi kraj, jak tworzone i uzbrajane przez wojsko paramilitarne bojówki (coś na kształt lokalnych milicji czy Obrony Terytorialnej) zaczynają siać terror na całym obszarze Indonezji. Początkowo zabójstwa i masową eksterminację prowadzi wojsko i specsłużby, potem dopiero ich miejsce zajmują owe lokalne milicje i paramilitarne oddziały. Ponieważ winą za wszczęcie puczu obarczono PKI, posiadającą zbyt szerokie wpływy i poparcie w parlamencie (zdaniem junty wojskowej) eksterminacja obejmuje naprzód jej członków wraz z całymi rodzinami, krewnymi i znajomymi. Przy okazji obiektem prześladowań stają się również przedstawiciele mniejszości chińskiej w Indonezji, intelektualiści i członkowie związków zawodowych. Mechanizm znany z eksterminacji Żydów w III Rzeszy jest bowiem uniwersalny w takich przypadkach. Jeśli wróg jest jasno i precyzyjnie pokazany, a potem odczłowieczony, wszystko idzie już gładko (a że przy okazji załatwia się jakieś indywidualne porachunki – no cóż, pech tych, co urodzili się pod nieszczęśliwa gwiazdą, w złym miejscu i czasie). Każdy mógł zostać oskarżony o bycie komunistą. Ze względu na zimną wojnę likwidacja owych komunistów spotkała się z aprobatą i przyzwoleniem demokratycznych i cywilizowanych przywódców państw zachodnich.

Faktem jest, iż przywódca Komunistycznej Partii Indonezji Dipa Nusantara Aidit, bojownik o wyzwolenie kraju spod okupacji japońskiej i dekolonizację Archipelagu Wysp Sundajskich, blisko współpracował z Ahmedem Sukarno i był przez pewien czas ministrem bez teki w jego rządzie. Został zamordowany (ciała nigdy nie odnaleziono) w początkowej fazie rzezi.

Założona w latach 20. XX w. indonezyjska partia komunistyczna przez długi czas funkcjonowała na marginesie lokalnej polityki. Wszystko zmieniło się, gdy dostrzeżono, iż tradycyjne elity nie mają recepty na rozwój kraju po uzyskaniu niepodległości. Efekt był taki, że o ile w 1951 r. PKI liczyła zaledwie kilka tysięcy członków, tak pod koniec dekady legitymację partyjną posiadało już ponad 1,5 mln ludzi. Program komunistów zakładał m.in. laicyzację, nacjonalizację oraz sprawiedliwszy podział gruntów, musiał więc zwrócić przeciwko nim wielu możnych Indonezji (kler muzułmański czy miejscowa oligarchia), jak i świata (przede wszystkim USA i Wielka Brytania).

W 1962 r. znacjonalizowano pierwsze obiekty należące do amerykańskich i brytyjskich przedsiębiorstw. Londyn i Waszyngton (za pomocą wywiadów) rozpoczęły grę celem odsunięcia Sukarno od władzy poprzez przychylnych Zachodowi wojskowych. Inspirowano też – wspomagając finansowo – religijne ruchy islamistyczne, które naturalną koleją rzeczy były wrogie ideom głoszonym przez komunistów. Dzięki wieloletniej i wielopłaszczyznowej działalności wywiadowczej CIA wiedziało o PKI niemal wszystko. Od początku rzezi amerykańska ambasada w Dżakarcie przekazała wojskowym szwadronom śmierci listę z adresami 5 tys. czołowych członków partii. To zdecydowanie pomogło armii, zwłaszcza w początkowej fazie operacji, uniemożliwiając ukrycie się i zejście „do podziemia”.

* * *

Sceny z filmu Oppenheimera: pokój przesłuchań. Biurko i krzesła zatopione w półmroku, który przecina ostry jak brzytwa snop światła z małej lampki, kilku śledczych kontra jeden podejrzany. Zza broczących krwią ran wyraźnie widać twarz pooraną zmarszczkami. Jeden z funkcjonariuszy przyciska mu nóż do gardła i nerwowo wymusza zeznania. Inny fragment dokumentu: środek lasu, mnóstwo zieleni, płytki grób. Otyły mężczyzna w kobiecym przebraniu i z wyzywającym makijażem oraz staruszek. Pierwszy wycina kawałek ciała drugiego, jak się okazuje wątrobę. Najpierw sam jej kosztuje, po chwili siłą wciska ją do ust ofiary. Następna klatka: chaos, krzyki i płacz, gęsty dym w powietrzu. W tle obraz bitych mężczyzn, płaczących dzieci, uciekających w popłochu i przeraźliwie zawodzących kobiet. W tej przerażającej scenie tylko jedna postać pozostaje spokojna. To ten sam starszy mężczyzna, tym razem w kowbojskim kapeluszu.

Atmosfera i kolorystyka tych obrazów przywodzą na myśl skojarzenia z „Jądrem ciemności” Josepha Conrada i „Czasem Apokalipsy” Francisa F. Coppoli.

* * *

Armia rekrutowała cywilów nie tylko do wspomnianych oddziałów paramilitarnych, także do przeprowadzania masowych egzekucji. Organizowano specjalne grupy, zapewniając im podstawowe szkolenie i wojskowe wsparcie materiałowo-logistyczne. Znaczną część członków tych paramilitarnych grup stanowili gangsterzy, drobni przestępcy, przedstawiciele mniejszość etnicznych, członkowie fundamentalistycznych bractw muzułmańskich itd. Przykładowo, parających się wymuszeniami i nielegalną dystrybucją biletów do kin, a notowanych w policyjnych kartotekach, mianowano przywódcami szwadronów śmierci (te dane znaleziono w dokumentach upublicznionych niedawno przez wywiad amerykański). To spośród nich rekrutują się główni bohaterowie filmu: Anwar Congo i Ali Zulkadry. Ten pierwszy jest osobiście odpowiedzialny za ok. 1000 morderstw, w większości dokonanych przez uduszenie drutem.

W obozach koncentracyjnych, usytuowanych w odizolowanych częściach Archipelagu, stosowano dekapitację specjalnymi nożami-siekierkami, i to na masową skalę. W warunkach równikowego klimatu samo przebywanie w nich było niewyobrażalną torturą.

Bapa Tengkorak zawsze był porywczy i brutalny. Po jednym ze wspólnych połowów ryb wuj odmówił mu pieniędzy, młody wówczas chłopak chwycił maczetę i ciął go prosto w szyję. Za morderstwo w portowej restauracji dostał 12 lat. Indonezja już wkrótce znalazła dla niego inną rolę. W styczniu 1966 r. naczelnik więzienia, w którym Bapa odbywał karę, otrzymał list od dowódcy pobliskiego garnizonu. Armia potrzebowała 10 mężczyzn: silnych, skorych do przemocy, agresywnych i potrafiących zabijać. Najlepiej bez wahania i zbędnych pytań. Nadzorca wybrał najgorszych degeneratów. Jednym z nich był Tengkorak. Wkrótce cała grupa trafiła do bazy wojskowej w Maumere (wyspa Flores). Tam przeszli podstawowe przeszkolenie wojskowe i dostali konkretne zadanie: mieli mordować członków PKI. Nazywano to „obowiązkiem wobec państwa”. Armia wyciągnęła go z więzienia, aby został katem.

Większość egzekucji odbywała się w lasach i na polach wokół Maumere. Żołnierze zwozili schwytanych ludzi ciężarówkami, czasami było to kilkadziesiąt osób na raz. Jak opowiada dziś Bapa Tengkorak wszystko działo się w nocy. Skrępowanych jeńców ustawiano na skraju wykopanych przez oprawców dołów, a potem odrąbywano im głowy maczetami lub podrzynano gardła nożami. Byli przy tym uzbrojeni strażnicy, nie mogli odmówić. Musieli zabijać nawet własnych krewniaków. Po czterech miesiącach strumień ofiar z Flores wysechł, mordercy mogli wrócić do domów. Byli wolni. Wojsko wypłaciło też każdemu z nich 1500 rupii i pięć worków ryżu.

Od czasu masakry rząd Indonezji oficjalnie uznaje eksterminację komunistów za patriotyczną walkę, a gangsterzy i paramilitarne grupy, którzy brali w niej udział, ogłoszeni zostali bohaterami. Do tej pory cieszą się przywilejami i władzą. Np. Anwar Congo uważany jest za jednego z ojców założycieli prawicowej, paramilitarnej organizacji Pemuda Pancasila, która wyłoniła się ze szwadronów śmierci. Pemuda Pancasila ma ogromny wpływ na polityczny kształt współczesnej Indonezji – należą do niej m.in. członkowie rządu. Dzisiejsza władza w Indonezji (mimo odsunięcia gen. Suharto z urzędu prezydenta) ma swoje korzenie w zbrodniach, za które nikt nigdy nie został ukarany. Na tej bazie rozkwitł i się umocnił islamistyczny fundamentalizm. W tym liczącym prawie 300 mln obywateli kraju, najludniejszym państwie islamskim na Ziemi, to potężna siła polityczna.

Abraham Lincoln wyraził niegdyś taką oto sentencję: Nie ma honorowej drogi do zabijania, nie ma szlachetności w niszczeniu.

* * *

„To nic, to tylko komuniści” – takie przesłanie, które brzmiało na korytarzach waszyngtońskich urzędów, wyjaśniało (i wyjaśnia dziś także) wszystko. I jest puentą dla przypomnienia tych tragicznych wydarzeń. Sianie nienawiści z racji politycznych przekonań (silny, zwierzęcy antykomunizm kieruje się przeciwko tym, których uważa się za komunistów i zawsze zakłada na początku ograniczanie ich praw, zepchniecie do grupy obywateli „drugiego sortu”, stygmatyzację piętnem komunizmu, by ów „drugi sort” zdehumanizować) powoduje analogiczne skutki, jak agitacja przeciwko komuś z tytułu innej (obcej) rasy, religii czy kultury. Podsumowaniem tej sytuacji – obecnej także w naszym kraju, od niemalże trzech dekad (np. słynne „lewicy mniej wolno”, gdyż ma rodowód postkomunistyczny, jest tego egzemplifikacją) – niech będzie myśl prezydenta Czech Václava Havla (działacza opozycji antykomunistycznej u naszych południowych sąsiadów i wybitnego intelektualisty europejskiego), mówiąca, iż setki tysięcy komunistów nie są innym gatunkiem ludzi niż my. Dziś widać, słychać i czuć – w Polsce XXI w. – coś zupełnie przeciwnego.

Wydanie:

Kategorie: Od czytelników

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy