Trzeba rozumieć sąsiadów

Nie mam i nigdy nie miałem zbytniego zaufania do dziennikarzy zajmujących się sprawami międzynarodowymi, gdyż rzetelność informacji nie była tym, za co mielibyśmy ich kochać. Istniały wyjątki. Np. Leon Bójko w okresie, gdy pracował w Moskwie jako korespondent, pisał sprawozdania tak trafne, że stawały się – mimo jego woli i wiedzy – oficjalnymi dokumentami MSZ. Tu przerwa na odśmianie publiczności – jak to nazywał Melchior Wańkowicz. Z jakiejś tam okazji znalazłem się, jeszcze jako poseł, na liście osób otrzymujących superinformacje dotyczące spraw zagranicznych. Adresatów tej przesyłki zawierającej poufną, czy nawet tajną wiedzę było zaledwie 22. Moje nazwisko ktoś dopisał ręcznie jako 23. Studiowałem te teksty z nabożeństwem, aliści, gdy czytałem coś o Rosji, zawsze miałem wrażenie, że już to, co tam jest napisane, znam. Szybko zrozumiałem, że to, co już – jak mi się wydaje – znam, jest bliźniaczo podobne do korespondencji Leona Bójki drukowanych w „Gazecie Wyborczej”. Czyżby Leon pracował na dwa fronty? Mało prawdopodobne. Wreszcie zrozumiałem. Dyplomatyczny korespondent MSZ, ktoś z ambasady w Moskwie dostawał „Gazetę Wyborczą” i zachwycony tym, co pisze Bójko, powtarzał jego myśli we własnych sprawozdaniach. Mogło się też zdarzyć, że Bójko dawał zawczasu kopie tego, co posyłał do Warszawy zaprzyjaźnionemu dyplomacie i tak powstawały owe supertajne raporty, jakie otrzymywałem z zaleceniem, by je strzec przed wrogiem. Ongiś, za PRL, nazywano to żartobliwie: zjeść natychmiast po przeczytaniu.

Taki żart nie był tylko krotochwilą. Zdarzyło mi się kiedyś, gdy byłem aresztowany i przesłuchiwany w gmachu MSW – jeść jedną czy dwie kartki papieru w obawie, że trafią w ręce bezpieczeństwa. Kiedyś Zbyszek Bujak poprosił mnie, by mu przygotować zarys projektu etycznego karty podziemia wraz z koncepcją sądu koleżeńskiego, mającego orzekać naganność postępowania ludzi łamiących zasady owej karty. Profesor Adam Strzembosz zgodził się nakreślić zarys projektu owej karty, ja dopisałem, co należało o tym sądzie i po przepisaniu tego elaboratu na bibułkowy papier poszedłem na spotkanie z Bujakiem. Było wiele spraw do omówienia, lecz zanim dotarliśmy do problematyki etycznej, ubecja już nam siedziała na karku i obaj powędrowaliśmy w licznej asyście na Rakowiecką. Nie zrobili nam rewizji osobistej, gdyż nie zdali sobie sprawy, że mają w rękach Bujaka, ale mnie te kartki w kieszeni parzyły. Poprosiłem o wyjście do toalety. Trafiłem do kabiny z zepsutą spłuczką. Nie było rady. Musiałem osobiście pożreć ten strzemboszowy przysmak. Koniec dygresji. Zaczyna się horror.

Jest nim sprawa Putina – tak ją sobie patetycznie nazwijmy. Jelcynowski mianowaniec skupił na sobie uwagę całego politycznego świata. Możni zaczęli pielgrzymować do Moskwy, by mu się przyjrzeć i nawiązać kontakt. Od początku było wiadomo, że wygra w cuglach te wybory i przeprowadzi ze sobą na Kreml pokolenie młodych i nowych polityków. Mieszkańcy Rosji przyjęli tę wiadomość jako zwiastowanie wybawienia. Szykano analogii w przeszłości. Będzie to ktoś na miarę Piotra Wielkiego czy Aleksandra I Błogosławionego. Putin budził bowiem nadzieję na podźwignięcie Marki Rosji z upadku, z poniżenia, z głodu i biedy milionów ludzi. Te nadzieje narodów Federacji Rosyjskiej sprawiły, że Putin wygrał w pierwszej turze. Gdyby żył niezastąpiony – jak się okazało – Leon Bójko, pewnie by nam to wszystko porządnie opisał i wyjaśnił. Niestety, Leon od dawna nie żyje. Jego koledzy po piórze w przeważającej większości pisali o Putinie źle, zajmując się przede wszystkim jego policyjno-wywiadowczą przeszłością. Nijak nie można było z tych antyputinowskich elaboratów zrozumieć, dlaczego ten naród – umęczony totalitarną władzą jak mało który na świecie – uważa za swego wybawcę, za ojca dobrych nadziei – niepokaźnego facecika ze służb specjalnych. Jeszcze mogę zrozumieć różnych drugo- i trzeciorzędnych gryzipiórów. Piszą, jak trzeba, by się podobać aktualnej władzy. Przyjdzie zmiana, zaczną pisać inaczej. Normalka. Aliści sam Leopold Ungier, niezależny i żyjący daleko od krajowego bajora wybitny dziennikarz, pisze do „Gazety Wyborczej” felieton pełen obelżywych słów pod adresem Putina. Zacytują fragment mego własnego wywiadu, udzielonego pani Ewie Rosolak z „Trybuny”: „Do Rosji jeżdżą wszyscy wielcy tego świata. Pani Albright mówi o nim w słowach uznania. Ten człowiek daje szansę, że to wciąż wielkie państwo, będące zwornikiem między Wschodem a Zachodem, stanie na nogi i przestanie być chorym człowiekiem świata, a koledzy dziennikarze wypisują głupstwa na ten temat”.

Albo nasi dziennikarze zakładają, że ich teksty czytają łatwowierne matoły, albo sami nie rozumieją zjawisk, jakie opisują. Rosjanie nie są matołami. To mądry, umęczony naród, szukający rozpaczliwie nadziei na lepsze, bezpieczniejsze jutro. Ta nadzieja nazywa się w tej chwili Putin i trzeba być kretynem, by widzieć w nim tylko byłego funkcjonariusza służb specjalnych.

I jeszcze jedno. Czytam często w naszej prasie ubolewania, iż Rosjanie tęsknią za utraconym imperium. To prawda, tęsknią, ale czy zdarzyło się gdziekolwiek na świecie, by upadek potężnego państwa nie łączył się z żalem za przeszłością. Mam w najbliższej rodzinie kogoś ze starej elity inteligenckiej British Empire. Ileż w tej mądrej i dobrej kobiecie, tancerce za młodu, a po wejściu do naszej rodziny dyrektorce jednej z najlepszych brytyjskich szkół baletowych, żalu za imperialną przeszłością jej ojczyzny. Z jakim trudem Francuzi żegnali się ze swoimi koloniami, a zgodę De Gaulle’a na zwrócenie wolności Algierii uważali za zdradę interesów narodu. W Rosji dołącza się do tych powszechnych tęsknot za przeszłością katastrofalny stan gospodarki po upadku Związku Radzieckiego. Stąd wrogość do jednej z największych postaci minionego wieku, czyli do Gorbaczowa.

Dziennikarz nie mający chęci i zdolności do rozumienia zjawisk, o jakich przychodzi mu pisać, nie tylko nie zasługuje na szacunek, ale i małe ma szanse na Parnas gryzipiórów, a taki przecież istnieje. Gdy się pisuje o sąsiadach, trzeba rozumieć ich sprawy. Samo plucie nie wystarcza.

Wydanie: 14/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy