Uczeń przegrany na starcie

Uczeń przegrany na starcie

Wystartowali. Dzieci, które zaczynają naukę, zwykle cieszą się z tego, że idą do szkoły. Niestety, to nastawienie dość szybko się zmienia. Na gorsze. A za to odpowiadają przecież nie krasnoludki, tylko dorośli. Poobsadzani w różnych rolach w systemie edukacyjnym. Ale też rodzice, a i dziadkowie, bo coraz częściej to na nich spadają obowiązki związane z kontaktami ze szkołą. Skoro najmłodsi chcą iść do szkoły, to zastanawia mnie, skąd tak powszechna niechęć do rozpoczynania nauki przez sześciolatki. W tym roku szkolnym tylko 15% sześciolatków poszło do szkoły. Prawidłowość jest przy tym taka, że im biedniejsze województwo, tym takich uczniów jest mniej. Czy z tymi dzieciakami rodzice w ogóle rozmawiali, czy też uznali, że one tak jak ryby głosu nie mają? Jakkolwiek by jednak patrzeć, ten sprawnie zorganizowany opór rodziców przeciwko przyśpieszeniu edukacji wiele mówi o naszym społeczeństwie. Zadziwia mnie płynące z tych środowisk przekonanie, że dodatkowy rok poza szkołą to dla dzieci dobrodziejstwo, a nie strata. Przecież skutki tych decyzji będą takie, że różnice między uczniami staną się jeszcze większe. Choć już teraz są ogromne. Wśród elit pozycja materialna i zawodowa rodziców automatycznie zapewnia dzieciom dobre przygotowanie i zwiększa ich szanse na dobrą edukację. Coraz więcej najwyżej uposażonych rodziców wybiera dla swoich dzieci szkoły podstawowe spoza oświaty publicznej. A dzieci raz wprowadzone do systemu szkół prywatnych czy społecznych już z niego nie wychodzą aż do matury. Dobra edukacja staje się więc w Polsce coraz częściej dobrem zależnym od zamożności rodziców. Formuje się na naszych oczach system, do którego większość społeczeństwa nie ma dostępu. Idąc tą drogą, dojdziemy do tego, że oświata publiczna będzie coraz marniejsza, a jej absolwenci będą przegrywali konkurencję o miejsca na renomowanych uczelniach. Później zaś konkurencję o interesującą ich pracę.
Załóżmy jednak, że dziecko miało szczęście i jako sześciolatek trafiło 2 września 2013 r. do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Ani się spostrzeże, gdy skończy podstawówkę, gimnazjum, liceum i studia. Będzie wówczas rok 2030! Może sięgnie do dziś pisanych raportów PAN czy Michała Boniego „Polska 2030”? I może z ich realizacją nie będzie tak źle, jak teraz się wydaje? Uczeń, który dopiero co trafił do szkoły, najaktywniejszy zawodowo będzie w latach 2030-2060. I choć z trudem można to sobie wyobrazić, szkoła powinna go właśnie na te lata dobrze przygotować. Jeśli edukacja ma mieć sens, to takie są jej długoterminowe zadania. Tylko kto myśli w takiej perspektywie? Niestety, nie polska szkoła. Stawiająca bardziej na posłuszeństwo nawet kosztem bezmyślności niż na samodzielność i kreatywność. Z dużą pewnością można przewidzieć, że nasze dzieci będą żyły w czasach nieustannej rewolucji technologicznej i informatycznej. Muszą więc być przygotowane na konsekwencje cywilizacyjne świata, którego będą częścią. A to oznacza przede wszystkim nowe relacje z ludźmi i ze środowiskiem, w którym funkcjonujemy. Trzeba zamknąć oczy i zacząć sobie wyobrażać nadchodzący świat. A potem oczy otworzyć i zrobić plan, jak się do tego świata przygotować.

Wydanie: 36/2013

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy