Uczeni czy wielbłądy?

Uczeni czy wielbłądy?

Prawo i obyczaje

Struktura powiązań personalnych między wyższymi szkołami państwowymi a prywatnymi musi budzić głęboki niepokój każdego uczonego, któremu los polskiej nauki leży na sercu. Osobiście poczuwam się do obowiązku zabrania głosu w kwestii wywołanej uchwałą Senatu UJ w sprawie dodatkowego wykonywania zajęć w szkołach prywatnych przez samodzielnych pracowników tej uczelni. Jako członek Polskiej Akademii Nauk nie mogę milczeć, gdyż sprawa rozwoju nauki i dbałość o kształcenie na różnych poziomach nauczania należy do zadań tej korporacji (art. 2 ustawy o Polskiej Akademii Nauk).
W istocie problem jest bardzo głęboki. Nie sprowadza się tylko do kwestii kolizji między interesami uczelni publicznych i szkół prywatnych w zakresie korzystania ze wspólnej kadry dydaktycznej. To zagadnienie dotyczy teraźniejszości, ważniejszą jednak sprawą jest przyszłość polskiej nauki uprawianej w szkołach wyższych. Wieloetatowość jest śmiertelnym wprost zagrożeniem dla badań naukowych i rozwoju młodej kadry, a w konsekwencji także dla uprawniania dydaktyki na wysokim poziomie. Wykładowca musi na bieżąco śledzić osiągnięcia nauki, która znajduje się w ciągłym rozwoju. Jeśli sam nie pracuje naukowo i nie pozostaje w kontakcie z krajowymi i zagranicznymi ośrodkami badawczymi, to żaden z niego dydaktyk. Stara to bowiem prawda, że nie ma dobrego nauczania bez własnych badań. Prawdziwi uczeni nawet na wykładach dokonywali wielkich odkryć (pisał o tym A.K. Wróblewski w książce „Uczeni w anegdocie”, Warszawa 1999, s. 41).
Przed wielu laty prof. Kotarbiński, wielki myśliciel, pisał o niebezpieczeństwie „przerostu instynktów nauczycielskich” w szkolnictwie wyższym. Krytykował zjawisko zbelfrzenia ludzi uciekających od badań na rzecz łatwiejszej dydaktyki („O zdolnościach cechujących badacza”, „Nauka Polska” 1929, t. XI). Dzisiaj pęd do dydaktyki jest znacznie groźniejszym wynaturzeniem od tego, który piętnował wybitny filozof. Uczeni uniwersyteccy gonią teraz za dodatkowymi zarobkami „dla chleba, panie, dla chleba”. Niektórzy czynią to bez żadnego umiaru. Dźwigają ciężar niezliczonych zajęć niczym osły lub wielbłądy ładunki ponad siły. Niedouczeni uczeni będą wkrótce mówić słuchaczom rzeczy zdezaktualizowane. Zamiast uczyć, będą szkodzić. A może już tak się dzieje?
Senacka uchwała UJ spotkała się z bezpardonową akcją krytyczną uczelni prywatnych. Wspólne, perspektywiczne cele szkolnictwa zarówno publicznego, jak i prywatnego, o których była mowa wyżej, nie zostały dostrzeżone. Nic, tylko temperamenta grały. Tak to już jest, że w polskim życiu publicznym emocje więcej od rozumu znaczą. Myślenie kategoriami interesu ogólnego, wspólnego to przeżytek.
W sprawie ograniczenia wieloetatowości na UJ rozdarli szaty rzekomi juryści. Podnieśli alarm, że władze najstarszej polskiej uczelni wyższej dopuściły się gwałtu na konstytucji (sic!), która zapewnia każdemu wolność wyboru i wykonywania zawodu oraz wyboru miejsca pracy (art. 65, ust. 1). Pewien mędrzec powiedział nawet, że Wszechnica Jagiellońska odebrała swym uczonym konstytucyjną wolność nauczania (art. 73). Tak nie jest, każdy bowiem z zainteresowanych pracą dodatkową pracowników uniwersytetu zachowuje wolność wyboru między pracą na etacie na UJ a zatrudnieniem na innych uczelniach krakowskich . Wybierając na nich pracę, korzysta przecież z wolności nauczania zgodnie z własną decyzją.
Prawdą jest, że ustawa o szkolnictwie wyższym, tak samo jak kodeks pracy, nie zawiera ustawowego, generalnego zakazu wykonywania zajęć dodatkowych przez pracowników zatrudnionych w głównym miejscu pracy. Jest jednak grubym nieporozumieniem twierdzić, że pracodawca musi zawsze zgodzić się na podjecie pracy dodatkowej przez swego pracownika. Warunki zatrudnienia proponuje pracodawca stosownie do swych potrzeb. Nie może więc być pozbawiony prawa korzystania z kadry dyspozycyjnej, związanej wyłącznie z jego firmą. Podobnie uczelnia wyższa może, biorąc pod uwagę zakres swych zadań dostosowanych do planów rozwojowych szkoły, ograniczyć, a nawet wyłączyć czasowo wieloetatowość, gdy rozproszenie kadry w różnych miejscach pracy grozi dekoncentracją badań podjętych w szkole lub prowadzi do kolizji obowiązków wykonywanych w innych szkołach z powinnościami organizacyjnymi na macierzystej uczelni.
Państwowe szkoły wyższe są jednym z filarów systemu nauki polskiej. W wykonaniu tej misji szkoły prywatne znajdujące się dopiero w stadium rozwoju nie są w stanie ich zastąpić. Żywiołowa, niekontrolowana ekspansja prywatnego szkolnictwa wyższego doprowadziła, moim zdaniem przedwcześnie, do nadmiernej parcelacji zadań skoncentrowanych poprzednio w silnych ośrodkach naukowo-dydaktycznych, zwłaszcza na uniwersytetach.
Pracownicy uniwersyteccy twierdzą, że zarobki na uczelniach macierzystych są głodowe, muszą więc dorabiać na innych. Do tego argumentu należy odnieść się ze zrozumieniem, ale trudno go uznać za merytorycznie uzasadniony w świetle przytoczonych wyżej uwag o szkodliwości zjawiska wieloetatowości dla kondycji nauki, szczególnie w okresie gdy polska nauka pozostaje daleko w tyle za czołówką światową.
Obecny lament z powodu niskich wynagrodzeń uczonych nie jest żadną nowością. Można powiedzieć, iż od zawsze ludzie nauki nie należeli do bogatych warstw społeczeństwa. Tak było i jest na ogół również w innych krajach. Ponad 30 lat temu poruszał sprawę niskich wynagrodzeń w nauce prof. M. Mazur w głośniej książce „Historia naturalna polskiego naukowca” (Warszawa 1970). Warto jego słowa przypomnieć: „Poszukiwaczom nowych idei, nowych pomysłów, nowych rozwiązań trzeba zapewnić warunki sprzyjające świeżości umysłu i rozwijaniu inwencji (…). Pozostawienie życia naukowców im samym jest błędem, który społeczeństwo za dużo kosztuje” (s. 42-53). Był to głos wołającego na puszczy.
W tamtych czasach pracownicy naukowi nie mieli takich możliwości dorabiania jak dzisiaj. Obecnie znajdują pracę intratniejszą pod względem uposażenia w szkołach prywatnych niż na macierzystych uczelniach. Jest to konstytucyjna nieprawidłowość. Za pracę tego samego rodzaju i jakości pracownik powinien otrzymywać w zasadzie takie samo wynagrodzenie. W praktyce jednak goniący za licznymi zajęciami dodatkowymi uczeni pracują na ogół gorzej w innych miejscach pracy, a zarabiają więcej. Czy to normalne?
Młodzi gniewni odgrażają się, że w związku z uchwałą Senatu UJ odejdą raczej z Almae Matris, niż zrezygnują z pracy w szkolnictwie prywatnym. Moim zdaniem, niebezpieczeństwa masowego odpływu kadry uniwersyteckiej do szkół prywatnych nie ma. W każdym razie najcenniejsi zostaną. Tacy, o których pisał M. Mazur w cytowanej wyżej książce, że są jak narkomani, gotowi nawet dopłacać do przyjemności, jaką jest dla nich uprawianie twórczej działalności. Dorobkiewicze niebędący pasjonatami i profesorami tytularnymi przestaną być atrakcyjni w szkołach prywatnych, bo od chwili odejścia z UJ nie będą mogli posługiwać się nazwą stanowiska uniwersyteckiego „profesor” (nadzwyczajny).

 

 

Wydanie: 32/2003

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy