Albo umieram, albo się rozbieram

Albo umieram, albo się rozbieram

Jeszcze po latach byłem pełen obaw, czy nie przesadziłem z tą nagością pod prześcieradłem

Olgierd Łukaszewicz – aktor filmowy i teatralny

Niedługo czekał pan na spotkanie z prozą Jarosława Iwaszkiewicza; to był film telewizyjny Janusza Majewskiego, oparty na noweli „Stracona noc”. Wystąpił pan w roli dziedzica Jana. Potem jeszcze raz zagrał pan w filmie opartym na tej samej noweli, tylko już w innej reżyserii i w innej roli.
– U Majewskiego graliśmy w parze z Andrzejem Łapickim, który kreował Pisarza, wracającego z Włoch. Psuje mu się auto i musi szukać noclegu. Po latach to ja zagrałem Pisarza u Andrzeja Domalika w filmie „Nocne ptaki”. Z tym wiąże się pewne wspomnienie. Pisarz z tego opowiadania ma homoerotyczne skłonności. Kiedy podgląda wieczorem właściciela dworu, chłopaka zagłębionego w lekturze, to coś sobie przy tym myśli, coś wyobraża. Poprosiłem Andrzeja Łapickiego, żeby na zbliżeniu podkreślił dwuznaczność spojrzenia. Zaproponowałem Januszowi Majewskiemu, że wobec tego ja jako obiekt podglądany też będę w dwuznacznej sytuacji. Postanowiłem, że będę nago, odziany tylko w prześcieradło. Noc jest czerwcowa, parna, młodzieniec postanowił przekroczyć próg męskości, wreszcie stracić dziewictwo, i miało to się stać w trakcie spodziewanej wizyty jego opiekunki. Ona przychodzi pocałować go w czoło, jest zaniedbywaną żoną jakiegoś prymitywnego sługi w dworku. Tę rolę zagrała Alicja Jachiewicz, która później wystąpiła jako moja żona w „Generale Nilu”.

Jeszcze po latach byłem pełen obaw, czy nie przesadziłem z tą nagością pod prześcieradłem. Nie doszło oczywiście do straty dziewictwa. I pewnego dnia czytam w „Wyborczej” artykuł Jarosława Mikołajewskiego o Szymanowskim, który przywiózł Iwaszkiewiczowi kolekcję zdjęć nagich chłopców, fotografowanych przez niemieckiego arystokratę. Sycylijskich chłopców wyobrażających różne antyczne figury. Prześcieradła też tam bywały na tych fotografiach, drapowania i nagości, falliczne fascynacje. I wtedy zadzwoniłem do Janusza Majewskiego: „Patrz, mieliśmy intuicję. Szymanowski wracał z Taorminy i pewnie stamtąd były zdjęcia, które przywiózł Iwaszkiewiczowi”. Dzisiaj już wiem to z całą pewnością, bo byłem niedawno w Taorminie i przywiozłem kilka takich nagusów. Niepotrzebnie się żenowałem, że taką scenę wymyśliłem, bo jak się okazuje, intuicja była trafna. (…)

Uważał pan, że może za daleko się posunął, gdy okrył się pan prześcieradłem, ale cóż to było w porównaniu z „Dziejami grzechu” Waleriana Borowczyka (1975) według powieści Żeromskiego. Kiedy ten film wszedł na ekrany, to było znowu wydarzenie, w równej mierze artystyczne, jak obyczajowe. (…)
– Badacze twórczości Borowczyka, którzy habilitują się z jego filmów, potwierdzają, jakie to wspaniałe dzieło. Coś musi być na rzeczy, skoro komisja selekcyjna kwalifikująca filmy do festiwalu w Cannes właśnie na ten film kiedyś zwróciła uwagę. U nas ta sensacyjność prawdopodobnie była spowodowana tym, że czasami widać w filmie nagie piersi. Mnie też widziano nago, kiedy Ewa, czyli Grażyna Długołęcka, dobiła mnie zastrzykiem kurary w sytuacji seksualnej.

Podobno na ten film ciągnęły wycieczki radzieckie?
– Dowiedziałem się przypadkiem, co wzbudziło zaciekawienie wycieczek radzieckich i zagwarantowało długie powodzenie tego filmu, np. w kinie Mewa na warszawskiej Pradze. Powiedział mi to kierownik kina – chodziło o scenę zabójstwa Szczerbica. Szczerbic przyjeżdża, pragnie posiąść Ewę na wykwintnym szezlongu – scenę kręciliśmy w pokoju prokuratora miasta Łodzi w pięknym pałacyku. Szezlong był przykryty ozdobną serwetą, taką, jakie dziergały na stoły różne ciotki i cioteczki. Kompletnie nagi wyciągam z torby zwitki banknotów, obsypuję Ewę pieniędzmi na dowód, że wszystko sprzedałem i wszystko jej wręczę. Kiedy kładłem się na niej, szanując sympatie reżysera, uznałem, że w miejscu właściwym, nazywanym nobliwie krzaczkiem, położę – jak miecz Marka w Tristanie i Izoldzie – tę dzierganą serwetę. Przeszedł pierwszy dubel, pupa do góry, ja przyciśnięty do kanapy, żeby broń Boże się nie uzewnętrznić ze swoim przyrodzeniem. Ale kamera obserwowała to też z innej strony, od dołu. Jest więc dubel i raptem czyjaś ręka sięga spomiędzy moich nóg w okolicach szlachetnego zwisu właśnie po tę dzierganą zasłonę. To była ręka reżysera, chciał mieć alibi. No i wtedy mnie zmroziło, bo przypomniałem sobie, że reżyser właśnie wrócił z Francji, z planu filmu, w którym grało kilkaset gołych kobiet. Potwierdziło się, że plotka, iż francuska kinematografia korzystała w pełni z biologii obecnych na planie aktorów, jest prawdziwa. Ale tu u nas miało być po polsku. Wstrzemięźliwie.

I było?
– Niekoniecznie. Kiedy podnoszono nagiego trupa – Wilhelmi i Walczewski mnie podnosili – oświadczyłem, że nie położę się twarzą do góry, czyli nie ukażę przyrodzenia. Reżyser był szalenie wzburzony. „Ty mi nie ufasz? To przecież jest dzieło sztuki”, mówił. Dzisiaj nie miałbym takich oporów, ale kiedyś to jednak był problem. Tak więc leżałem pupą do góry, podnieśli mnie, ażeby załadować do kufra, i wtedy pojawił się słynny efekt Samosiuka. Mianowicie ściany były lustrzane, więc i tak wszystko się ukazało. I choć toto widać zaledwie ułamek sekundy, wycieczkom wystarczyło. Opowiadano mi, że ktoś oglądał ten film w Finlandii, że doprawiono to i owo i wyświetlano jako soft porno. Badacz, z którym dyskutowałem na ten temat, powiedział, że to możliwe w wypadku dzieł Borowczyka, że takie ingerencje się zdarzały ze strony tych, którzy płacili za ten film. (…)

Jeszcze przed premierą filmu w „Ekranie” ukazała się rozkładówka przedstawiająca parę głównych bohaterów au naturel. Był skandal?
– Odważne zdjęcie – oboje leżymy nago w pościeli. Podburzano mnie, że powinienem zaprotestować, no więc poszedłem do redakcji „Ekranu”: kto wam pozwolił publikować takie zdjęcie? Wyraziłem oburzenie, po czym pojawiłem się na planie, a tam Borowczyk był już najwidoczniej po rozmowie telefonicznej z kimś z redakcji i wygłosił wielki monolog o rozczarowaniu mną, że nie umiem rozpoznać, co to jest prawdziwa sztuka. Najwidoczniej nie wiedział, w jakim kraju żyję, w jakich warunkach, i że pismo „Ekran” zaryzykowało, dając taki erotyczny obraz na rozkładówkę, że to naprawdę była sensacja.

Niemal na granicy samobójstwa.
– Przepytywano mnie czasami na spotkaniach, także w kółkach parafialnych, szczególnie wtedy, kiedy po latach grałem „Psalmy Dawida”: „Jak pan to godzi? Tu gra pan »Psalmy«, a kiedyś w »Dziejach grzechu«?”. Wyjaśniałem, że aktor wszystko poświęca dla roli, opowiada o człowieku w całej jego złożoności. Na jednym z takich spotkań po „Psalmach…” przerywa komuś ksiądz i mówi: „Ale teraz kończmy, bo w telewizji są »Dzieje grzechu«”.

Widać, że dzisiaj jest do tych spraw inny stosunek.
– Całkowicie inny. We wspomnianej inscenizacji kieleckiej obecne są nagie ciała w scenie, w której Pochroń dopada Ewę i z nią kopuluje. Dzisiaj widownia przechodzi nad tym do porządku dziennego. Przy realizacji „Dancingu w kwaterze Hitlera” w scenach, w których całowałem swoją partnerkę w policzki i raz – cmok – w usta, całe pole obstawiono samochodami, publiczność zaś wygoniono poza teren przylegający do planu, za parkan, a za tym parkanem przecież nic się nie działo. To była połowa października, całowałem partnerkę i na ciele pojawiła mi się gęsia skórka z chłodu. Wołano, żeby dać ciepłej wody, rozgrzać mnie, bo wszystko widać na ekranie. Polano mnie wodą, a niezadowolony operator w krzyk: „No i coście zrobili, przecież on paruje!”.

Sceny erotyczne stały się pańską specjalnością filmową. Sam pan powtarzał bodaj za „Szpilkami” ukute zawołanie: „Albo umieram, albo się rozbieram”.
– Nie zaprzeczam, to jedna z moich dziedzin, także w serialu – z Anią Nehrebecką w „Nocach i dniach”. Tym razem reżyser zastosował zupełnie inną metodę: wiecie, dzieci, macie tutaj butelkę koniaku, ja wyjdę, a jak będziecie gotowi, to mnie zawołajcie. Podniosły się krzyki: „Proszę opuścić halę!”, a my, bezradni, zostaliśmy sami z tą butelczyną i musieliśmy wymyślić scenę. Próbowaliśmy spontanicznie odnaleźć się w tej sytuacji, ale zdechło nam już po pierwszych ruchach i trzeba było wymyślić choreografię. Kiedy się to dokonało, zawołaliśmy wstydliwego reżysera i scena została nakręcona tak, jak chcieliśmy.

Pamiętam trudny moment przy realizacji „Gorączki”, kiedy reżyserowała kobieta, Agnieszka Holland. Nigdy tej sfery na planie nie traktowałem prywatnie, ale moja partnerka za nic nie chciała się odsłonić. Pamiętam, jak Agnieszka ją zbeształa. Poczułem się wzmocniony, bo to kobieta kobietę upominała, że kręcimy normalną scenę. Ludzką.

Ale kiedy w filmie „Przeprowadzka” przyszło mi grać z dziewczyną lekkich obyczajów, poczułem się jak na egzaminie. Aktorka grająca główną rolę powiedziała, że się nie rozbierze. Wobec tego służyła zaledwie głową. Co zrobić z resztą ciała? Reżyser Jerzy Gruza udał się do hotelu Cracovia, popracował nad materiałem, przez jakiś czas go oswajał, no i wreszcie na planie zdjęciowym pojawiła się blondynka, ułożono nas w wozie meblowym – była to scena, w której miał nas podglądać Antoni Pszoniak i paść oczy tym, co tam wyrabiamy. Głaszczę panią po ciele, jesteśmy rozebrani, a pani nic. Głaszczę panią po nodze, przejeżdżam po całej długości tych nóg, a pani nic. Jestem przerażony – ona w ogóle nie reaguje. Próbuję całować karczek, miejsce erogenne, ona nic. Myślę sobie: ars amandi niestety nie opanowałem, pełna kompromitacja. Wreszcie się zirytowałem i mówię: „Proszę pani, kiedy panią głaszczę w tym miejscu, pani lekko przeciąga ramię. Kiedy rękę wkładam tam, pani z lekka jęczy. A kiedy na panią wchodzę, proszę ruszać palcami stóp”. Czyli całą choreografię erotyczno-seksualną wziąłem na siebie. Na szczęście nie odezwał się ekspert seksualny Jerzy Gruza, no i w filmie scena wygląda tak, jak zaplanowałem. Bo to były czasy, w których aktorki szły na ustępstwa niechętnie – ciało niech da inna. Ja gram talent.

Tak więc erotyka to też była moja specjalność. Do tego stopnia, że Barbara Sass-Zdort zaprosiła mnie do epizodu w „Dziewczętach z Nowolipek”, w którym miałem grać aktora udzielającego dziewczynie lekcji i zwodzącego ją. „A czy nie mógłbym jej zwodzić konkretnie i na stojąco?”, pytam reżyserkę. „I uwieść?”. I mamy taką scenę, w której ona mówi słowa poezji, a ja tymczasem biorę to i owo. Takim uwodzicielem byłem też w austriackim filmie telewizyjnym „Salzbaron”, tam również uprawiam erotykę na stojąco. Sceny erotyczne filmowane poziomo nie pokazują oczu, a przecież intensywność doznań erotycznych objawia się w oczach.

Scenę najbardziej szkolną, erotyczną, a jednocześnie pełną perwersji, zafundował mi przecież Kazimierz Kutz w „Perle w koronie”. Oto górnik czeka, aż wreszcie żona skończy pranie w kuchni i przyjdzie do łoża. Ale kiedy ona się w tym łożu zjawia rozebrana, to on wprowadza element gry – wyłania się u jej stóp spod łóżka, po to tylko, by rozpocząć wędrówkę wzdłuż jej ciała: od dużych palców u stóp, poprzez długie nogi, krzaczek, do ust. To był czas, kiedy obficie malowano ciało szminką i moja partnerka była nią pokryta, niemniej strasznie się wstydziła. Czego? Rozstępów, bo była już mamą. Czyli nie samego faktu, że dochodzi do takiej rozbieranej sceny, ale rozstępów. Jej mąż sztygar podobno był bardzo dumny z niej w całej okazałości, którą podziwiała młodzież od lat 14, bo młodszej nie wpuszczano na salę kinową. (…)

W „Brzezinie” kobiety rozbierały mnie już jako trupa. Daniel Olbrychski, jako bardziej bywały, po różnych doświadczeniach, radził mi: „Wiesz co, te rzeczy najlepiej oklej plastrem”. Co też oczywiście skwapliwie uczyniłem. Ale gdy te wiejskie baby statystki, na czarno ubrane, ściągały ze mnie piżamę, to wszystko poleciało. A potem trzeba było się tego wyzbyć, bo to było widać w kamerze. Pocieszały mnie, odmawiając różaniec: „Taki młody, czego się pan wstydzi. Umiera pan, jak nam pana żal”. I odmawiały zdrowaśki. Wtedy sam się przekonałem, że wymyślam granice, których nie ma sensu wymyślać.

Fragmenty książki Seksmisja i inne moje misje. Olgierd Łukaszewicz w rozmowie z Tomaszem Miłkowskim, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016

Wydanie: 3/2017

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy