In vitro to cud medycyny, a nie zbrodnia

In vitro to cud medycyny, a nie zbrodnia

Prawo nie może narzucać pacjentom ograniczeń w wyborze metod leczenia

Dr Krzysztof Grettka z Kliniki Leczenia Niepłodności Angelius Provita w Katowicach, który zajmuje się leczeniem zaburzeń płodności oraz in vitro ponad 10 lat
W naszej klinice od 2007 r. przeprowadzamy ok. 500 zabiegów in vitro rocznie. Stosujemy dwa protokoły – dłuższy i krótszy, w zależności od rokowań. Różnią się one czasem przyjmowania leków, a co za tym idzie, ich ceną. Leki mogą kosztować od 2,5 tys. do 4 tys. zł, więc pacjentom nie jest to obojętne. Uważam, że leki powinny być refundowane, chociaż obawiam się, aby nie sięgnięto wówczas po najtańsze, bo te często nie spełniają swojego zadania.
Od początku działalności, od ośmiu lat, przechowujemy wszystkie niewykorzystane zarodki. Z mojego punktu widzenia najważniejsze, aby nie zabraniać mrożenia zarodków. Zakaz znacznie obniży liczbę udanych zabiegów, a obecnie mamy skuteczność na poziomie ok. 40%. Brak możliwości mrożenia cofnie nas o wiele lat. Kobiety będą narażone na wielokrotne stymulacje i przedłużające się leczenie.
Bardzo ważne jest uregulowanie dawstwa. Mamy w klinice nieodpłatną procedurę adopcyjną. Jeśli rodzice chcą zostać dawcami dla innej pary, zrzekają się zarodków w obecności prawnika. Jesteśmy bardzo zainteresowani uregulowaniami prawnymi, bo teraz sami musimy zatrudniać prawnika, aby tworzył odpowiednie umowy, zapisy. Zdarza się też, że para przychodzi z kobietą, która chce być dawczynią komórek jajowych, bo jest zdrowa. Mówią wówczas, że to siostra albo kuzynka, a my przecież nie mamy żadnej możliwości sprawdzenia takiego układu.
Praktykowałem w wielu państwach – w Niemczech, w Austrii, Anglii, Izraelu, Stanach Zjednoczonych. Wszędzie zabiegi in vitro są dużo droższe, mniej więcej czterokrotnie, i są refundowane w całości lub w części. Dają furtkę osobom, których nie stać na ten kosztowny zabieg, jakże ważny z punktu widzenia społecznego i psychicznego, budowania rodziny.

Beata Znamirowska-Soczawa

– Pewnego dnia koleżanka w pracy opowiedziała mi o przyjaciółce z lat szkolnych, która ma dziecko dzięki metodzie in vitro. Pokazała mi ją na Naszej Klasie. Pomyślałam wtedy, że dobrze postąpiłam, nie mówiąc nikomu o tym, jak poczęła się nasza córka. Uzgodniliśmy z mężem, że to będzie nasza sprawa. Nie poinformowaliśmy nawet rodziców. Nie chcemy być tematem plotek, taniej sensacji czy politowania – opowiada Grażyna.
Grażyna i Maciek pobrali się grubo po trzydziestce. Ona ekonomistka, on informatyk. Oboje zrobili karierę zawodową. Rozpoczęli budowę domu i od razu postanowili powiększyć rodzinę.
– Gdy przez ponad rok nie mogłam zajść w ciążę, zaczęłam się zastanawiać, czy wszystko jest z nami dobrze. Postanowiliśmy poddać się badaniom. Okazało się, że mój organizm wytwarza komórki jajowe, ale u męża był problem z aktywnością i liczebnością plemników. Na szczęście podszedł do tego spokojnie i postanowiliśmy się leczyć.
Grażyna zaczęła przeczesywać strony i fora internetowe i wybrała klinikę w Białymstoku, odległą od miejsca zamieszkania o 300 km. Lekarze zaproponowali najpierw inseminacje, łącznie cztery. Przypominają one zwykłe badanie ginekologiczne, ale samo wstrzyknięcie spermy poprzez długi kateter jest bolesne. Przez kilka godzin ból rozrywa brzuch. Jednak efektu nie było. W końcu zaproponowano im in vitro, lecz dwukrotne próby nie doprowadziły do poczęcia dziecka. – Każda porażka przynosiła olbrzymi stres, załamanie. Płakałam w poduszkę, wpadałam w stany depresyjne. Po jakimś czasie znów się podnosiłam i jechałam na kolejne badanie. Mąż bardzo mnie wspierał i zgadzał się na wszystko, co proponowałam.
A zaproponowała zmianę kliniki. Znalazła w internecie bardzo pozytywne opinie o klinice Angelius Provita w Katowicach. – Lekarz prowadzący okazał się niesamowity – gdy weszliśmy do jego gabinetu, poczuliśmy się zupełnie spokojni, a on wszystko dokładnie nam wytłumaczył. Być może dzięki temu spokojowi  udało się za pierwszym razem.
Doczekali się córeczki, obecnie półtorarocznej. Aby zostać rodzicami, na zabiegi i leki wydali ponad 60 tys. zł. – Mimo leków stymulujących wytwarzam małą liczbę komórek jajowych, więc nasz materiał genetyczny wykorzystujemy w całości. Za pierwszym razem, w Białymstoku, wyhodowano sześć zarodków, trzy umieszczono we mnie, trzy zamrożono. Ponieważ żaden się nie rozwinął, za drugim razem skorzystaliśmy z zamrożonych zarodków. W Katowicach była podobna sytuacja. Wyhodowano pięć zarodków, z tego dwa umieszczono w mojej macicy. I udało się – urodziła się zdrowa córeczka. Niecały rok po porodzie znów poddałam się zabiegowi i wówczas wykorzystaliśmy zamrożone zarodki. Niestety, doszło do poronienia. Koniecznie chcemy mieć jeszcze jedno dziecko. Jestem więc w trakcie kolejnej stymulacji. Leki są drogie, jeden cykl to koszt ok. 4 tys. zł. Teraz, gdy podejmujemy kolejną próbę, jestem już spokojniejsza. Wiem, co mnie czeka, wiem, że mogą być porażki, ale przyjmuję je ze spokojem, bo to element leczenia.
Grażyna nie wie, czy oddałaby swoje zarodki parze, która jest zupełnie bezpłodna. Do tej pory nie miała dylematu – cały jej materiał genetyczny został wykorzystany. Gdy się okazało, że mimo przyjmowania leków nie wytwarza komórek jajowych, lekarz zaproponował im skorzystanie – nieodpłatne – z zarodka innych rodziców. – Zaskoczyło nas to. To taka adopcja prenatalna. Jednak nie zdecydowaliśmy się. Wiem, że są pary w ogóle bezpłodne. Wyobrażam sobie ich ból, rozczarowanie, frustrację, samotność. Nie dojrzałam jeszcze do decyzji, co zrobić z nadmiarem własnych zarodków – gdybym je miała. Ostatecznie pewnie zgodziłabym się na przekazanie ich innym rodzicom. Jednak nie chciałabym wiedzieć, kim oni są.

Dziesięć kroków do tyłu

Pierwsze dziecko poczęte z in vitro w Polsce to kobieta, ma dziś 25 lat. Zabieg przeprowadził prof. Marian Szamatowicz w Klinice Ginekologii Akademii Medycznej w Białymstoku w 1987 r. – należy dodać, w klinice państwowej.
– I to jest straszne. Doszliśmy do momentu, w którym nie dyskutuje się o coraz lepszych rozwiązaniach problemu, tylko zrobiliśmy 10 kroków do tyłu i niektóre środowiska dyskutują, czy in vitro w ogóle powinno być legalne – dziwi się Piotr Pałasz, założyciel Stowarzyszenia „Nasz Bocian”, ojciec dwójki dzieci poczętych dzięki zapłodnieniu pozaustrojowemu.
On i jego żona Ewa po półtora roku bezowocnych starań o dziecko poszukali pomocy specjalistów. Było to 13 lat temu. Skąpe wiadomości zdobywali w internecie, w końcu postanowili sami założyć forum informacyjne, które stało się zaczątkiem stowarzyszenia. Dziś jest to kopalnią wiedzy o niepłodności, metodach jej leczenia i o adopcji. Jednocześnie poddawali się leczeniu. – Podszedłem do tego jak do problemu, który trzeba rozwiązać. Nie wyobrażaliśmy sobie życia bez dziecka, więc równocześnie szukaliśmy pomocy medycznej i ubiegaliśmy się o adopcję. Problem z niepłodnością mieliśmy oboje. Ja przyjmowałem witaminy, oddawałem nasienie, a żona przeszła kurację hormonalną, cztery inseminacje i w końcu in vitro. Ostatecznie wyprodukowała wiele komórek jajowych i metodą in vitro udało się nam za pierwszym razem. Począł się Patryk, który ma teraz 10 lat. On ma świadomość, że w jego przyjściu na świat pomogli lekarze, wie, że dzieci w rodzinie pojawiają się albo w sposób naturalny, albo z in vitro, albo z domu dziecka. Po trzech latach skorzystaliśmy z reszty zamrożonych zarodków i urodziła się Pola.
Pałaszowie uważają, że cała dyskusja o in vitro to polowanie na czarownice. Rozprawia się o sensie metody, światopoglądzie, a w tym wszystkim umyka fakt, że jest to leczenie. – Komórka jajowa i plemnik pozostają poza organizmem kobiety bardzo krótko, czasami kilka godzin. Zarodki kilka dni. Nie ma więc mowy o jakiejś sztuczności, to jest wspomaganie zapłodnienia. Moja babcia kiedyś pytała: „Powiedz mi, jak oni potem to dziecko przenoszą ze szkiełka do brzucha matki?”. Ludzie, którzy o in vitro nic nie wiedzą, myślą w taki właśnie sposób. Łatwo manipulować ich poglądami. My od samego początku traktowaliśmy nasze zarodki jak dzieci. Każde niepowodzenie było dla nas takim przeżyciem jak utrata dziecka. To bardzo trudne psychicznie, ale jednocześnie najważniejszy był cel – dziecko. Dlatego równolegle myśleliśmy o adopcji. Wiadomo, że nie każda komórka jajowa wytworzona przez organizm kobiety zostaje zapłodniona. Nie każdy plemnik robi z mężczyzny ojca.
Badania pokazują, że średnia poronień w zapłodnieniu naturalnym to 60-70%. Metoda in vitro już teraz jest skuteczniejsza, w niektórych ośrodkach wynosi 45-50%. Według Europejskiego Towarzystwa Rozrodu Człowieka i Embriologii (ESHRE) dzięki transferom zamrożonych zarodków do 2009 r. na świecie urodziło się pół miliona dzieci.
– Politycy powinni się skupić na regulacjach prawnych, bo teraz na rynku jest samowolka. Znam przypadek, kiedy lekarz 17 razy próbował na pacjentce in vitro. Zniszczył jej organizm i nie doczekała się dziecka. I takie sprawy powinny być regulowane – do jakiego wieku rodziców powinno się stosować metodę, ile razy, jakie leki powinny być refundowane, jaka procedura stosowana. Zwlekając z ustawą, politycy dopuszczają do wielu nadużyć – dodaje Piotr Pałasz.
Ewa i Piotr w zostanie rodzicami zainwestowali ok. 50 tys. zł. Oboje są po studiach, on prowadzi sklep z ciuchami dla dzieci, ona pracuje na półtora etatu. Najbardziej boli ich to, że od prawie 13 lat walczyli o ustawę związaną nie tylko z in vitro, ale z uregulowaniem leczenia niepłodności w ogóle. I po tylu latach politycy ciągle wracają do punktu wyjścia, zamiast uznać niepłodność za chorobę. Poza tym niektóre rzeczy, np. możliwość dawstwa zarodków, można – zdaniem Pałaszów – uregulować w prosty sposób – analogicznie do prawa adopcyjnego.

Weryfikacja rynku

W ciągu ostatnich 10 lat w Polsce rozwinęło się wiele prywatnych ośrodków leczenia niepłodności. Skorzystało z nich i korzysta tysiące par. – Uruchomiliśmy specjalną linię „Pacjent dla Pacjenta”, gdzie można się kontaktować z wolontariuszami, którzy sami mieli problemy z zajściem w ciążę. Doradzamy, odpowiadamy na pytania, na które zagubieni i często zrozpaczeni ludzie nie potrafią znaleźć odpowiedzi. Należymy do europejskiego stowarzyszenia zrzeszającego takie organizacje jak nasza z 21 krajów. Mamy około miliona wejść miesięcznie na stronę internetową, co świadczy o olbrzymim niedosycie informacji – mówi Anna Krawczak, wiceprzewodnicząca Stowarzyszenia na rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji „Nasz Bocian”.
Od kilku miesięcy stowarzyszenie bada wiarygodność klinik leczenia niepłodności w Polsce. Według obecnej wiedzy, zarejestrowanych było 48 placówek, niektóre się połączyły lub nie funkcjonują. Wiarygodność sprawdzano, badając kilka kryteriów, m.in. czy klinika wysyła ESHRE regularne raporty z działalności, czy współpracuje z Polskim Towarzystwem Medycyny Rozrodu, czy wprowadziła standardy pacjenckie, czy regularnie szkoli personel. Raport niebawem ukaże się w pełnej wersji na stronie Naszego Bociana, jednak już wiadomo, że z czystym sumieniem można polecić 21 placówek, a dziewięć jest na czarnej liście.
– Dwukrotnie zostaliśmy zaproszeni do Sejmu na tzw. wysłuchanie poselskie. Raz w 2010 r. na zaproszenie posłów SLD i w tym roku na zaproszenie Ruchu Palikota. Wysłaliśmy też w imieniu różnych klinik zaproszenia do posłów z ich terenów na spotkania, żeby mogli poszerzyć wiedzę o metodach leczenia niepłodności. Niestety, na wysłuchaniach sejmowych pojawili się tylko posłowie, którzy nas zaprosili. Wpadło jeszcze kilku, aby podpisać listę obecności. Żaden poseł nie pofatygował się do jakiejkolwiek kliniki. Nie rozumiem więc, jak można tworzyć ustawę, nie mając odpowiedniej wiedzy, nie znając głosu osób, które przeszły wszystko w praktyce – komentuje Anna Krawczak. – Niemniej jednak uważam, że projekt ustawy zaproponowany przez panią Małgorzatę Kidawę-Błońską jest rozsądny. Nie porusza wielu tematów, ale przynajmniej zezwala na mrożenie zarodków, co jest jednym z ważniejszych elementów metody in vitro. Jako stowarzyszenie nie jesteśmy ani zwolennikami, ani przeciwnikami in vitro. To tak, jakby ktoś się zastanawiał, czy jest przeciwnikiem, czy zwolennikiem leczenia chorób serca albo grypy. Niepłodność jest chorobą, a in vitro czy inseminacja to metody leczenia tej choroby. I tak powinny być traktowane.

Włosi poszli po rozum do głowy

Anna Krawczak dodaje, że posłowie powinni się przyjrzeć temu, co działo się w innych krajach europejskich. Znamienny jest przykład włoskiej ustawy, która weszła w życie w 2004 r. Była bardzo konserwatywna, podobna w brzmieniu do projektu posła Gowina. Zalecała m.in. transferowanie wszystkich embrionów do macicy matki oraz zakaz ich mrożenia. Spowodowało to pojawienie się wielu ciąż mnogich, zagrażających życiu matki i dzieci. Wiele dzieci nie przeżyło porodu. Zwiększyła się liczba poronień, śmierci okołoporodowej, wcześniactwa, porażeń mózgowych. To znacznie zwiększyło koszty opieki neonatologicznej, za którą płacono z państwowej kasy. Ostatecznie w ubiegłym roku włoski parlament znowelizował i znacznie złagodził ustawę.
– Rolą prawa nie może być narzucanie pacjentom ograniczeń w wyborze metod leczenia. Etyka medyczna musi być pragmatyczna, przystawać do życia i wyciągać wnioski z praktyki, z tego, co zostało zaobserwowane i udowodnione. Uważam, że w ustawie powinno się też poświęcić więcej miejsca problemowi dawstwa, a nie ograniczać do stwierdzenia, że jest dopuszczalne lub nie. Dlatego prowadzimy pierwszą w Polsce kampanię adopcji prenatalnej i chcielibyśmy, aby powstał centralny rejestr dawców. Rozwiązałby kilka podstawowych spraw, takich jak obowiązek badań dla osób, które chcą zostać dawcą, wprowadzenie numerów identyfikacyjnych, dzięki którym w przyszłości dzieci mogłyby się dowiedzieć, kim są ich biologiczni rodzice. Taka wiedza często jest ważna z różnych powodów, także medycznych – wyjaśnia Anna Krawczak.

Szczucie i odbieranie godności

Dyskusja o in vitro wraca jak bumerang mniej więcej co dwa lata. Brak uregulowań prawnych powoduje, że temat staje się kartą przetargową w kampaniach wyborczych. Prawica w projektach ustaw domaga się karania więzieniem do dwóch lat lekarzy wykonujących in vitro oraz odebrania rodzicom zarodków przechowywanych w ciekłym azocie i rozmrożenia ich po uprzednim poświęceniu. Kościół posuwa się jeszcze dalej. Abp Henryk Hoser w tygodniku „Niedziela” w styczniu tego roku powiedział m.in.: „Są to nieludzkie sposoby rozmnażania człowieka, które krzywdzą przede wszystkim dzieci pochodzące z tej procedury. Ich życie okupione jest życiem wielu istnień ludzkich. Te dzieci później upominają się o swój początek. Mamy takie sytuacje w krajach, które wcześniej zaczęły tę technologię stosować. Musimy zwiększyć opiekę nad tymi dziećmi – bo mogą później przeżywać różnego typu dramaty osobiste, pomóc im nie być ofiarami niefrasobliwości techników, którzy to czynią. Poza tym nie zapominajmy, że za tego typu biotechnologią kryje się potężny rynek finansowy”.
W „Tygodniku Ostrołęckim” z października ubiegłego roku opisano historię 14-letniego chłopca poczętego dzięki in vitro, który zachorował na białaczkę. Podczas kolędy, gdy rodzice chcieli zamówić mszę w intencji jego zdrowia, oburzony ksiądz powiedział dziecku, że choroba jest karą za to, że rodzice zrobili je sobie w probówce. Znane są przypadki odmawiania chrztu dzieciom urodzonym dzięki in vitro.
– Kierunek, jaki przybrała w Polsce debata społeczna na temat zapłodnienia in vitro, uderza w nasze dzieci – uważa Anna Krawczak. – Są atakowane nie wprost, ale poprzez okoliczności ich poczęcia, sugerowanie im przyszłych problemów ze zdrowiem, kondycją psychiczną, problemów z tożsamością oraz przez podważanie ich godności jako ludzi.
W 2009 r. opinia publiczna była poruszona porównaniem zapłodnienia in vitro do „realizacji idei Frankensteina”. W roku 2012 chyba już spowszedniało porównywanie in vitro do aborcji lub morderstwa oraz propagowanie takich haseł jak „In vitro to cywilizacja śmierci – cztery trupy, a tylko jedno życie” ze strony Wspólnoty Trudnych Małżeństw SYCHAR. Na jednym z blogów nastolatka urodzona dzięki in vitro pisze: „Chcę, żeby ludzie myśleli, że jestem normalnym dzieckiem, a niektórzy traktują mnie jak zwierzątko, jak efekt nieudanego eksperymentu, tak jakbym się czymś różniła. Ja jestem człowiekiem! (…) W telewizji księża mówią, że dzieci takie jak ja są sprzedawane i że taki sposób rozmnażania jest przeciwny woli Bożej i jest grzechem. Więc co, zgrzeszyłam, rodząc się?! To jest chore! CHORE!!! No bo co mogłam myśleć, gdy mając sześć lat, siedząc na kolanach mojej mamy usłyszałam, jak jeden ksiądz mówi, że jesteśmy (my – dzieci in vitro) dziećmi szatana. Ja dzieckiem szatana?!”.
Chyba czas przestać udawać, że spory polityczne wokół in vitro nie dotykają dzieci. One mają prawo czuć się normalnie.

Tworzenie ustawy czy godzenie polityków?

Ustawa o leczeniu niepłodności jest absolutną koniecznością, tym bardziej że liczba niepłodnych par rośnie. Zdaniem wielu zainteresowanych osób najważniejsze jest uregulowanie trzech podstawowych spraw: kwestii mrożenia zarodków, umożliwienia dawstwa oraz refundacji leczenia.
Przedstawienie dwóch projektów ustawy przez Platformę Obywatelską było zaskoczeniem. Gdy jednak przyjrzeć się tym projektom, można dojść do wniosku, że żaden nie wyczerpuje tematu, natomiast jeden podchodzi do sprawy kompleksowo, a drugi jest próbą narzucenia światopoglądu. W lipcu PO postanowiła wypracować między nimi jakiś kompromis, co jednak wydaje się zadaniem karkołomnym. Powołano w tym celu komisję składającą się z trzech posłanek i trzech posłów, reprezentujących obydwa nurty. Wśród nich jest czterech lekarzy: chirurg Grzegorz Sztolcman, specjalista mikrochirurgii ręki, laryngolog Beata Małecka-Libera, Elżbieta Radziszewska, specjalista chorób wewnętrznych, i ginekolog Jarosław Katulski plus Mirosław Pluta, socjolog po KUL, i prawniczka Elżbieta Achinger, nowa posłanka, która zajęła miejsce byłego ministra skarbu Aleksandra Grada.
– Zespół dopiero rozpoczyna pracę, ale czasu mamy bardzo niewiele, gdyż nasza propozycja projektu ma powstać do września – informuje posłanka Elżbieta Achinger. – Weszłam do zespołu na prośbę konserwatywnej części posłów, aby spojrzeć na tę sprawę z punktu widzenia prawnika. Przeanalizowałam obydwa projekty, wczytuję się w olbrzymią ilość materiałów: badań naukowych, lekarskich, informacji z konsultacji obywatelskich. Po wstępnej analizie uważam, że najpierw musimy wyłuskać z obydwu propozycji to, co jest dla nich wspólne, a jest wiele takich elementów. Największy spór powstał wokół mrożenia zarodków oraz tego, dla kogo in vitro ma być dostępne. Pan Gowin w swoim projekcie proponuje możliwość korzystania z tej metody wyłącznie przez małżeństwa, pani Kidawa-Błońska dodaje związki partnerskie oraz kobiety samotne. Projekt pana Gowina dopuszcza mrożenie zarodków ze wskazań medycznych i wprowadza pojęcie adopcji prenatalnej. Z mojego, prawniczego punktu widzenia jest wiele tematów, których żaden projekt nie porusza, np. kto powinien zarządzać zamrożonymi zarodkami. Logiczne jest, że rodzice, ale co np., jeśli oboje umrą albo rozwiodą się? Jak długo zarodki powinny być mrożone? I jeszcze sprawa refundacji  – pan Gowin proponuje, aby uregulować to odrębnymi przepisami, a pani Kidawa-Błońska przewiduje tylko refundację na badania. Będę dążyć do tego, aby nasza propozycja była jak najbardziej kompleksowa, spójna i kompromisowa. Tak aby ująć dwie najważniejsze sprawy: prawo ludzi do szczęścia bycia rodzicami, ale przede wszystkim zgodnie z poszanowaniem życia. W tej chwili nie mamy żadnych uregulowań i czas najwyższy je mieć.
Poseł Grzegorz Sztolcman został zaproszony do komisji przez zwolenników projektu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej.
– Moim zdaniem najważniejsza jest sprawa mrożenia komórek. Jeśli tego nie uregulujemy, jeśli zostanie to zabronione, skuteczność in vitro znacznie spadnie. Praktyka pokazuje, że większość zarodków jest wykorzystywana – czy to przez rodziców, czy w adopcji prenatalnej. Jednak metoda mrożenia jest na tyle skuteczna, że zarodki można trzymać w nieskończoność. W przyszłości może to rodzić problemy, np. po śmierci rodziców biologicznych. Co z nimi zrobić? I nad tym powinniśmy się zastanowić z punktu widzenia prawnego, a nie nad samym sensem mrożenia – bo to jest po prostu jeden z elementów leczenia niepłodności. Będę też stał na straży tego, aby ustawa nie była narzucaniem komuś światopoglądu – bo każdy z nas może decydować o sobie, o swoim życiu. Podkreślam – trzeba wykorzystać wiedzę, którą mamy z praktyki stosowania metody in vitro na całym świecie. Odkąd in vitro się pojawiło, było wiele dyskusji, większość problemów gdzieś już rozwiązano i na tym trzeba się oprzeć. Najważniejsze, że dzięki tej metodzie rodzą się zdrowe i kochane dzieci. Ustawa nie może przeszkadzać, powinna ją wspierać i unormować.
Beata Znamirowska-Soczawa

Wydanie: 31/2012

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy