W cieniu wędrowców

W cieniu wędrowców

Maribor, Šentilj, Graz – tym szlakiem dzień w dzień zmierzają do Niemiec tysiące uchodźców

Jadę z Petrą z Grazu do Mariboru. Poznaliśmy się dzień wcześniej przez facebookową grupę „Słoweńcy w Grazu”. Petra w Austrii jest opiekunką osób starszych. Pracuje dwa tygodnie, kolejne dwa ma wolne. Właśnie jedzie zobaczyć wnuka. Ruszamy. Nie chcę zadawać pytań o uchodźców, aby nie psuć dobrej atmosfery. Petra jednak pyta pierwsza: – Co myślisz o tej islamskiej inwazji?

Strach

Kryzys uchodźców, inwazja, powódź, koniec cywilizacji, wojna światów. To medialny temat roku. Niepokój dotarł także do Słowenii. W wielkiej światowej polityce maleńkie państwo pozostawiono samo sobie. Angela Merkel ponad głowami mniejszych narodów zaprosiła muzułmanów do Europy. Ludzka fala ruszyła bałkańskim szlakiem. Uchodźcy z Syrii, Afganistanu i Erytrei. Obrotni emigranci z Pakistanu, Iranu, Kosowa i Albanii. Kiedy Orbán zamknął granicę z Serbią, strumień ludzki zaczął się przelewać przez Chorwację. Słowenia zadrżała. W kraju, gdzie ludzie traktują religię z chłodnym dystansem, a puste kościoły są jedynie ozdobą malowniczego krajobrazu, panicznie się ICH wystraszono. Chorwaci postanowili jak najszybciej pozbyć się problemu. Zorganizowali pociągi i autobusy do słoweńskiej granicy. Słoweńcy nie nadążali z rejestrowaniem migrantów na przejściu w Dobovej. Chorwaci zaczęli więc przewozić uchodźców tysiącami na szlak przez zieloną granicę. Chaos rósł w całym regionie. Jeśli Niemcy i Austriacy zamkną granice, muzułmanie zaleją Słowenię. Będą gwałty, napady, kradzieże. Będą palić miasteczka i niszczyć opuszczone kościoły. Będą ubierać kobiety w chusty i budować meczety. Nie przystosują się. Nie zmienią. Nie ucywilizują. Petra również boi się hordy. Bo uchodźców, prawdziwych, to ona by do piersi przytuliła. Jednak ci ludzie to armia, a nie uciekający przed armią. Niczego nie potrzebują, mają pieniądze, dużo pieniędzy. Amerykanie finansują im tę podróż. To będzie koraniczny potop. Muzułmański Armagedon. Petra jest przekonana, że ICH nie nauczy się demokracji. To barbarzyńcy. Muszą mieć bat nad sobą. Media przedstawiają ICH w dobrym świetle, ale nie mówią wszystkiego. Petra zna policjantów, którzy zostali wysłani na granicę. Jak nikt nie widział, filmowali zachowanie imigrantów. Tę agresję i chęć niszczenia.

Nie pytam, dlaczego policjant na służbie filmuje, zamiast interweniować. Nie chcę zaogniać sytuacji. Zresztą i tak nie doszedłbym do słowa. Petra rozmawia już tylko ze sobą. Dzwonek telefonu przerywa jej w pół słowa. Po krótkiej przerwie nikt nie porusza już tematu imigrantów. Rozmowa się nie klei. Delikatnie stąpamy po bezpiecznych polach: pogoda, studia dzieci, praca, praca dzieci, choroby, trochę ekologii, jakaś parapsychologia i New Age.

Konwój

W Mariborze się żegnamy. W centrum miasta kryzys widać gołym okiem. Nikt nie pracuje. Kawiarnie pełne. Również licealiści i studenci dołączyli do tego niezorganizowanego antysystemowego protestu. W kawiarni przeglądam gazety. Mariborski „Večer” drukuje całostronicową relację z ośrodka dla uchodźców. Napływ kolejnych fal zaskoczył władze. Ograniczone możliwości organizacji obozów denerwują ludzi z obrony cywilnej. Na ich barki spadł obowiązek budowy zaimprowizowanych noclegowni. Jeden z funkcjonariuszy pokazuje dziennikarzowi goły beton pod metalowym dachem, gdzie mają zakwaterować przybyszów. – Panie, co to za państwo, które każe ludziom spać w takich warunkach? – pyta reportera. Nocą temperatura spada niemal do zera. Na zdjęciach zmarznięte dziecięce stopy grzeją się przy ognisku. Następnego dnia w gazetach będą znów ogień i uchodźcy. W Brežicach, na granicy z Chorwacją, uchodźcy podpalili 27 namiotów w proteście przeciw przetrzymywaniu ich w obozie. Chcą jak najszybciej do Niemiec, zanim Merkel zamknie przed nimi granice.

Na dworcu w Mariborze spokój. Pociąg ma 20-minutowe opóźnienie, co nieczęsto się zdarza w Słowenii. Jadę w prawie pustym wagonie do granicy. Pytam konduktorkę, czy pociąg jedzie do Spielfeldu, pierwszej stacji w Austrii. – Nie, jedziemy jedynie do Šentilja – mówi. Migranci chodzili wczoraj po torach przez granicę. Ruch pociągów został wstrzymany. Od ostatniej stacji w Słowenii do pierwszej w Austrii jest kilka kilometrów. Pracownicy kolei organizują więc własnymi siłami transport do Spielfeldu. Prywatny samochód jednego z mieszkańców Šentilja musi kursować kilkakrotnie, żeby zabrać osiem osób i psa.

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 48/2015

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy