W obronie własnej
To bandyta musi się liczyć ze wszystkimi skutkami swojego napadu. Łącznie z utratą życia. On ma się bać, a nie my Była godzina trzynasta, poniedziałek, 18 września. Przed kamienicą przy ul. Dietla w Krakowie kręcili się młodzi ludzie. Podejrzaną grupkę zauważył 40-letni lekarz, lokator z drugiego piętra. Wydało mu się podejrzane, że o tej porze i w takim miejscu stoi kilka osób, tym bardziej że przed kamienicą parkuje sporo samochodów. Zadzwonił do komisariatu przy ul. Szerokiej. Chciał, żeby patrol przyjechał i wylegitymował nastolatków. Potem wrócił do okna i spojrzał w dół. Nikogo nie było. Poszedł do kuchni. Stamtąd zobaczył, że ktoś stoi w przedpokoju. Wybiegł z nożem, który właśnie trzymał w ręku i… zderzył się z jednym z włamywaczy. Dwóch następnych stało na korytarzu. Jeden z nich uderzył lekarza w głowę – tak mocno, że spadły mu okulary. Zaczęli się szamotać. Napadnięty zamachnął się na oślep nożem. Potem lekarz pogotowia stwierdzi, że cios trafił w okolicę serca. Włamywacz wybiegł na ulicę. Jego koledzy już uciekli. Zraniony napastnik pobiegł 20 metrów i wszedł do najbliższej bramy. Usiadł na schodach, oparł się o ścianę. Lekarz z karetki, która przyjechała po kilku minutach, stwierdził zgon. To była obrona Kilka minut wcześniej na policję zadzwonił lekarz, żeby zgłosić włamanie. Przyjechała ekipa dochodzeniowo-śledcza z Komendy Miejskiej Policji. – Lokatora zawieźliśmy na komendę. Po południu został zwolniony do domu ze względu na zły stan zdrowia – mówi podkomisarz Marek Szydło z krakowskiej policji. – Od rana we wtorek był przesłuchiwany przez prokuraturę. Po dwóch dniach od zdarzenia krakowska prokuratura uznała, że lokator nie popełnił przestępstwa i działał w granicach obrony koniecznej, odpierając atak. – Zatrzymaliśmy dwóch młodych mężczyzn, którym postawiono zarzut usiłowania włamania – mówi Małgorzata Wilkosz-Śliwa, rzecznik prasowy krakowskiej prokuratury. – Rozpatrujemy decyzję, czy wystąpić do sądu z wnioskiem o tymczasowe ich aresztowanie. Poszukujemy trzeciego ze sprawców. Zatrzymani nie przyznają się do włamania. Mówią, że chcieli wejść do piwnicy. Za próbę włamania grozi im kara do 10 lat więzienia. Tego dnia, gdy było włamanie mieszkający na parterze pan Antoni wrócił po południu. Przed kamienicą wciąż kręciła się policja. Przy krawężniku znaleźli łom do wyłamywania zamków. Zapewne porzucił go któryś ze wspólników zabitego 17-latka, Łukasza S.. – Na naszym Kazimierzu zawsze było niespokojnie. Tydzień temu na ul. Bogusławskiego młody zbrodniarz zabił 50-latka. Już się przyznał – opowiada. W zeszłym roku sąsiadce pana Antoniego dwukrotnie obrabowali mieszkanie. Za pierwszym razem minęła włamywaczy na ulicy. Wracała z pracy. W domu nie było już kosztowności. Za drugim razem pod kamienicę złodzieje przyjechali samochodem dostawczym. Tym razem wynieśli sprzęt RTV, trochę ubrań i bibelotów. W środę, gdy krakowska prokuratura orzekła, że lekarz działał zgodnie z prawem, mieszkańcy kamienicy na klatce komentowali decyzję organów ścigania: – Dobrze się stało. Gówniarz wiedział, co może mu grozić. Sama też bym złapała za nóż – zaperza się zażywna pani w średnim wieku, która zaraz po zdarzeniu powiedziała do mikrofonu dziennikarza radiowego, że polskie sądy są do d… i że takich jak lekarz to trzeba odznaczać za odwagę – Biedak zostanie z tym na całe życie. – Co, niewinny!? To dobrze! – cieszy się mężczyzna z drugiego piętra, który zapowiadał, że w przypadku zatrzymania lekarza przez policję cała kamienica będzie go bronić. Martwi go jednak to, że lekarz będzie się musiał wyprowadzić: – Tutaj dla niego niebezpiecznie. Za rok, za dwa ktoś może mu zrobić krzywdę. Wystarczyło popchnąć W bramie, w której umarł Łukasz C. (ślady krwi przysypane piaskiem), koledzy zapalają znicze. Są kwiaty. Na ścianie kamienicy z daleka widać zdjęcie chłopca ze wspólnej prywatki. Podpis: “Dla kolegi, który miał naprawdę wspaniałe plany na przyszłość. Szkoda, że ich nie spełni. Przyjaciele”. Przyjaciele Łukasza C. to typowi dresiarze po tylekroć opisywani przez media. Młodzi, po podstawówce, bez pracy, wychowani na filmach karate. Codziennie stoją w bramach. Papierosek, splunięcie, krzywe spojrzenie, rzucone w kierunku przechodnia. Czasami jakaś mała robótka. – Tu radyjko samochodowe, tam włamanie do sklepiku lub wyrwanie torebki turyście – mówi policjant z kazimierzowskiego komisariatu. – I tak wegetują, czekając na lepsze czasy. Piją na umór,







