W przededniu

W przededniu

Jesteśmy w sytuacji granicznej, w przeddzień chwil, o których nasze wnuki będą czytać w podręcznikach. Kaczyści ukręcili na siebie bat zakazem aborcji; konfrontacyjne przemówienie naczelnika miało odwrócić kota ogonem (to jedna z jego niewielu wyćwiczonych umiejętności) i wszystkich przekonać, że to bicz boży na „złych ludzi”. Tymczasem memokracja świetnie sobie radzi z pogróżkami złowrogich dziadów: „Osiodłaj kota i stań do walki!”, „Jarek, jeśli ktoś cię więzi i każe czytać z kartki, mlaśnij czy razy”, portret brakującej, dolnej połowy wodza narodu w pieluchomajtkach itd., a im dalej, tym śmieszniej. Skądinąd, jak bardzo trzeba utracić polityczny słuch, żeby nie wyczuć fatalnych analogii z niesławnym orędziem Jaruzelskiego – to powinien być moment przesilenia w mózgach całej Zjednoczonej Prawicy: naczelnik stracił instynkt, więc trzeba go odsunąć od władzy. Na szczęście dla Polski kult jednostki, na którym cała prawa strona sceny się trzyma, sprawi, że kaczyści pójdą w ogień razem z obłąkanym wodzem. PiS wie, że rząd dusz już straciło. Jeśli cały kraj krzyczy ci, że masz wypierdalać, za późno, żebyś poczuł reisefieber. Czas dyplomacji się skończył, dla pisowców zaczął się czas trwogi. COVID-19 galopuje, a na ulicach trwa rewolta młodości niczym w paryskim maju ’68. To nie jest dobra koincydencja – pat jest niemożliwy; jeśli rząd nie znajdzie swojej drogi na Zaleszczyki, będzie musiał spróbować rozwiązań siłowych.

Nagle znalazło się to brakujące kilkadziesiąt procent, które nigdy nie chodziło na wybory, bo polityka była passé, obciachowa albo po prostu nudna, niezrozumiała – rychło też dołączyli do nich ci, którzy nie wierzyli w obywatelską sprawczość („mój głos nie ma znaczenia”). W rewolucyjnej wspólnocie ulicznej sprawy wyglądają inaczej – polityka to także nocne party pod Sejmem, gdzie do fajnych bitów można poskakać, skandując: „Jebać PiS” i zastanawiając się, czy zgraja zramolałych psycholi wyśle na tę zabawę czołgi, czy tylko armatki wodne. Tu już nie chodzi o zerwany kompromis aborcyjny, temu rządowi nie pomoże żaden kompromis. Gowin postulujący ustawę łagodzącą nieszczęsny werdykt TK jawi mi się jak nadleśniczy, co to ogłasza zagrożenie pożarowe, kiedy las już płonie.

Po ostatnich wyborach straciliśmy złudzenia, że kompromitująco niemrawi politycy partii opozycyjnych zdołają odsunąć od władzy w Polsce narodowych socjalistów katolickich – mrzonki o kolejnej próbie rewanżu („trzy lata jak dla brata”, poczekamy i już na pewno wygramy) nie wystarczyły, ulica zapłonęła. Ten rząd może upaść tylko osmalony jej ogniem. Najpierw norki, teraz kobiety i dzieciaki – gorzka to nauka dla polityków, którym trzeba wyważać drzwi, bo sami nie potrafią nawet się zdecydować, jak głośno zapukać ani kto ma prawo zapukać pierwszy.

Idę przez miasto u szczytu pandemii i mam poczucie, że to szczyt karnawału: pulsujące światełka radiowozów, tysięczne tłumy młodzieży skandującej antyrządowe hasła, korowód strajkujących taksówek na klaksonach, blokada rolników, przedsiębiorców – wszystkich, którzy mieli dotąd osobne interesy do ugrania, teraz połączyła jedna idea: chcą obalić kaczystowski rząd za to, że podniósł rękę na kobiety. Na wezwanie wodza pisowskie tituszki już zaczęły grasować – pierwszy był Wrocław, nie mam wątpliwości, że eskalacja dopiero nadjedzie; ale nawet niesławne środowiska kibolskie dzieli wątpliwość – jak to tak: na życzenie rządu bić kobiety? Tylko najtępsi z tępych dają sobie wmówić, że to walka z lewactwem w obronie Kościoła. Hitem sieci stał się filmik boksera, który stawił się pod klasztorem jasnogórskim, by bronić Kościoła przed hordami barbarzyńców, po czym osamotniony i zdezorientowany żali się do kamery: „Ludzie, co wy pierdolicie, przecież tu nikogo nie ma!”. Symbolicznym obrazem upadku władzy zblatowanej z katabasami jest widok „straży narodowej”, ponurych mięśniaków wystających przed pustym budynkiem kościoła w asyście policji. Nikt się nimi nie interesuje; wczoraj jeszcze stali, dziś sobie przysiedli na kamiennych schodach. Biedni, zamiast medali za ofiarność i odwagę dostaną wilka – w przyszłości będą śpiewać po witkacowsku: „Ja chacieł być gieroj, no u mienia giemoroj”. Niebawem się zorientują, że ktoś ich wkręcił, a wtedy i oni obrócą swój gniew przeciw władzy.

W dniu blokady miasta spotykam na przystanku wściekłego bezdomnego, który narzeka, że nie może sobie w cieple pojeździć, bo ze stojących tramwajów wyrzucają – to jest kropka nad i, Kaczor rozjuszył literalnie wszystkich. Nazajutrz po wojowniczym orędziu znowu mu się włączył sejmowy tryb wściekłego kaczorka: tym razem zamiast „kanalii” usłyszeliśmy, że opozycja to „przestępcy”. W przypadku tak tragikomicznej postaci zanika nawet moje uporczywe współczucie dla upadłych demonów – normalnie na widok jego załupieżonej marynarki, usłyszawszy, jak pozwala „wrzeszczyć”, wzruszyłbym się, że to taki żałosny dziadzio; załkałbym nad symptomami tej bezlitosnej starości. Ale za to, jak cynicznie zepsuł ten naród, wybaczenia być nie może.

Wydanie: 2020, 45/2020

Kategorie: Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy