Tamte śniegi

Tamte śniegi

Śnieg pada, aż żal siedzieć tyłem do okna, wszak tylko w locie można go upolować wzrokiem, na ziemi natychmiast topnieje. Już prawie marzec, a ja pierwszy prawdziwy śnieg warszawski tej zimy przyuważyłem. Może i popadał wcześniej, ale ukradkiem, za moimi plecami. Zanim się spostrzegłem, popadał w zapomnienie, a jeśli zostawiał ślady po sobie, to tak żałosne, pokątnie rozsiane po trawnikach, że żal było patrzeć. Wolałem udawać, że nie widzę, jak te nędzne namiastki męczą się na plusie, odwracałem wzrok od tego rozkisłego kompromisu między zimą kalendarzową a efektem cieplarnianym. Teraz pada pierwszy śnieg prawdziwy (ale kiedy poprawiam literówkę w teraz, już jest później, słońce wyszło i posprzątało po tym incydencie), nie wyrób śniegopodobny, nie śnieg z deszczem, ale ciężkie, grube płatki, białe śnieżynki. Natychmiast czezną w rozmiękłej glebie, nawet błoto po nich nie jest błotem pośniegowym, lecz zwykłą breją. Zeszłoroczny śnieg mnie nie obchodzi, bo w zeszłym roku też go nie było, w poprzednim chyba także nie bardzo, sięgam pamięcią, aż trzeszczy, ale nie pamiętam, kiedy ostatnio dreptałem po stołecznym śniegu. O, niegdysiejsze śniegi, któreście zalegały pryzmami na poboczach, o, korytarze chodników obwałowane śniegopłotami wyższymi niż człowiek, o – wołacze wołają na roz-puszczy – rozpuszczalski śniegu, śpieszmy się tobie przyglądać, tak szybko topniejesz…

Korek z tego się cieszy, bo go łapki nie pieką od soli, mój dysk też się cieszy, bo choć pies już dwa razy lżejszy od syna, co to wciąż chce „na rączki”, każde dźwiganie przysparza ryzyka, poza tym co to za spacer dla niego, kundlowatego, skoro na ziemię się boi? Lud się cieszy, ja się pocieszam: bo na cholerę śnieg w mieście? Wreszcie dołączyliśmy do Zachodu, zimy wietrzne i deszczowe, a jak kto chce na narty, ma górskie kurorty. Na czapki sezonowo nie muszę wydawać, bo przecież wiecznie gubię. Matka i tatko mówili: „Dorośnij wreszcie, ile czapek mamy ci kupować?!”, a ja, choć już podbiegam pod pięćdziesiątkę, jak gubiłem, tak gubię te czapki. W grudniu miałem dwie, w lutym już ani jednej – i okazało się, że nowej nie ma po co kupować, w razie czego kaptur wystarczy.

Zima zniknęła, Dorota Masłowska narzeka w wywiadzie, że to poważny kłopot dla realizatorów adaptacji filmowej „Innych ludzi”, bo pisała tę książkę trzy lata temu, kiedy jeszcze Polskę przez kwartał z górą ogarniał „beznadziejny klimat rozdeptanego śniegu”. A teraz – cóż, nie ma czego rozdeptywać poza psimi gównami, ongiś „zamiatanymi” pod dywan śniegu. Niegdysiejsze śniegi zniknęły niczym „peerelowskie złogi” z mediów publicznych, a ja się czuję jak emigrant (a przecież, mimo że emigracją nieustannie się odgrażam, wciąż nie jestem na nią gotów), pogoda mówi do mnie w języku obcym. Wychowałem się na dźwięcznie rdzennych słowach obfitych w znaki diakrytyczne: mróz, szadź, gołoledź, tymczasem za całą tę lodowatą różnorodność ma mi już na zawsze wystarczyć deszcz i odrobina chłodu? Lud się cieszy, władza zapewne i tę dobrą monetę podniesie, by lud dotumanić – proszę bardzo, za PO było zimniej, nagłe ataki zimy paraliżowały drogowców, a za PiS nadeszło ocieplenie, już nikt nigdy nie ośmieli się powiedzieć: „Sorry, taki mamy klimat”.

Zaraz, zaraz, ale jak tak dalej pójdzie – co z węglem? Co z naszym czarnym złotem narodowym, dobywanym przez dawniej utajoną opcję niemiecką, dziś ujawnioną opcję prorządową? No cóż, górniczy stan musi pozostać pod ścisłą ochroną. Albo zatem hałdy czarnych odłogów będą rosły, aż w końcu wypiętrzą się w nowe śląskie pasmo górskie (jakoś to się poklei na deszczu, może i trawką obrośnie, a wtedy nic tylko szlaki wymalować, doinwestować turystykę w takim Beskidzie Górnośląskim), albo kopalnie staną, a górnicze pensje wypłacane będą regularnie wyłącznie za święty spokój. Jak sama nazwa wskazuje, miejsce górnika nie jest na dole, górnicy górą. Będzie podwyżka – nie będzie najazdów na stolicę, żadnej antypaństwowej pirotechniki, żadnego zapalenia opon, górnikom będzie się płacić za nie-robienie (zadym), urządzi się im całoroczną Karczmę Piwną wizytowaną przez notabli, solidarnie opiewających, jak to się udało „oczyścić do końca nasz polski dom, tak żeby był czysty, porządny i piękny i dalej wzrastał nam zdrowo”.

O, niegdysiejsze śniegi, tęsknię za wami jak za Polską zjednoczoną na pohybel Partii, nie za taką od morza do morza, ale choć od Bugu do Wisły, nie podzieloną, nie posortowaną. O, Matko Boska Śnieżna, spuść na ten kraj swoją zasłonę, niech w czasie powszechnego oczerniania choć przez chwilę wszystko się wybieli. O, dźwięku łopaty do odśnieżania, budzący mnie w zimowe poranki dzieciństwa, dźwięku ostukiwanych przez ojca butów w sieni, gdzieżeście przepadły?

Wydanie: 10/2020

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Komentarze

  1. Andrzej
    Andrzej 10 marca, 2020, 13:16

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy