W ślepym zaułku

W ślepym zaułku

Tak, nie możemy odwracać się plecami do Ukrainy. Ale musimy wspierać ją mądrze. To znaczy: musimy się liczyć z realiami. Opcja prozachodnia nie jest na Ukrainie jedyną. Wspierając ją, działamy tylko na rzecz Ukrainy zachodniej. I – w najdalszej konsekwencji – ryzykujemy rozpad tego państwa. Czy na tym ma polegać nasza miłość, tak gorąco od jakiegoś czasu deklarowana?

Tymczasem na gruncie polityki wschodniej doszło do pierwszego od lat rozdźwięku między Polską a Europą. Ostrzeżenia państw europejskich przed Rosją formułowane przez premiera Tuska, publiczne łajanie premiera Węgier za prorosyjskość przez premier Kopacz, informacje, że Auschwitz wyzwolili nie Rosjanie, lecz Ukraińcy, przekazane przez ministra Schetynę – wszystko to wzmagało w Polsce antyrosyjską gorączkę, w której nawet rajd „nocnych wilków” był traktowany jak niemal rosyjska agresja. W rezultacie już wtedy, z przylepioną łatką rusofobów, szliśmy w Europie w samotność. Polską politykę wobec Rosji popierały Niemcy, ale już nie Austria, nie Czechy, nie Słowacja i nie Węgry. Nasza opcja „ukraińska” poniosła fiasko – Polska przestała być zapraszana do wspólnych z Niemcami i Francją negocjacji z Rosją. Jednak podczas gdy z Ukrainą zapracowaliśmy na dystans – z Rosją zapracowaliśmy na wrogość. Nie sądzę, by było warto. Nie tylko dla nas – także dla Ukrainy.

Równocześnie na jałowym biegu znalazły się relacje z innymi sąsiadami wschodnimi. Stosunki z Białorusią od lat są zamrożone, ożywiamy je tylko wtedy, gdy Łukaszenka przeciwstawia się Putinowi. Z kolei zakładnikiem stosunków polsko-litewskich uczyniliśmy polską mniejszość w tym kraju (minister Sikorski wprost oświadczył, że jego noga w Wilnie nie postanie). Dlatego bilans polityki wschodniej drugiego zwłaszcza okresu rządów Platformy Obywatelskiej (lata 2010-2015) jest niekorzystny. W jakim zakresie polityka ta była suwerennym działaniem Platformy, w jakim dziedzictwem prometejskich tendencji dawnej Solidarności, w jakim następstwem społecznego nacisku, zwłaszcza paraliżującego strachu przed patriotycznym szantażem ze strony PiS – tego nigdy do końca nie będziemy wiedzieć. A jednak pamiętajmy: klęsce na odcinku wschodnim towarzyszyły sukcesy na Zachodzie. Polska – także dzięki premierowi Tuskowi i ministrowi Sikorskiemu – zachowała swój prestiż w NATO i Unii Europejskiej.

Brak i wrak

Z tego bowiem, że kursu na europejską samotność nie rozpoczęło PiS, nie wynika wiele. Jesienią 2015 r. wciąż jeszcze dysponowaliśmy wieloma atutami i wszystkie one w ciągu zaledwie paru miesięcy zostały przez PiS zmarnowane. Pozostał projekt Międzymorza. Ale mógłby on być sensowny tylko wówczas, gdyby nie był pomysłem na utworzenie w Unii Europejskiej jakiejś podgrupy opozycyjnej wobec Brukseli. Jeżeli jednak nawet tak by się nie stało (a plan jest chyba taki, by właśnie tak się stało), to przecież państwa owego Międzymorza mają interesy rozbieżne. A to najlepiej widać właśnie w kwestii stosunku do Ukrainy i Rosji. Stawka na Międzymorze byłaby więc równoznaczna z rezygnacją z samodzielnej polityki wschodniej. Rezygnacją absolutną. Bo Polska w Międzymorzu żadnej takiej polityki nie będzie w stanie prowadzić. Gdyby zaczęła, skonfliktowałaby się z większością tych państw. One mają z Rosją swoje interesy.

Dlatego w sytuacji prawdopodobnej iluzoryczności Międzymorza grozi Polsce w Europie rola wolnego elektronu. Czyli w rubrykach „polityka zachodnia” i „polityka wschodnia” konsekwentnie będziemy wpisywać słowo „brak”. Dopiero gdy słowo „brak” zmienimy na „wrak”, gdy Rosja – umiejętnie grając Polską – odda nam wrak tupolewa, będzie można ogłosić triumf niezłomnej, godnościowej polityki, do której poprzednicy, z krwią na rękach, byli w oczywisty sposób niezdolni. Wszak już teraz można odnotować lizusowskie wobec Rosji gesty ministra Waszczykowskiego, w rodzaju słynnej gafy, że dany problem poruszymy, ale tylko, gdy „Rosjanie na to pozwolą”. Pozostaje mieć nadzieję, że nasza polityka wobec Rosji będzie wolna zarówno od awanturnictwa, jak i od wasalstwa.
„Z Rosją – pisał w cytowanym artykule Stanisław Stomma – nie mamy żadnych spraw spornych, ale można sztucznie tworzyć sytuacje konfliktowe, jeśli będziemy ingerować w sprawy sporne poza naszą granicą wschodnią”. Słowa wielkiego, tak niesłusznie zapomnianego polityka, brzmią dziś jak groźne memento. Czas najwyższy zdefiniować na nowo polską rację stanu. Bo PiS jest ostatnią siłą, która byłaby do tego zdolna.

Skrócona wersja referatu wygłoszonego na sesji „Między Niemcami a Rosją. Problemy polskiej racji stanu w XXI wieku”, zorganizowanej 21 maja 2016 r. w Krakowie przez Stowarzyszenie „Kuźnica”. Pełna wersja zostanie opublikowana w jesiennym numerze „Zdania”.

Autor jest profesorem, wykładowcą UJ, redaktorem naczelnym „Polskiego Słownika Biograficznego”

Fot. Wojciech Strozyk/REPORTER

Strony: 1 2 3

Wydanie: 33/2016

Kategorie: Opinie

Komentarze

  1. vandermerwe
    vandermerwe 20 sierpnia, 2016, 10:22

    Dobry artykul wart jednak pewnej uwagi. Autor powtarza zupelnie nieprawdziwe twierdzenie, iz Rosja dokonala agresji wobec Gruzji. Niestety ciala miedzynarodowe zbadaly te sprawe i niestety to Gruzja rozpoczela owa bijatyke. Mozliwe, ze dala sie sprowokowac, mozliwe, ze owczesny prezydent Gruzji liczyl na pomoc Zachodu, mozliwe, ze Rosja skwapliwie wykorzystala sytuacje ale to nie zmienia pewnego faktu, ktory bedac skrupulatnie przemilczanym oddaje miejsce nieprawdzie.

    Pozdrawiam

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy