W Watykanie porządki. A w Polsce?

W Watykanie porządki. A w Polsce?

Nawet najbardziej otwarci uczestnicy synodu nie postulowali odejścia od doktryny, tylko domagali się zmiany języka

Prof. Stanisław Obirek – teolog, historyk, antropolog kultury, pracuje w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego, w 2005 r. wystąpił z zakonu jezuitów i zrezygnował z kapłaństwa.

Panie profesorze, dlaczego właśnie teraz hierarchowie Kościoła katolickiego zebrali się na synodzie, aby dyskutować o rodzinie, ale głównie o stosunku do rozwiedzionych i homoseksualistów?

– Nie ma jakiejś bezpośredniej przyczyny, którą moglibyśmy wskazać. Poza tym jest nowy papież, przyzwyczajony do tego, że nie podejmuje arbitralnych decyzji, a przynajmniej robiący takie wrażenie. Franciszek nie orientuje się dobrze w sprawach Kościoła powszechnego, bo wyszedł z Kościoła dosyć oddalonego od Europy czy Azji, i jeśli ma zarządzać tą globalną instytucją, musi się zorientować, co w trawie piszczy. Synod jest poręcznym narzędziem, żeby to zrobić. Zresztą mówiono na nim nie tylko o sprawach rodziny, o czym polskie media nie pisały. W ogóle polskie media, zwłaszcza elektroniczne, dość oszczędnie informowały o synodzie, o tym, co miało tam miejsce.

Co jest w Polsce pomijane, lekceważone, jeżeli chodzi o przebieg synodu i jego dokumenty?

– W polskich mediach, w odróżnieniu od światowych, nie dominowało odczucie, że wreszcie Kościół zaczął mówić ludzkim głosem. Już nie wspomnę o tym, że w świecie, zwłaszcza w niemieckiej prasie, pojawiały się zdania bardzo krytyczne wobec synodu, że to ledwie uchylenie drzwi czy okna, że to wszystko było mówione półgębkiem, że ciągle geje i rozwodnicy są traktowani jak ludzie drugiej czy trzeciej kategorii i tak naprawdę nic się nie zmienia. Ja nie sądzę, że nic się nie zmienia, choć nie twierdzę, że mamy do czynienia z rewolucją w Kościele.

W naszych mediach nie brakuje jednak opinii, że do niej doszło.

– Tylko że jest to połączone z histerycznym wręcz głosem skrajnie prawicowych publicystów czy hierarchów typu abp. Stanisława Gądeckiego, że oto dokonała się rewolucja, że Kościół posunął się za daleko. Mówiono nawet o koniu trojańskim, który dostał się do jego środka, o heretyckich tendencjach. To są typowo skrajne głosy, które na Zachodzie się nie pojawiły, bo nikomu by do głowy nie przyszło, żeby ludzki język, jakim Kościół zaczął się posługiwać, interpretować tak jak w Polsce. Niestety, fundamentalistyczne opinie zdominowały media, bo wszyscy zajmują się tym, co napisali abp Gądecki albo Tomasz Terlikowski na swoich blogach, a nie tym, co naprawdę było na synodzie. Zaręczam, że na Zachodzie takie głosy jak abp. Gądeckiego czy Terlikowskiego to zupełny margines.

Mówić otwarcie, słuchać z pokorą

Chce pan powiedzieć, że fundamentaliści tracą znaczenie?

– Synod pokazał, że katolicyzm papieża Franciszka zaczyna rozmawiać z ludźmi. Że są hierarchowie – można ich wymienić wielu, nie tylko kard. Waltera Kaspera, sekretarza synodu Brunona Fortego czy węgierskiego hierarchę Pétera Erdo” – którzy pozytywnie wypowiadają się o wiernych niemających prawnie uregulowanych spraw z Kościołem czy też różniących się od niego w ocenach. U nas ich stanowisko i poruszana przez nich sprawa zostały przedstawione zupełnie fałszywie. Zresztą nie pierwszy raz w dziejach Kościoła. To, co się dzieje z przekazem wydarzeń soboru, można porównać do przekłamania, jakiego dokonano w Kościele w latach 60. czy nawet 70. Jeżeli przeanalizuje się to, co mówiono wiernym i jak pisano na temat Soboru Watykańskiego II, jak go relacjonowano, można pomyśleć, że był to sobór maryjny, bo tylko o Matce Bożej mówiono.

Było to zgodne z myśleniem prymasa Stefana Wyszyńskiego, gorącego przecież zwolennika kultu Maryi.

– I spowodowało, że to, co było ważne na soborze: zmiana teologii Kościoła i miejsca świeckich w Kościele, demokratyzacja struktur kościelnych, zostało przepuszczone przez filtr Wyszyńskiego i nie przebiło się do szerszej dyskusji. Obawiam się, że mamy powtórkę z historii, choć na mniejszą skalę, bo sytuacja Polski i Kościoła jest inna. Jestem przekonany, że ci nasi zagorzali fundamentaliści coraz bardziej będą się stawać marginesem, bo trudno liczyć na ich otrzeźwienie. Tak trzeba na nich patrzeć, a nie jak na element ścierania się różnych racji w ramach Kościoła. To nie żadna racja, tylko margines, czego nasi publicyści, nawet ci aspirujący do miana otwartych w sprawach Kościoła, nie chcą powiedzieć.

Co zatem zaszło na soborze, a co u nas jest przemilczane lub traktowane lakonicznie?

– Przede wszystkim chciałbym przypomnieć, co Franciszek powiedział, zwracając się do uczestników: mówcie otwarcie, co myślicie, i słuchajcie z pokorą. Jego zdaniem, wszyscy powinni się kierować tą podstawową zasadą, a nie myśleć: tego nie mogę powiedzieć, co pomyślą o mnie inni. Oto słowa papieża: „Wszyscy musimy mówić, co czujemy, z parezją (bez zahamowań). Musimy powiedzieć wszystko, co czujemy, że powinniśmy powiedzieć, w duchu Pana, bez małostkowości i strachu. Jednocześnie powinniśmy słuchać z pokorą i przyjąć z otwartym sercem, co bracia nam powiedzą. Te dwie postawy wyrażają synodalność. Właśnie dlatego proszę was w imieniu Pana o przyjęcie tych dwóch braterskich postaw: czujcie z parezją i słuchajcie z pokorą. Drodzy bracia, pracujmy razem, by zachować ducha synodalnego”. Warto zauważyć, że Franciszek dwukrotnie użył rzadko stosowanego słowa parezja.

Warto je wyjaśnić.

– Otóż parezja znaczy dosłownie „mówić wszystko” – wolną, otwartą, szczerą i jasną wypowiedź. Bywa łączona z demokracją ateńską, z osobą Sokratesa i filozofią cyników. To pojęcie występuje także w Nowym Testamencie, znane jest również ze źródeł rabinicznych. O ile mi wiadomo, nie używał go św. Jan Paweł II, a co za tym idzie, jest obce jego wiernym uczniom w Polsce, gdzie przeważa szacunek dla skrywania własnych myśli i uważne liczenie się ze słowami z obawy, co pomyślą inni. Tak postępują zwłaszcza biskupi i kardynałowie. Są też tacy, dla których opinia proboszcza jest paraliżująca.

Podziały wśród biskupów

Jakie wskazałby pan główne linie podziału wśród hierarchów? To byłby podział terytorialny, kontynentalny, na reprezentantów państw bogatych i biednych czy może kurialiści kontra metropolici?

– Nie decydowałbym się na takie podziały, chociaż robiono je, ale moim zdaniem, są one mało przekonujące. Wszędzie możemy spotkać hierarchów zwolenników dialogu i takich, którzy wykluczają innych, osoby otwarte i zamknięte. Przyjrzyjmy się choćby Kościołom niemieckojęzycznym – mamy w nich ludzi bardzo otwartych, mówiących tym nowym językiem, takich jak kard. Christoph Schönborn z Wiednia i kard. Reinhard Marx z Monachium, a jednocześnie z tych samych Niemiec pochodzi jeden z najbardziej twardogłowych przedstawicieli betonu, kard. Gerhard Müller, który stał się nagle ulubieńcem polskich mediów, głównie „Naszego Dziennika”. To pokazuje, że wskazane przez pana podziały nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością. Tak samo jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie z jednej strony mamy metropolitę Nowego Jorku, Timothy’ego Dolana, który mówi, że z grzesznikiem znakomicie się czuje, bo sam jest grzesznikiem, a z drugiej kard. Raymonda Burke’a, który jest taki jak Müller. To klasyfikowanie może prowadzić na manowce, bo Włochów nigdy byśmy nie kojarzyli z teologią otwartą, a mamy tam biskupa należącego do najbardziej otwartych na rozwodników i gejów, Brunona Fortego, który jest jednym z najwybitniejszych teologów.

A jak ten podział wygląda w Polsce?

– Myślę, że gdyby nasi biskupi mniej się bali mówić własnym głosem, też byśmy znaleźli jednego czy dwóch, którzy otwarcie by się zdystansowali od przewodniczącego Episkopatu, abp. Gądeckiego. I taki jeden czy drugi powiedziałby coś innego, znacznie różniącego się od słów przewodniczącego Episkopatu, który całą debatę sprowadził do wierności nauczaniu Jana Pawła II. To był właściwie jedyny argument, jakiego użył, więc tak naprawdę nie miał nic do powiedzenia, ale wykorzystał argument najbardziej chwytliwy w Polsce, gdzie wierność polskiemu papieżowi jest najwyższą nobilitacją. A przecież nawet najbardziej otwarci uczestnicy synodu nie postulowali odejścia od doktryny, tylko domagali się zmiany języka. Przypominali, że Bóg jest nie tylko srogim sędzią, ale i miłosiernym ojcem. Pomijam już to, że polscy hierarchowie jak diabeł święconej wody boją się mediów, bo od razu zostanie im przypisane, że należą do liberalnego czy innego nurtu. Ale chcę dodać, że synod i jego przebieg może uaktywnić polskich świeckich katolików. Przykładem jest bardzo ciekawy tekst Zbigniewa Nosowskiego w „Tygodniku Powszechnym”, w którym mówi on o swoim rozczarowaniu synodem. To chyba pierwszy taki głos człowieka bardzo aktywnie zaangażowanego w życie Kościoła, który otwarcie krytykuje hierarchów i ich sposób rozmawiania o rodzinie. Mam nadzieję, że przykład Nosowskiego ośmieli innych do wyrażenia w sposób zdecydowany swoich oczekiwań pod adresem ich Kościoła. Przypomina mi się prof. Stefan Swieżawski, który nie wahał się pisać do swojego przyjaciela Jana Pawła II, zwracając mu uwagę na negatywne strony jego pontyfikatu, a zwłaszcza polskiego katolicyzmu po przemianach politycznych w 1989 r.

Nasi biskupi udzielili jednak wywiadów, kard. Kazimierz Nycz „Tygodnikowi Powszechnemu”, a abp Gądecki „Naszemu Dziennikowi”.

– Owszem, słowa kard. Nycza to sygnał, że jest jakieś lekkie otwarcie na zmiany, ale zaręczam – daleko mu do tego, co prezentują reformatorzy w Kościele katolickim. Na pewno to, co mówi kard. Nycz, brzmi inaczej niż słowa abp. Gądeckiego, ale nie jest żadną rewolucją. To taki przejaw pluralizmu na polską miarę, ale naszym reformatorom daleko do tych z Zachodu. Powiem nawet więcej, ci nasi reformatorzy mówią, by zacytować pewnego klasyka, oczywistą oczywistość. Czyli że w Kościele nie ma miejsca na mowę nienawiści.

Kościelny beton

Na Zachodzie tradycjonalistów też nie brakuje, a z głosowań na synodzie wynika, że stanowią ogromną siłę.

– Owszem, dlatego zmiany w postawie hierarchów będą jakimś sprawdzianem możliwości przewartościowań w Kościele za Franciszka. Papierkiem lakmusowym będzie to, czy twardogłowi, typu Müllera, Burke’a i paru innych, zostaną odsunięci i pozbawieni najwyższych, wpływowych stanowisk. Ich odejście stałoby się znakiem, że Franciszek chce coś zmienić. Tym znakiem będzie to, co robili jego poprzednicy, a mianowicie nominowanie na ważne stanowiska ludzi bliskich mu ideowo. Czy do tego dojdzie, nie wiem, ponieważ w Kościele katolickim ludzie dialogu często przegrywają z betonem, bo ten uważa, że dialog to oznaka słabości Kościoła. Wszędzie znajdujemy biskupów z głową zakutą jak u średniowiecznego żołnierza, w zbrojach, przez które nic nie dociera.

A gdyby spróbować policzyć i sklasyfikować owych hierarchów?

– Okaże się, że większość została wyposażona w zbroję przez tych, którzy ich niedawno nominowali.

Ogromna większość purpuratów wyszła spod ręki Jana Pawła II.

– I Benedykta XVI, który miał niemały wpływ na Karola Wojtyłę. Nieprzypadkowo abp Gądecki w czasie synodu powołał się na Jana Pawła II, mówiąc, że jego nauczanie jest pomijane. Arcybiskup nie rozumie, że poglądy polskiego papieża coraz mniej przystają do życia, a nawet się z nim rozmijają.

Tradycjonaliści twierdzą, że dokumenty synodalne opracowują wyznaczeni przez Franciszka zwolennicy reform, w domyśle – manipulują nimi.

– Znów się posłużę historią. Na Sobór Watykański II zostały przygotowane dokumenty opracowane przez kardynała bardzo tradycyjnego, Alfreda Ottavianiego, który po pierwszych ich czytaniach został odsunięty. Podniósł się wtedy krzyk, że Amerykanie, Niemcy i Francuzi biorą odwet za Sobór Watykański I, za to, że 100 lat wcześniej kurialiści rzymscy łącznie z Piusem IX pozbawili ich wpływu na Kościół. Zawsze gdy mają się dokonać zmiany w Kościele, tradycjonaliści, nie rozumiejąc ducha czasu, biją na alarm. Poza tym nikt nie może zaprzeczyć, że przez ostatnie 30 lat właśnie ich poglądy znajdowały nie tylko wsparcie, ale i błogosławieństwo najwyższych władz kościelnych, z dwoma ostatnimi papieżami włącznie. Teraz nadchodzą dla nich chude lata. Tu nie ma żadnej manipulacji dokumentami soborowymi, chodzi o normalną zmianę orientacji Kościoła i koniec. Mówienie, że przedtem było dobrze, a teraz jest źle, to rodzaj dziecinnego utożsamienia świata z jego wyobrażeniem, a nie znak otwartości na zmianę. Tonący brzytwy się chwyta i uznaje, że najlepszą obroną jest atak, dlatego trzeba brać pod uwagę, że w najbliższych miesiącach będziemy mieli do czynienia z gwałtownymi, podobnymi do oskarżeń o manipulację, atakami na tzw. liberalne skrzydło w Kościele.

Nie ma pan odczucia, że jeżeli synod pójdzie w stronę reformatorów, Kościół katolicki mimowolnie zbliży się do protestanckiego, nie mówiąc już o tym, że w jakiejś odległej przyszłości dojdzie do zjednoczenia?

– Jak pan wie, Jan Paweł II nie jest moim ulubieńcem teologicznym, ale to on powiedział w 1983 r. w Niemczech, że Luter był wielki i nauczył Europę czytać Biblię. Te słowa były rodzajem otwarcia na protestantyzm, a raczej uznaniem intuicji XVI-wiecznych reformatorów. Oni nie chcieli zakładać nowego Kościoła, tylko odnowy, zreformowania istniejącego. Wystarczy sobie uświadomić, że to, co stanowiło powody anatem rzucanych przez papieży na Lutra, Husa i innych, zostało zrealizowane w XX w. To, co reformatorzy proponowali, dla ówczesnych hierarchów było herezjami, za które wielu reformatorów spłonęło na stosie. Wydaje mi się, że używamy złego języka, mówiąc o protestantyzacji Kościoła czy zbliżeniu się do protestantyzmu, bo jest to czerpanie ze wspólnego dziedzictwa. Protestantyzm był przejawem odnowy, którą katolicyzm zauważył dopiero po wiekach.

Ale wtedy było to wywróceniem istniejącego porządku.

– Proszę mi wierzyć, w XXI w. Kościół przechodzi o wiele większe zmiany niż w wieku XVI. Zbliżanie się do siebie różnych odmian chrześcijaństwa jest powrotem do tego, co było przed jego upolitycznieniem w IV w. Musimy pamiętać, że w pierwszych trzech wiekach było zupełnie inne chrześcijaństwo niż to, z którym mamy dziś do czynienia. Żeby była jasność: protestanci też dziś się zmieniają, prawosławni również. Naprawdę obserwujemy zmianę chrześcijaństwa. Oczywiście ten proces będzie spowalniany przez tradycjonalistów, ale oni nie są w stanie go zatrzymać i do zmian dojdzie. Jeżeli chrześcijaństwo chce przeżyć, musi się zmienić. Dlatego obce jest mi stanowisko Leszka Kołakowskiego, który twierdził, że źle się dzieje, bo odchodzimy od ortodoksji. To jest podejście estetyzujące. Mnie się wydaje, że jeżeli ktoś na serio traktuje religię, nie będzie jej utożsamiał ze średniowieczem ani pobożnością Polski z lat zaborów, bo żyjemy w innym świecie. Trzeba go opisywać innymi słowami, używać innych kategorii.

Dwie strategie

Co takiego się wydarzyło, że Kościół chce zmienić podejście do rozwodników i homoseksualistów? Jakkolwiek na to patrzeć, mamy do czynienia z zakwestionowaniem dotychczasowej nauki Kościoła, już nie mówiąc o dogmacie.

– Trzeba bacznie, ale spokojnie przyglądać się Kościołowi katolickiemu, który kieruje się zupełnie innymi prawami niż państwo demokratyczne, pozostaje instytucją uznającą nierozerwalność małżeństwa i nie akceptuje orientacji homoseksualnej. Tak samo jak nie akceptuje ateizmu jako równouprawnionego sposobu patrzenia na świat. Trudno wymagać od tej instytucji, by zmieniła swoje dogmaty, ale tu chodzi o podejście do ludzi, o zmianę języka, już nie mówię o miłosierdziu. Kościół ma dwie strategie. Jedna to doktryna i ona jest niezmienna, a druga to sposób, w jaki o niej się mówi. Można być zwolennikiem nierozerwalności małżeństwa, ale jednocześnie można akceptować fakt, że wybory, jakich dokonuje człowiek, są ułomne, warunkowane jego grzeszną naturą czy jakkolwiek to nazwiemy. Nie ma więc powodu, żeby tego człowieka potępiać, pozbawiać sakramentów, które są sposobami radzenia sobie z życiem, czyli są lekarstwem. W tym kierunku szły debaty na synodzie – by nie utożsamiać Kościoła z sądem, z jakąś biurokratyczną machiną. I tu widzę zasadnicze przekłamanie w prezentowanym u nas przekazie synodu. Kiedy się mówi o zmianie języka, nasi zastraszeni fundamentaliści krzyczą o zmianie doktryny. Tej przecież nikt nie chce zmieniać.

Nie ma pan odczucia, że chęć zmiany to wynik sytuacji, w jakiej znalazł się Kościół katolicki? Dużego ubytku wiernych, z których wielu jest rozwiedzionych i o orientacji homoseksualnej? Ten ubytek musi się przekładać na finanse Kościoła.

– Jeżeli statystycznie tych wiernych jest mniej, i tak pozostaje ich dużo. Z problemami, o których pan wspomina, stykał się od samego początku Jan Paweł II, pełną tego świadomość mieli zarówno jego poprzednicy, jak i następca. Nie widziałbym zatem spadku liczby wiernych i wpływów finansowych jako bezpośredniej przyczyny synodu, bo problemy z rozwodnikami i homoseksualistami nie zaczęły się dopiero za Franciszka. Jego decyzje świadczą o tym, że dotychczasowe próby rozwiązywania przez Kościół tych problemów się nie powiodły. Wręcz przeciwnie, wyraźnie obserwujemy, przynajmniej od lat posoborowych, a więc od półwiecza, ich narastanie. Franciszek dostrzegł, że rozwiązywanie tych problemów przez dwóch poprzedników poprzez zaostrzanie dyscypliny w Kościele, nasilanie autorytarnych rozwiązań, dyscyplinowanie teologów i narzucanie wszędzie biskupów według własnego wyobrażenia nie tylko się nie sprawdziło, ale prowadzi do pogłębiania się podziału w Kościele.

Nie brakuje też głosów, że synod jest próbą przykrycia wstydliwej dla Kościoła sprawy – pedofilii wśród duchownych.

– Ja na Kościół patrzę w perspektywie długiego trwania. Z pedofilią mieli do czynienia i Jan Paweł II, i Benedykt XVI. Zwłaszcza ten pierwszy kompletnie nic nie robił, raczej tuszował sprawę.

Mocno powiedziane.

– To nie jest moja bezpodstawna ocena. Ten problem został już wystarczająco głośno przeanalizowany i zbadany, są komisje, które opublikowały wiele raportów, tysiące stron. To, co mówię, to nie żadne pomówienia, tylko fakty, które bardzo obciążają pontyfikat polskiego papieża. Wiem, że o tym w Polsce się nie mówi, ale można już przeczytać raporty choćby Kościołów irlandzkiego, niemieckiego czy amerykańskiego. W nich mamy bardzo dobrą dokumentację i nie da się zatuszować niegodziwości pedofilów w sutannach. Żadne próby odwrócenia uwagi się nie powiodą, a że nasze główne media nie korzystają z tych raportów i odnoszą się do ich treści i wniosków niezwykle wstrzemięźliwie, to już inna sprawa.

Cięcie po skrzydłach

Kiedy czytałem słowa Franciszka wypowiedziane na koniec synodu, odniosłem wrażenie, że zachowuje się jak matka partia w PRL – tnie po skrzydłach.

– Ja tego tak nie widzę. W Kościele, przynajmniej tym, który znam, obowiązywały inne zasady. Z czasów jezuickich znam mechanizm tzw. burzy mózgów. Niech każdy się wypowie, a potem zobaczymy, co z tego wyjdzie. Te skojarzenia z czasami PRL nie muszą być negatywne. Jeżeli burza mózgów oznacza zderzenie własnej racji z inną i zmodyfikowanie stanowiska, uznanie racji innych – jest to dobre zjawisko. Jeżeli dialog ma być dobry, tylko gdy ja kogoś przekonuję do mojej racji, a gdy muszę zrezygnować z własnego stanowiska, to już jest zły, mamy do czynienia z niezrozumieniem znaczenia słowa dialog. Tak naprawdę dialog jest czymś, co prowadzi do pewnych rozwiązań, których uczestnicy nie są w stanie przewidzieć. I myślę, że Franciszek wielokrotnie to powiedział, że on nie wie, że jest otwarty i że zobaczymy, do czego dojdziemy.

A nie chce się zorientować, która strona jest silniejsza, i wtedy do niej przystać?

– Jeżeli stosujemy do Kościoła klucz polityczny, to tak, ale jeżeli zastosujemy klucz zaproponowany przez papieża, tzn. hermeneutykę religijną, czyli postawienie na to, że Bóg ma tu coś do powiedzenia, nie będzie chodziło o cięcie po skrzydłach ani przyłączanie się do któregoś z nich, tylko o negocjowanie stanowiska, które nie spolaryzuje uczestników debaty. Niezależnie od tego ostatniego wystąpienia papieża wydaje mi się, że podstawowa różnica jest taka, że wcześniej parę tych synodów było, ale one były boleśnie przewidywalne. Papież coś zaprogramował, program synodu został wypełniony, wszyscy wyjechali do domów z instrukcjami, wytycznymi, co i jak, jak dalej być katolikiem. Natomiast teraz nie ma wytycznych, ani na początku, ani na końcu. Jest za to zachęta do refleksji, pytania ludzi. Jeżeli polscy hierarchowie zaczną to robić, choć u nas na coś takiego specjalnie się nie zanosi, rozglądać się wokół, może się okazać, że i polski Kościół nie będzie takim betonem i taką konserwą, jak się zaprezentował na synodzie, ale będzie proponował nowe rozwiązania. Nie tylko w sprawie rozwodników i gejów, bo jest wiele innych rzeczy, które wymagają nowego spojrzenia i zmian. One również znalazły odbicie na synodzie.

A jakie inne kwestie wyszły na synodzie?

– Np. polityka. Czy Kościół ma się do niej mieszać, w jaki sposób ma być obecny w życiu człowieka, czy ma być otwarty, w ogóle jak patrzeć na innych. Podjęto wiele spraw, ale dwie – rozwodnicy i homoseksualiści – zdominowały synod, a raczej jego medialny przekaz. Jednak nie one są najważniejsze dla Kościoła, szczególnie polskiego. Tak naprawdę arogancja i chciwość ekonomiczna naszego kleru, naszych hierarchów jest czymś zupełnie sprzecznym z tym, co dzieje się w Rzymie od marca 2013 r., od początku pontyfikatu Franciszka. Jeżeli wreszcie dotrze do polskiego ludu konieczność uświadomienia hierarchom, że to, co robi papież Franciszek, niekoniecznie jest tym samym, co robią biskupi typu Głódź czy Gądecki, ta arogancja z hierarchów zejdzie. Jeśli kler posłucha, co mówi większość Polaków, to nie będzie mówić bzdur, nie będzie się wtrącać w to, czy prezydent Warszawy ma kogoś zatrudniać czy nie, mimo że dla tego człowieka prawo boże jest ważniejsze od stanowionego. Słowem, wierni powinni wyartykułować sprawy, które są dla nich najważniejsze. Z pewnością stosunek do rozwodników i homoseksualistów ma znaczenie, ale nie jest najistotniejszy.

Celibat księży należy do tych istotnych i będzie tematem jednego z najbliższych synodów?

– Przede wszystkim synod trwa. To była jego pierwsza część, za rok będzie kontynuacja, biskupi wznowią obrady. Sądzę, że nie tylko celibat księży, ale również stosunek do byłych księży stanie się przedmiotem obrad któregoś z kolejnych synodów. Tych byłych księży jest według szacunków ok. 100 tys. W tej chwili Kościół zachowuje się tak, jakby nie istnieli, zapadli się pod ziemię. Na konkubinat księży jest przyzwolenie społeczne, nie ma nad nim w ogóle refleksji. Już nie mówię o celibacie w sensie ślubów bezżeństwa, ale o dzieciach księży, związanych z nimi kobietach itd. To są prawdziwe problemy, równie ważne jak stosunek do homoseksualizmu czy rozwodników, bo one kształtują obraz Kościoła nie tylko wśród wiernych. Kilka miesięcy temu mieliśmy rodzaj żywego listu do Franciszka włoskich kobiet żyjących z czynnymi księżmi: Franciszku, my też kochamy i jesteśmy kochane, zrób coś z tym. I papież będzie musiał coś z tym zrobić, zająć jakieś stanowisko, a wtedy dojdzie do efektu domina. Jeden problem pociągnie za sobą drugi, a ten następne. Kościół zostanie przymuszony do konfrontowania się z faktami, a nie tylko z wyobrażeniami.

Mnie się wydaje, że bardziej do konfrontowania się z wiernymi, żeby nie powiedzieć społeczeństwem.

– Ma pan rację, to musi być szeroka rozmowa, do której ogromna większość kleru, szczególnie naszego, nie jest przyzwyczajona. Jeżeli już kler rozmawia, to w wąskim gronie wiernych, bo resztę parafian traktuje się jak martwe dusze. Mam nadzieję, że synod poruszy trochę tę zmurszałą budowlę Kościoła i za rok będziemy rozmawiać w zupełnie innej atmosferze.

Foto: Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 49/2014

Kategorie: Kościół

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy