Waląc w ucho

Waląc w ucho

Nie ma osoby, której nie można skłonić, by donosiła

…Niech pan mi wierzy, inspektorze – księdzu wyraźnie zaczynał drżeć głos – mówię prawdę, usłyszałem to na spowiedzi. Na spowiedzi by mi nie kłamali.
Obrzydliwe. Wiem. Ale takie było moje policyjne zajęcie. Zbierać informacje. Jak najwięcej informacji. Głównie z tego rozliczani są policjanci operacyjni. A ksiądz nawinął się przypadkowo. Wcale nie był potrzebny. Miałem informatora na stołecznym Dworcu Centralnym. Znał tam wszystkich. I nieraz się przydawał. Opowiadał też o starszym mężczyźnie, który „dobiera się do chłopaczków” w dworcowych ubikacjach. W końcu, w zupełnie przypadkowej sytuacji, wskazał go. Było mi to cholernie nie na rękę, szukałem właśnie narkomana, podejrzanego o pchnięcie nożem. Zresztą nie miałem pokrzywdzonych „chłopaczków”. Nie miałem żadnego dowodu. Po prostu nic. Ale starszy mężczyzna o tym nie wiedział. Chciałem sprawę mieć z głowy i zacząłem ostro. No, powiedzmy brutalnie. Po kilku zdaniach już wiedziałem, że jest księdzem katolickim. Ma parafię na północy Polski. Tu, w Warszawie, wynajmuje mieszkanie, do którego przyprowadza sobie chętnych, młodych chłopców. Zwykle daje pieniądze. Klasyka. Ale nie dla księdza. Wystraszył się niebotycznie. Prawie na kolanach błagał, bym nikogo nie informował. A on w zamian opowie mi o złych ludziach ze swojej parafii.

I jak maszynka zaczął gadać.

Niestety, były to tylko małomiasteczkowe brudy, świństewka. Kodeks karny nie opisuje tak banalnych czynów jako karalne. Pogroziłem więc księdzu, zakazałem przyjazdów do Warszawy. Ślubował na brewiarz, który o dziwo miał przy sobie, że tu nie przyjedzie. Na wszelki wypadek miałem przez jakiś czas spisane jego dane personalne. Ale nigdy się nie przydały. A kartka gdzieś się zawieruszyła.
Myślę, że ksiądz do dziś pamięta moją twarz. Za to ja już nie jestem w stanie przypomnieć sobie jego wyglądu. Zresztą był to dla mnie, trochę obrzydliwy, ale tylko incydent.
Wspominam go jednak z prostego powodu. Co pewien czas, mimo poważniejszych w państwie problemów, obiegają prasę i media elektroniczne istne lincze osób, które ponoć donosiły. Celują w tym teoretycy i moralizatorzy z IPN. I żeby tylko oni. Samozwańczy sędziowie dogłębnie dowodzą, jak to oskarżanemu zabrakło przyzwoitości i odwagi. Bzdura. Oczywiście mam świadomość różnicy między donoszeniem bezpiece a informowaniem policji o przestępcach kryminalnych. Ale uwierzcie praktykowi, który wydobywał od ludzi wiedzę głęboko skrywaną, bolesną, niekiedy dotyczącą najbliższych – mechanizm jest taki sam. Policjant czy inny funkcjonariusz musi wykorzystać tę jedną, jedyną sytuację

traumatycznego stresu,

w którym znajduje się potencjalny informator. Jeśli przegapi ten moment, to przegrał. Często taką sytuację wypracowuje się miesiącami. Precyzyjnie wyszukując najboleśniejsze miejsca informatora. Wykorzystując jego uczucia, jeżeli je ma. Niejako osaczając.
Kiedyś stary glina powiedział mi: „Młody, pamiętaj, nie ma osoby, której nie można walnąć w ucho” – czyli mówiąc ludzkim językiem, pozyskać, by donosiła. Wówczas mu nie wierzyłem. Teraz ja jestem stary i całkowicie się z nim zgadzam.
Wszystko zależy od tego jednego, jedynego momentu.
Proszę, nie wierzcie w opowieści o moralnych zahamowaniach. Mówią to ludzie, których nikt tak poważnie nie próbował rozegrać, bo ich wiedza lub działalność nie były tego warte.
Pewien czas temu premier Jarosław Kaczyński zarzucił marszałkowi Stefanowi Niesiołowskiemu, że ten w ciągu paru chwil przesłuchania zeznawał bezpiece na przyjaciół z opozycji, a kilkunastoletnie dzieci wytrzymywały na gestapo – jeżeli czegoś nie przekręcam.
Fatalne porównanie. Doskonale ilustrujące tylko teoretyczną znajomość problemu przez pana premiera. Jeżeli przesłuchujący zaczyna bić, to przesłuchiwany może mieć blisko stuprocentową pewność, że tamten o jego rzeczywistej działalności nic nie wie lub wie niewiele. Przy ogromnym szacunku dla bólu katowanych przez gestapo. Mój dziadek, podoficer AK, wiele przeżył na Szucha (warszawska katownia gestapo). To jest prawda! A poznałem ją od bandytów milknących, jeżeli policjant nie wytrzymywał i przechodził do „dynamicznego przesłuchania”.
Pamiętam, jak zatrzymany

przyznał mi się do dokonania zabójstwa

tylko dlatego, że na niego nie krzyczałem i powiedziałem, że jest dobrym człowiekiem, a zabójcą z życiowego przypadku. Przyznał się do zastrzelenia ekspedienta w lombardzie. Nie mieliśmy żadnych dowodów. A w pokoju obok czekała już prokurator, żeby przesłuchać nieszczęśnika jedynie w charakterze świadka. Zaraz miał wyjść. Nie byłem wcale wybitnym gliną, tylko to był ten moment i te słowa.
Nikt nie może zagwarantować, jak zachowa się w sytuacji skrajnie trudnej. Choć później może się okazać, że była ona sztucznie wywołana. A przypadkowy teoretyk zarzuci donosicielstwo. Czarne rzeczywiście nie zawsze jest czarne – tu zgadzam się z panem premierem.

Autor jest emerytowanym oficerem służby kryminalnej policji

Wydanie: 9/2009

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy