Walczyli. Polegli…

Walczyli. Polegli…

Kadry decydują o polityce. Najpierw z funkcji wiceministra spraw zagranicznych został odwołany Jan Dziedziczak, potem jego podwładna, szefowa Departamentu Dyplomacji Publicznej i Kulturalnej Małgorzata Wierzejska. A teraz nowy wiceminister Andrzej Papierz zakomunikował, że Instytuty Polskie mają się zająć promowaniem polskiej kultury, a nie polityką historyczną. Dyrektorzy instytutów odetchnęli z ulgą. Nie tylko oni.

Bo w ten sposób w MSZ kończy się (taką mamy nadzieję) pewna epoka. Epoka walki z „pedagogiką wstydu”. Oraz walki o dobre imię Polski, a zwłaszcza PiS. Było to traktowane jak najbardziej poważnie. Minister Witold Waszczykowski mówił w Sejmie, że „ukróci pedagogikę wstydu”. Wiceminister kultury Jarosław Sellin tłumaczył, że „Polska ma skończyć z dominacją antypatriotycznego rewizjonizmu, a powinna podtrzymywać dumę z naszej przeszłości i lansować nasz punkt widzenia na oceny przeszłości”.

A ówczesny wiceminister Jan Dziedziczak w piśmie wysłanym do placówek wskazywał na konieczność „promowania myśli politycznej śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego”, polecał m.in. pokazywanie filmu „Smoleńsk” oraz dokumentu Anity Gargas „W imię honoru”. Oprócz tego placówki miały promować wiedzę o „żołnierzach wyklętych” oraz współorganizować uroczystości religijne.

Nie dziwmy się więc, że na tej fali dyrektor Małgorzata Wierzejska mówiła, że dyplomacja publiczna jest priorytetem polskiej polityki zagranicznej. I że opiera się ona na dyplomacji historycznej, co wcześniej było zakazane. Wierzejska pojawiła się m.in. na III zjeździe klubów „Gazety Polskiej” we Francji i tam opowiadała, że stworzone zostały kierunki promocji Polski na lata 2017-2027 (któż śmie twierdzić, że PiS jest krótkowzroczne…) i że Instytuty Polskie były do tej pory zamknięte na Polonię, ale teraz będą otwarte. Zwłaszcza tę patriotycznie nastawioną.

Efekt był taki, że instytuty miały zapisy na ludzi i tematy słuszne i nie. A samych dyrektorów wymieniano co kilka miesięcy; wystarczyło, że ktoś zgrzeszył brakiem czujności rewolucyjnej.

Na indeks niesłusznych autorów trafiły m.in. Olga Tokarczuk i Anda Rottenberg, trafił prof. Marcin Zaremba (za książkę „Wielka trwoga. Polska 1944-1947. Ludowa reakcja na kryzys”), trafiła „Ida”, rozmowy Feminoteki itd.

Słuszni byli pisowscy publicyści, dyskusje o katastrofie smoleńskiej i odpowiednie filmy. „Smoleńsk” trzeba było pokazywać na baczność. Gdy mianowana przez „dobrą zmianę” Hanna Radziejowska, dyrektorka IP w Berlinie, próbowała tłumaczyć, że to słaby film, że nikt nie przyjdzie go oglądać i że trzeba do Niemców docierać inaczej, natychmiast została odwołana, po siedmiu miesiącach pracy.

Podobny los spotkał inną nominatkę „dobrej zmiany”, Annę Godlewską z IP w Sztokholmie. Podobno dlatego, że wyświetliła film Wajdy zamiast patriotycznego, o „żołnierzach wyklętych”. Szaleństwo więc narastało. Zaczynało to powoli przypominać ambasady Libii z czasów Kaddafiego, które były rozliczane z promocji „Zielonej Książki”.

A teraz ma się to skończyć.

Nie uwierzę, jak nie zobaczę Olgi Tokarczuk, zaproszonej na spotkanie autorskie…

Wydanie: 16/2018

Kategorie: Aktualne, Kronika Dobrej Zmiany

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy