Wamag na huśtawce

Wamag na huśtawce

Remigiusz Zgarda z zakładowej Solidarności zna zakład jak pewnie nikt inny. W biurze spotykam też Łukasza Trepę, przedstawiciela młodszej części załogi, który – jak wyjaśnia – przygląda się działaniom przewodniczącego. Nie, nie namówię go na żadne własne oceny. Dopiero się uczy, a Zgarda podkreśla, że próbuje wychować następcę, bo naprawdę chce już odejść. Ileż można! Trudno wręcz policzyć lata tu przepracowane – 50 z hakiem. Ma już emeryturę, wnuki czekają na zabawy z dziadkiem, tylko że w tym momencie on tego tak nie zostawi. Będzie walczył, no i Łukasz będzie miał okazję sporo się nauczyć.

Tymczasem wypytuję młodego człowieka, jak trafił do Wamagu. Tradycja rodzinna? Tutaj bardzo się to akcentuje. Swego czasu również Zgarda przyprowadził syna. Zbyt długo tu nie popracował, bo on jako związkowiec był chroniony przez prawo, a młody – nie. Musiał więc poszukać sobie pracy gdzie indziej.

A jak było z Łukaszem? Podobnie jak wielu w jego wieku stwierdził, już ze świadectwem w ręku, że szkołę wybrał przypadkowo i nie ma szans na pracę. Zdecydował się zmienić zawód. Korzystał z kursów i dopiero ten na spawacza przyniósł oczekiwany skutek. Wprost z urzędu pracy trafił do Wamagu.

– Wiele godzin moglibyśmy tak rozmawiać – zastrzega Remigiusz Zgarda. Pracuje tutaj od 1964 r., więc to i lata PRL, i czas transformacji, i wszystko po kolei, co wymyślano dla takich jak ten zakładów. Niegdyś był czołowym producentem maszyn górniczych. Miał też epizod przynależności do Narodowych Funduszy Inwestycyjnych. Pewnie nie wszyscy dziś pamiętają ten pomysł. Wałbrzyski zakład znalazł się w jednej grupie z producentem sklejek i wytwórcą napojów (bardzo znanym, co i tak niewiele pomogło). Tak egzotyczne połączenie nie mogło przynieść korzyści. W 2007 r. zaczęli działać w Wałbrzyskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej. Życie wymuszało rozszerzenie oferty, ale wciąż nadchodziły zamówienia na urządzenia górnicze.
Ich produkcja trafiała bardzo daleko. Dla Rumunów np. zbudowali dział przeróbki węgla z unikatowym przenoś­nikiem kubełkowym. Z dumą ciągle wspominają zlecenie z Przemyśla. Był to przenośnik do transportu szczególnego rodzaju surowca do produkcji gumy. Chodziło o to, by trafiał z wagonu wprost do cystern.

Ile ten ich dział konstrukcyjny potrafił wymyślić! Były zlecenia od przemysłu cukierniczego, z cementowni. Świetni pracownicy, genialni fachowcy; wydawało się, że nie ma zleceń, z którymi by sobie nie poradzili – wspominają pracownicy. A Zgarda uważa, że gdyby dali im szanse, teraz też staną na nogi, dwa lata wystarczą. Są znani na rynku, wciąż mają klientów. Co prawda dział konstrukcyjny został przeniesiony na Górny Śląsk, razem z dokumentacją. Niektórzy z działu pojechali tam za pracą, inni gdzieś się rozpierzchli, ale to wszystko można odtworzyć, odbudować. Bo w ramach Kopeksu zostali w 2012 r. połączeni z Zabrzańskimi Zakładami Mechanicznymi i firmą z Rybnika o bardzo podobnej jak Wamag specjalizacji. Wtedy udało się nawet wejść na rynek argentyński – dla jednej z kopalń skonstruowali przesiewacz wibracyjny. Maszyna była tak zmyślna, że raz oddzielała składniki na mokro, a raz na sucho, pozwalając cenne ich części przeznaczać na różne cele.

Było, minęło. Teraz o istnienie zakładu walczą związkowcy. Obok solidarnościowego Zgardy stoi Ryszard Samko, przewodniczący wamagowskiej Komisji Zakładowej MZZ Pracowników Kopex Machinery SA. Obaj podkreślają jednomyślność w działaniach i zawsze tak było, gdy chodziło o sprawy pracownicze. – Jeśli damy się podzielić, na pewno przegramy – podkreśla Samko. Obaj też są bardzo oszczędni w przekazywaniu informacji o toczących się rozmowach. Czy znowu będzie spółka, czy nowy inwestor, czy może spółka pracownicza albo to najgorsze – wtedy trzeba by wynegocjować najkorzystniejsze warunki dla załogi? Także sama centrala Kopeksu miała dla prasy odpowiedzi wymijające. Kacper Krysztofik, odpowiedzialny za kontakty z mediami napisał: „Obecnie toczą się rozmowy i rozpatrywane są wszelkie możliwe scenariusze, spółka pracownicza jest również możliwa”.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 34/2016

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Radoslaw
    Radoslaw 27 sierpnia, 2016, 13:24

    „szef zamknięty w swoim biurze przypomniał, że jeśli dalej będą wiecować, to potrąci z dniówki. Plac przed biurem zaczął szybko pustoszeć. ”
    Ha, ha – w 1980/81 roku fabryki strajkowaly tygodniami bo panowie robotnicy sobie wczasy robili za panstwowe pieniadze – dostawali normalne pensje. Strajkowali o powieszenie krzyza na hali produkcyjnej, o brak papieru toaletowego i inne, rownie „wazkie” sprawy. Wywiezli na taczkach kilkuset dyrektorow – tacy byli odwazni w niszczeniu wlasnego panstwa. W rezultacie doprowadzili przemysl do takiego stanu, ze w latach 90 zamykano fabryki zatrudniajace tysiace ludzi kazda i nikt sie tym nie interesowal. A dzis duzo szumu o zaklad zatrudniajacy kilkaset osob – bo juz tylko takie zostaly. Strajkuja o stawke nieporownanie wyzsza, niz kiedys – o uratowanie miejsc prac – a wystarczylo, ze ich pan szef troche postraszyl i poszli z podkulonymi ogonami. Macie swoja druga Japonie, ktora wam obiecal wasz idol.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy