Jak ta maszyna działa? To pierwsze pytanie, które zadaje sobie nowy ambasador po przybyciu na placówkę. Chce wiedzieć, jak funkcjonuje MSZ i rząd, jaki jest proces decyzyjny, do kogo z daną sprawą trzeba się udać.
Teoretycznie powinny mu w tym pomagać różne organigramy, które pokazują, kto za co odpowiada. Ale to tylko teoria. Zresztą coraz mocniej podważana. Oto przykład, o którym najgłośniej – amerykański Departament Stanu. Marco Rubio rozpoczął w nim rewolucję, wiadomo – dominują tu urzędnicy o poglądach demokratycznych. No i co mamy? Z informacji Agencji Reutera możemy się dowiedzieć, że 109 ze 195 stanowisk ambasadorów USA na świecie jest obecnie nieobsadzonych. A z tych 86 mianowanych ambasadorów tylko 9% to dyplomaci zawodowi. Resztę stanowią polityczni nominaci – albo darczyńcy kampanii, albo przez nich wskazani. Tak jak Tom Rose, który – jak sam powiedział – nominację zawdzięcza wstawiennictwu miliarderki Miriam Adelson, wdowie po magnacie kasynowym z Las Vegas Sheldonie Adelsonie, należącej do największych darczyńców Partii Republikańskiej.
Wiadomo, w USA prezydenci wysyłają na stanowiska ambasadorów różne zasłużone osoby, w nagrodę. Ale do tej pory amatorom przydzielano mniej znaczące placówki. Teraz – przeciwnie, amatorami, i to już sprawiającymi wielkie kłopoty swoimi wypowiedziami, są ambasadorzy we Francji i w Izraelu. Nie można tego samego powiedzieć o ambasadorach w Moskwie i Kijowie, bo… ich nie ma. Tam placówkami kierują chargé d’affaires.
To pokazuje, że tradycyjne kanały dyplomatyczne








